Wyobraźcie sobie taką sytuację.
Siedzę sobie spokojnie w domu, oglądam mecz. FIFA się zaczęło, więc człowiek wykonuje bardzo ważne obowiązki obywatelskie. Czyli siedzi na kanapie i komentuje do telewizora, choć nikt nie pytał o zdanie. 😂
Nagle dostaję SMS-a od córki. Pracuje w restauracji na pół etatu, bo studiuje.
Pisze:
– Tato, na jakiej ulicy mieszkałeś w dzieciństwie w Olsztynie?
Myślę sobie:
„Oho. Coś się święci.”
Odpisuję:
– Na Juranda. A co?
Cisza.
No to wracam do meczu.
Opowiem resztę na wideo, bo wakacje, co będę pisał wypracowania jak tak gorąco, nie?? 😂
***
Szkoła Podstawowa nr 12 Olsztyn - aut. Grzegorz Gawroński
Grzegorz Gawroński - Szkoła podstawowa numer 12 w Olsztynie, wielu przyjaciół, znajomych, nauczycieli z lat 60-tych i 70-tych.
Lato, lato, lato czeka… ☀️
Pamiętacie, jak chodziło się latem nad Jezioro Krzywe w dzieciństwie?
Jeszcze pod koniec lat 60tych cała nasza gromadka z podwórka: Dorota, Wacek, Ania i kto jeszcze chciał i nasza trójka z mamą, wyruszała pieszo od ulicy Juranda nad jezioro Krzywe. A obok przejeżdżała „siódemka”, wypchana plażowiczami po brzegi. Patrzyliśmy na nią z zazdrością, jakby to był luksusowy autokar na Riwierę Francuską 😀 A my? Piechotka. Ale za to jaka.
Szło się Jagiellończyka, mijając Kortówkę. Tam często widywaliśmy Jasia Śmietałło z ojcem na rybach. Po prawej stronie, przy rzeczułce, stała figurka Matki Boskiej, przy której mama zawsze robiła znak krzyża. Zwykle były tam świeże kwiaty. Później figurkę przeniesiono bliżej cmentarza żołnierzy.
Trochę dalej po lewej stronie ulicy była spółdzielnia spożywców, gdzie pracował Stasio Trejnis. To ten sam Stasio, który parkował ciężarówkę pod swoim domem na Juranda podczas drugiego śniadania, a potem zabierał nas, małe dzieciaki, na przejażdżkę wokół ulicy Lipowej. Dziś człowiek by za to dostał pięć formularzy do podpisania, trzy zgody, program bezpieczeństwa i wszyscy pasy! Wtedy? „Wskakujcie!” i już. Zwykle pięcioro dzieciaków, część na siedzeniu, część na pokrywie silnika, a inni stojąc. Jakie pasy bezpieczeństwa?? 😂
Na Jagiellończyka, za spółdzielnią, można było skręcić w lewo, przed nasypem kolejowym, żeby dojść na „Kamień”, czyli nad Jezioro Kortowskie. Ale sam nasyp i szlaban na Jagiellończyka to była osobna atrakcja. Szlaban zamykał się często na dobre, a my stojąc przed nim machaliśmy do ludzi w pociągach. I oni machali do nas. Dorośli ludzie, obcy podróżni… a jednak człowiek miał poczucie, że świat jest jakiś bliższy i bardziej serdeczny.
Tuż za torami, po prawej stronie, stały domy, w których mieszkały moje koleżanki z podstawówki, Danusia Gamdzyk i chyba też Danusia Kowalczyk.
I właśnie tam, za szlabanem, trzeba było podjąć najważniejszą decyzję dnia: idziemy na płatną plażę czy nad Zatokę Miłą, na “dziką plażę”?
Płatna plaża miała szeroki złoty piasek, super do siatki czy nogi, mola, lody i oranżadę. Wszystko wyglądało prawie jak kurort tyle, że biało-czarny..😁 ale oczywiście wielu z nas nie zamierzało płacić za bilet. Więc co się robiło? Właziło się przez dziurę w płocie! A informacje o tej dziurze przekazywano sobie z dokładnością operacji wojskowej: „Przy trzecim słupku, za krzakiem, potem szybko w lewo.” To był nasz Instagram. Bez internetu, ale z lepszym zasięgiem. I bez baterii…
Ale prawdziwą miłością była Zatoka Miła.
