Szkoła Podstawowa nr 12 Olsztyn - aut. Grzegorz Gawroński

Szkoła Podstawowa nr 12 Olsztyn - aut. Grzegorz Gawroński Grzegorz Gawroński - Szkoła podstawowa numer 12 w Olsztynie, wielu przyjaciół, znajomych, nauczycieli z lat 60-tych i 70-tych.

Najbardziej fascynujące były nasze zabawki w dzieciństwie. A właściwie ich brak. Prawdziwy motocykl był w tamtych czasac...
08/26/2026

Najbardziej fascynujące były nasze zabawki w dzieciństwie. A właściwie ich brak.

Prawdziwy motocykl był w tamtych czasach szczytem marzeń każdego chłopaka: SHL, WSK, Junak, Komar, Jawa to były nasze marzenia o Ferrari, Lamborghini i Harley-Davidson.

Tyle że część z nas miała rower. 🚴‍♂️Więc trzeba było użyć wyobraźni!

Kto ten sposób pamięta? Bo w dzieciństwie to był na to szał.

Kawałek twardej tektury, najlepiej z pudełka po butach, kawałek sznurka i rower. Kartonik mocowało się klamerką do widelca błotnika przedniego koła i podczas jazdy robił on charakterystyczne:

TRRRRRRRR!

Im szybciej jechaliśmy, tym bardziej nasz rower zaczynał przypominać motocykl. Sznurek można było odpowiednio napiąć i „sterować” dźwiękiem. Prawa ręka robiła za manetkę gazu; można było przegazować na zakręcie, dodać gazu pod górkę albo udawać zmianę biegów. Dzisiaj nazwalibyśmy to interaktywnym symulatorem motocykla. My nazywaliśmy to po prostu: „Ale fajnie chodzi!”. Koszt: zero złotych.

Dzisiaj podobna zabawka wymagałaby telefonu, aplikacji, gogli VR, konta użytkownika, hasła, aktualizacji i zgody na przetwarzanie danych osobowych. 😂
***

Mija pierwszy tydzień sierpnia, czyli wszystkie sklepy wywieszają nalepki, “tanio”, “sale”, “wyprzedaż”, “wracamy do szk...
08/09/2026

Mija pierwszy tydzień sierpnia, czyli wszystkie sklepy wywieszają nalepki, “tanio”, “sale”, “wyprzedaż”, “wracamy do szkoły”, “ołówki i atrament za pół ceny 😂 tylko u nas”..Atrament w 2026 roku brzmi trochę jak produkt z muzeum, ale kto wie, może właśnie wraca moda na kałamarze (bo dzwony z dzieciństwa już są) 😂

Ale wakacje w naszym dzieciństwie spędzało się na ulicy Juranda lub na boisku. Środek lat 1960 tych to powojenny wyż demograficzny, który wypełnił ulice i boiska chmarami dzieciaków latających w tę i nazad jak elektrony; wydawało się bez sensu, ale sens był. Zabawa. Ciekawe, że będąc dziećmi mieliśmy nasze własne niepisane reguły gier czy zabaw. I każdy je przestrzegał. Nie jak dzisiejsi politycy, którzy mówią jedno w czasie tur przedwyborczych, by za 5 minut po wyborach mówić i robić coś kompletnie innego. Myśmy mieli honor. A jak się ktoś wyłamał, to co? POBITE GARY!!! Tylko ludzie w naszym wieku rozumieją, o co chodzi, nie? 😁

Strupy na kolanach to były ordery naszego dzieciństwa. Nosiliśmy je z dumą, chociaż po upadku z roweru twarzą w asfalt wydzieraliśmy się na całą dzielnicę. Nieważne. Były dzieci, które przychodziły z odległych terenów na naszą ulicę Juranda, bo nam się wydawało, że ta ulica to było serce dzielnicy. Tuż za płotem szkolne boisko, więc wybór był często ciężki: w berka na ulicy, czy w nogę na boisku? W badmintona, czy w kosza, w chowanego, czy w gumę. Każda zabawa miała własne atrakcje.

W zeszłym roku, będąc w domu mojego dzieciństwa, znalazłem stare drewniane rakietki do badmintona. Były poobijane, wyschnięte i wykrzywione. Spojrzałem na nie i pomyślałem, że wyglądają trochę jak my po sześćdziesięciu latach. Roześmiałem się. A chwilę później zrobiło mi się trochę smutno.
Bo te stare rakietki nie były już tylko kawałkami drewna. Pamiętały nasze ręce, nasze zabawy, nasze podwórko, nasze lato. Pamiętały ludzi, którzy wtedy byli obok.