Każda rodzina miała tam swoje miejsce. Nasze było po lewej stronie zatoki, tuż nad wodą. Nazywaliśmy je „cypelkiem”. To tam uczyłem się pływać… a właściwie próbowałem. Bo do dziś mam wrażenie, że nadal się uczę 😂
Może problemem było to dmuchane koło ratunkowe, które za bardzo pokochałem i nie chciałem się z nim rozstać. Z zazdrością patrzyłem na nurkujących Wacka, Dorotę, Anię, Błażeja, Andrzeja, Jarka Ćwira, słowem wszystkich bohaterów naszego podwórka między Juranda, Jagiellończyka, Bażyńskiego, Lipową i Żiżki.
Mama, jak to mama, zawsze zabierała krem do opalania pachnący kokosami, do dziś pamiętam ten zapach! Niesamowite, jak człowiek może po tylu latach pamiętać zapach, a zapominać, po co wszedł do kuchni pięć minut temu 🤦
No i oczywiście był żółty plastikowy termos z herbatą z cytryną… oraz obowiązkowe jajka na twardo. Mamo, przecież to nie biwak! A potem, po trzeciej kąpieli w lodowatej wodzie, człowiek zjadał wszystko z taką radością, jakby wrócił z wyprawy polarnej.
Później trochę podrośliśmy i nagle bardziej interesowało nas, która dziewczyna ma „fajniejszy”, czyli bardziej skąpy strój kąpielowy 😉 Moja siostra wypatrzyła sobie nawet przystojnego chłopaka, trochę starszego. Co z tego wyszło? Małżeństwo! Nic nie zmyślam 😂
A ja też wypatrywałem… i wypatrywałem… kompletnie nie podejrzewając, że oddam serce sąsiadce mieszkającej niemal pod nosem. Tyle że żonę ostatecznie znalazłem jakieś 8000 kilometrów dalej. Życie naprawdę ma poczucie humoru.
Pod koniec podstawówki chodziliśmy już nad Miłkę sami, z kolegami i koleżankami z klasy. Takie podlotki. Oczywiście bez mamy. I bez jajek na twardo 😢
Siedzieliśmy na kocach i marzyliśmy, kiedy w końcu będziemy dorośli. Bo w wieku 14–15 lat byliśmy absolutnie przekonani, że wiemy o życiu wszystko. Tak bardzo wszystko wiedzieliśmy, że nie przychodziło nam do głowy zabrać ręcznika albo jedzenia. Więc po zimnej kąpieli siedzieliśmy głodni i trzęśliśmy się z zimna, szczękając zębami jak eksperci od życia. Mądrale. 😂
Nasze dzieciństwo nie upłynęło nad Morzem Śródziemnym, na Kanarach czy nad Adriatykiem. Upłynęło tutaj, nad Miłką i Jeziorem Krzywym.
Szliśmy tam pieszo, całą roześmianą gromadką przyjaciół z podwórka. Bez telefonów, instagramów i fejsbuków. Graliśmy w berka, wygłupialiśmy się, zakochiwaliśmy się po cichu i zawieraliśmy przyjaźnie, które trwają do dziś.❤️
I chyba właśnie dlatego tamte lata wydają się dziś takie ciepłe jak lipcowe słońce odbijające się od wody jeziora. 🙂
***
Zdjęcia pościągałem z internetu, dzięki, Krzysztof blog, PKF, archiwum, no i moje własne zdjęcia rodzinne.
05/26/2026
Dziś piękny dzień — Dzień Matki ❤️
Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałem zeszyt przesłany mi przez Elę. Jeszcze raz bardzo dziękuję. O ile dobrze się orientuję, te wiersze dla mam były pisane przez kilka miesięcy przez uczniów pani Daniec. Jeśli to są naprawdę oryginalne teksty dzieci… to wielkie gratulacje. Naprawdę piękne.