I właśnie wtedy przyszła mi do głowy pewna myśl.

W pewnym momencie naszego życia przestaliśmy wychodzić na ulicę czy boisko, bo już się zaczynało dorastać i nie wypadało. Więc niepostrzeżenie niektóre nasze gole w nogę, czy odbicia rakietki badmintona były ostatnimi w naszym dzieciństwie. I nawet z tego sobie nie zdawaliśmy sprawy.

Ostatni raz strzeliliśmy gola. Ostatni raz zagraliśmy w badmintona. Ostatni raz przejechaliśmy rowerem całą okolicę bez żadnego celu. Ostatni raz wróciliśmy do domu brudni, spoceni i szczęśliwi. Tylko że nikt nam wtedy nie powiedział, że to ostatni raz. Nie było żadnej uroczystej ceremonii. Nikt nie podchodził i nie mówił: „Uwaga, młody człowieku. To będzie ostatni gol twojego dzieciństwa”. Po prostu graliśmy. A potem wracaliśmy do domu.

Opisałem już parę lat wstecz, jak zapamiętałem moją ostatnią wspaniałą bramkę strzeloną na boisku naszej szkoły numer 12.
Pamiętam, że właśnie wtedy przyszła mi do głowy ta myśl. Czy to już moja ostatnia szansa na strzelenie gola, będąc jeszcze chłopcem? Od września miałem przecież iść do liceum. Inny wymiar. Inne pokolenie. Może. Ale to tylko taka krótka myśl.

Załadowałem piłkę w prawe górne "okienko" bramki. Dzida! Gol!! Była to chyba moja najpiękniejsza bramka w życiu, otoczony przez roześmianych przyjaciół, wyrzuciłem radośnie ręce w górę. Wygraliśmy mecz.

Dopiero po kilku latach ten fragment mojego życia, niby tak mało ważny wtedy, stał się tak przełomowy. Okazało się, że to była ostatnia bramka mojego dzieciństwa. Wkrótce, po zakończeniu roku szkolnego, już więcej tam w piłkę na boisku szkolnym nie grałem. Jakoś nie wypadało nie będąc uczniem tej szkoły.

I tak, zupełnie niepostrzeżenie, zakończył się pewien etap mojego życia.

To chyba właśnie jest najbardziej niezwykłe w dzieciństwie. Nie wiemy, kiedy coś dzieje się po raz ostatni. Nie wiemy, że właśnie oglądamy ostatni zachód słońca z kolegami, gramy ostatni mecz, jedziemy ostatni raz rowerem do Kortowa albo wracamy do domu z ostatnią garścią zdartych kolan.

Życie nie daje nam takich ostrzeżeń. Dopiero po latach składamy te drobne chwile w całość. I wtedy widzimy, że z pozornie zwyczajnych rzeczy powstało coś niezwykle cennego. Ulica Juranda. Boisko. Rowery. Drewniane rakietki. Kartonik udający silnik motocykla. Jezioro. Śmiech. Przyjaciele. To były nasze małe, kolorowe ogniwa.

Dzisiaj są trochę wyblakłe, tak jak stare fotografie. Niektóre pamiętamy dokładnie, inne tylko fragmentami. Ale wszystkie razem tworzą długi łańcuch wspomnień. I chyba właśnie z takich łańcuchów budujemy własne życie.

Dlatego kiedy w sierpniu widzę w sklepach napisy „Wracamy do szkoły”, nie myślę już tylko o końcu wakacji. Myślę o tamtym sierpniu, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że pewne wakacje będą naszymi ostatnimi prawdziwymi wakacjami dzieciństwa. I może właśnie dlatego tak dobrze je pamiętamy. Bo wtedy mieliśmy mnóstwo czasu. A dzisiaj mamy mnóstwo wspomnień.

I, niestety, trochę mniej kolan nadających się do gry w nogę. 😂
***

Kto jest na tych zdjęciach? Na jednym na pewno pani Wronkowska i wiele innych nauczycieli naszej szkoły na początku lat ...
08/04/2026

Kto jest na tych zdjęciach? Na jednym na pewno pani Wronkowska i wiele innych nauczycieli naszej szkoły na początku lat 1960.

Fajnie sobie siedzimy na zdjęciu, piszę siedzimy bo tak wyglądała prawie każda pierwsza klasa podstawówki w naszej szkole numer 12 pewnie przez całe lata 60te.