Mama zawsze była centrum tego świata. Nawet kiedy człowiek był przekonany, że wszystko wie najlepiej. Zwłaszcza wtedy 😂
Bo mamy mają tę niezwykłą zdolność: martwić się jednocześnie o pogodę, obiad, zdrowie dzieci i to, czy przypadkiem nie chodzimy bez czapki. Człowiek ma 50 czy 60 lat, a mama dalej: „A zjadłeś coś ciepłego?”
I nagle łapiesz się na tym, że odpowiadasz grzecznie. Bo w środku nadal jesteś tym samym dzieckiem.
Dlatego wszystkim Mamom życzę dziś dużo zdrowia, cierpliwości do swoich pociech, tych małych i tych już całkiem siwych 😄 oraz jak najwięcej uśmiechu mimo wszystko.
Bo pogodna mama i ciepły dom naprawdę zostają w człowieku na całe życie.
***
05/18/2026
Czy ktoś rozpoznaje swoją uśmiechniętą buzię? Rok 1963? 😄
O ile się nie mylę, a wiadomo, człowiek po tylu latach pamięta głównie gdzie mama chowała cukierki lub gdzie trzymałem piłkę, to chyba pani Wronkowska pochyla się nad ławką ucznia. I nadal obstawiam, że to klasa pierwsza.
A dlaczego? Bo ja zacząłem naukę w naszej szkole w 1967, ale umeblowanie było dokładnie takie samo! Klasa na pierwszym piętrze. Te same ławki, ten sam klimat… i oczywiście te słynne kołnierzyki!
Pamiętacie, że kołnierzyki można było odpinać od mundurka?? Trzy guziki. Dziś brzmi to absurdalnie. Człowiek tłumaczy młodszym: Tak, dzieci, mieliśmy odpinane kołnierzyki. A oni patrzą jak na opowieść z epoki dinozaurów.
Pamiętam, że moja mama zawsze je prała i prasowała. I to prasowała tak dokładnie, jakby od tego zależała przyszłość narodu. Człowiek rano zakładał mundurek i przez pierwsze 15 minut bał się oddychać, żeby nie pogiąć kołnierzyka. Ale skąd właściwie wzięła się ta tradycja?
Czytałem sobie „Lalkę” Prusa (jak już pisałem, w samolocie) i nagle bach, Rzecki wspomina, że w sklepie Wokulskiego można było kupić kołnierzyki do wyboru do koloru, kapelusze, krawaty, parasolki… czyli cały XIX-wieczny shopping mall. I wtedy sobie uświadomiłem, że my chodziliśmy do szkoły z modą, która miała korzenie jeszcze w czasach Wokulskiego! To niesamowite. Tradycja przetrwała tyle lat… i chyba skończyła się razem z naszym pokoleniem. 😢 A mój kołnierzyk?
Założę się, że moja mama nadal go gdzieś ma schowanego w szafie. Bo nasze mamy z tamtego pokolenia nigdy niczego nie wyrzucały. Wszystko było „na zaś”. Myszkuję po starociach w zeszłym roku w domu a mama:
„Nie ruszaj tego!”
„Ale mamo, to ma 50 lat.”
„No i? Jeszcze się przyda.”
I najgorsze jest to… że czasem miały rację 😂 (no dobra, przeważnie..)
No to naprzód!
Kogo widzimy na tym zdjęciu oprócz pani Laszkiewicz?
I czy rzeczywiście jest to rok 1963?
***
05/17/2026
Tyle napisałem i pokazałem filmów o Japonii, ale czasem się zastanawiam… czy moje rady są w ogóle praktyczne? 😂
Bo łatwo powiedzieć, jedź do Tokyo! Gorzej, kiedy człowiek ląduje po 12 godzinach lotu, wygląda jak zmięta koszula i nagle ma znaleźć hotel, pociąg i jeszcze nie umrzeć z głodu. 🍔
Dlatego polecam Shinagawa Prince Hotel. I nie, to nie jest hotel typu „sprzedaj nerkę i może starczy na śniadanie”. 😀 To raczej taki bardzo sprytny wybór z wielu powodów.
Po pierwsze: hotel stoi praktycznie naprzeciwko Shinagawa Station. Wysiądziesz z Narita Express z lotniska Narita (około 66 pln) i dosłownie przechodzisz przez ulicę. Koniec. Żadnego ciągnięcia walizek przez pół Tokyo, człowiek po jet lagu ledwo ciągnie własne nogi.
Sam dworzec Shinagawa jest gigantyczny. Ciągle go rozbudowują, bo ma być główną stacją MAGLEV, tych superpociągów lecących 500 km/h, już o tym mówiłem. Japonia oczywiście uznała, że normalny pociąg 300 km/h jest już trochę nudny...
Na dworcu jest wszystko: restauracje, kawiarnie, sklepy. Polecam Dean & Deluca albo Blue Bottle Coffee. Bo po 13 godzinach podróży człowiek nie szuka kultury. Człowiek szuka kofeiny i sensu życia.
Shinagawa Station obsługuje też Shinkansen (ten 300 km/h), czyli pociąg bullet-pocisk. Wsiadasz i lecisz do Kyoto, Osaki czy Hiroshima szybciej niż we własnym kraju zdążysz znaleźć właściwy peron. 😁 Na dworcu najporęczniejszą w samym Tokyo jest kolejka Yamanote, zielona linia. Taki wielki okrąg wokół Tokyo. Shibuya, Shinjuku, Harajuku, Tokyo Station… wszystko połączone. I spokojnie, nawet jak zaśniesz, to tragedii nie ma, bo kolejka jeździ w kółko. Gdzieś się w końcu obudzisz a w Tokyo nawet przypadkowe zgubienie się wygląda fajnie, jest dużo do pooglądania.
Wokół samego hotelu Shinagawa Prince Hotel jest pełno restauracji, fakt, ale jeśli budżet zaczyna płakać, to hop na dworzec albo do 7-Eleven na drugim piętrze hotelu. Taka japońska Żabka… tylko że ich jedzenie wygląda lepiej niż w niejednej restauracji. Świeże sushi, bentō, kanapki, sałatki, budynie, lody… i kawa latte za jedyne 230 jenów, czyli 4,60 pln. Czyli mniej więcej tyle, ile tu w Kanadzie kosztuje patrzenie na kawę. 😂 7-Eleven działa 24/7, co jest idealne przy jet lagu. Ja codziennie o 5 rano wchodziłem tam na pół śpiąco, a pracownicy już od drzwi: Ohayou gozaimasu!
Czyli „dzień dobry”, ale powiedziane z takim entuzjazmem, jakby naprawdę się cieszyli i nie widzieli cię od roku 😀
A jak macie jeszcze krótszy budżet, to za rogiem jest supermarket typu japońskiej Biedronki. Tam ceny są tak niskie, że człowiek zaczyna podejrzewać, że coś źle przeliczył.
Jeśli uda wam się dostać pokój w głównej wieży hotelu, poproście o widok na Tokyo Tower. A przy dobrej pogodzie można nawet kątem zobaczyć Mt. Fuji. I wtedy człowiek robi dokładnie to samo zdjęcie co 40 milionów turystów przed nim. Tradycja.
No i jeszcze w hotelu jest pralnia na 9 piętrze. Tak, to ważne. Bo po tygodniu w Tokyo człowiek odkrywa, że nawet najbardziej minimalistyczna podróż produkuje podejrzanie dużo brudnych skarpetek.
A pamiętajcie: kiedy w Tokyo jest 8 rano, w Olsztynie jest 1 w nocy. Będziecie więc potrzebowali dużo kawy, żeby nie zasnąć w Yamanote. Ale spokojnie, wokół was połowa Japonii też śpi na siedząco. Oni po prostu robią to bardziej elegancko.
Tokyo jest niesamowite. Trochę kosmiczne, trochę chaotyczne, ale działa jak perfekcyjnie zaprogramowany organizm. A po kilku dniach człowiek nagle łapie się na tym, że wraca do hotelu, kłania się automatycznym drzwiom i mówi do ekspresu „arigato” (dziękuję)
I wtedy wiadomo, że Japonia już weszła do głowy 😄
PS. Nie napisałem jeszcze o wyposażeniu japońskich toalet… a to jest osobna cywilizacja 😂
Te ich bidety są absolutnie odjazdowe. Człowiek siada pierwszy raz i nagle czuje się, jakby NASA zaprojektowała sedes. Guziki, symbole, podgrzewana deska, jakieś dźwięki natury… brakuje tylko opcji „espresso”.
Naprawdę, czasem siedziałem tam za długo. Ciepła deska, cisza, jet lag… pełen relaks. I w końcu żona puka do drzwi: ty, zasnąłeś czy co?!
A ja prawie odpowiadałem: Nie przeszkadzaj… właśnie osiągnąłem wewnętrzny spokój.
Po powrocie do domu zwykła toaleta wydaje się bardzo rozczarowana sobą. 😄
No to tyle. Moja siostra też zatrzymała się w Shinagawa Prince Hotel, będąc w Tokyo, i bardzo jej pasowało. Miłych wakacji.
***
05/15/2026
Wokulski z Lalki Prusa, dlaczego dziś czytam tę książkę zupełnie inaczej?
Zwłaszcza w samolocie do i z Japonii, gdzie człowiek ma osiem godzin, żeby patrzeć w okno i analizować cudze problemy uczuciowe sprzed 150 lat. 😂
Wtedy Wokulski był przedstawiany trochę jak taki podejrzany typ: dorobkiewicz, prywaciarz, badylarz… Czyli w polskim tłumaczeniu: „na pewno coś kombinował”.
W Polsce, jak człowiek się dorobił, to od razu podejrzenie. „Skąd miał pierwszy milion?” A w Ameryce? „Wow, inspirational story!”
Ta sama osoba. Inny kontynent.
Wokulski właściwie popełnił tylko jeden błąd: zakochał się nie tam, gdzie trzeba. A Izabela? Kręciła nosem, mimo że sama była praktycznie bez grosza, z ojcem-bankrutem na pokładzie. Taki XIX-wieczny odpowiednik dziewczyny wrzucającej zdjęcia na Instagram z Dubaju, choć karta kredytowa właśnie płonie. 🔥
I, patrząc z okna samolotu, zacząłem się zastanawiać: jak wyglądałoby to dziś?
Czy dziewczyny „z dobrych domów” nadal kręcą nosem na dorobkiewiczów?
Czy może dziś wygląda to bardziej praktycznie?
„Oczywiście, że go kocham… a teraz pan mecenas przeczyta intercyzę.” 😂
No więc pytanie brzmi:
czy Wokulski dzisiaj miałby większe szanse?
Czy współczesne Izabele nadal szukałyby hrabiego z herbem… czy raczej właściciela software house’u pod Warszawą? 😉
Bo może dziś brak wyrafinowania już tak nie przeszkadza, jeśli pod domem stoi Lamborghini, złoty łańcuch waży tyle co mały rower, a willa wygląda jak lobby hotelu w Dubaju. 😂
Ale mam wrażenie, że Lalka nadal działa ludziom na nerwy dokładnie z tego samego powodu: wszyscy chcą wierzyć, że liczy się miłość… dopóki ktoś bogatszy nie wejdzie do restauracji…
***
Ostatni dzień w Japonii. Przepraszam za kłopoty dźwiękowe, nie zorientowałem się że będzie tak wietrznie.
Shinjuku, wjazd na 45 piętro wieżowca rządowego aby podziwiać widok miasta.
Trójwymiarowy kot na budynku w Shinjuku 😂 No niech tam, tłumy wyciągają głowy do góry ale ja tak naprawdę przyszedłem tu na naleśnika z truskawkami, bitą śmietaną i sernikiem. O latte już nie wspomnę..
Wybrałem się do biura głównego firmy Sony! Parę eksponatów pamiętam sprzed wielu lat ale brakowało mi najnowszych urządzeń. Więc mam trochę niedosytu po tej wizycie.
Click here to claim your Sponsored Listing.
Location
Category
Website
Address
Honolulu, HI
96813