Pióro w prawej dłoni, a jak ktoś próbował w lewej, to dostał po łapach i już się nauczył pisać prawą ręką 😂 Takie cuda medycyny PRLu.

Białe dopinane kołnierzyki, które nasze mamy prasowały i były tak sztywne jak przypalone naleśniki..

Na środku ławki pomiędzy uczniami był kałamarz. I jak to teraz wytłumaczyć dziecku w 2026 roku? - Widzisz, kochanie, kiedyś człowiek pisał piórem, które trzeba było zanurzać w atramencie… A dziecko patrzy i myśli: – Czy wy mieszkaliście wtedy w jaskini? 😁

Od wieków człowiek pisał piórem maczanym w atramencie, od Kopernika, do Długosza, Kochanowskiego albo Kmicica, który nie mając pod ręką atramentu, zaciął sobie rękę i pisał do Oleńki własną krwią. Kurde, miał pomysły 😂 Dzisiaj wysłałby serduszko i byłoby po sprawie..

A potem wymyślili “wieczne pióro”. Wieczne. Fajna nazwa. Takie “wieczne”, że po dwóch lekcjach należało je napełnić atramentem. To tak jak teraz komórka, która działa też “wiecznie”, ale po 7 godzinach musimy ją ładować… Marketing od zawsze był sztuką fantazji.

No i w końcu wymyślili długopis, ale też nie za bardzo. Bo wkład do długopisu to też cały przemysł: to cienki, to gruby, to kolorowy. A jak przestał pisać, to się wkład długopisu wkładało do ust i nadmuchiwało się powietrzem. Lub rozgrzewało w dłoni i.. pisał dalej. Kto tak robił?? Ja.

No i do dzisiaj nie wymyślili nic lepszego. Długopis to dalej takie urządzenie, które niestety nie jest wymyślone tak do końca. Ale każdy hotel je rozdaje “w prezencie”. Kurde, ile ja tego nazbierałem z całego świata? Jestem kompletnym kleptomanem 😂

Niestety większość już wyschła.. tak jak nasze wspomnienia z pierwszej klasy.
Na szczęście wystarczy jedno stare zdjęcie i nie trzeba dm***ać. Znowu zaczynają pisać.
***

No to jeszcze raz wracamy do przeszłości! Początek lat 70., wycieczka szkolna do Malborka, szkoła podstawowa nr 12, klas...
07/31/2026

No to jeszcze raz wracamy do przeszłości! Początek lat 70., wycieczka szkolna do Malborka, szkoła podstawowa nr 12, klasa V.

Malbork. To miejsce do dzisiaj odwiedzają tłumy turystów, bo to przecież perełka światowej klasy. Poważnie, ogromny zamek, mnóstwo historii i ten niesamowity klimat. Ale wtedy, oprócz wspominania pokonanych Krzyżaków, człowiek miał tam dwa główne cele: zamówić sobie lody i pokazać przyjaciołom, jak absurdalnie szerokie mieliśmy dżinsy-dzwony.

Zresztą, spójrzmy prawdzie w oczy, Krzyżacy, lody, czy spodnie?? przy obecnych upałach lody bez problemu wygrałyby ten wyścig jako najważniejsze. Bo historia jest super, ale czy jakikolwiek rycerz w zbroi przetrwałby lipiec bez truskawkowego rożka? Średniowiecze byłoby o wiele spokojniejsze, gdyby zamiast bitew po prostu jedli deser. Wyobraźcie sobie wielkiego mistrza krzyżackiego: „Chciałem podbić te ziemie, ale dostałem zamrożenia mózgu od lodów i muszę posiedzieć w cieniu” 😂

A te dzwony... Do dzisiaj się zastanawiam, kto to zaprojektował. Przecież nogawki w tych spodniach były tak szerokie, że można w nich było przemycić do zamku całą czteroosobową rodzinę i małego psa. Albo przynajmniej spory zapas lodów na później…

Na tym zdjęciu widzę wiele przyjaciół, sąsiadów, czy tak po prostu, znajomych ze szkoły. Basia, Dorota, Krysia, Mirek, itd. A w środku, to nie jest Pani Kownacka??
***

Pełnia lata, koniec lipca.Od Świętej Anki, a 26 lipca to urodziny mojej Babci i mojej jedynaczki 😂  obowiązuje święta za...
07/29/2026

Pełnia lata, koniec lipca.

Od Świętej Anki, a 26 lipca to urodziny mojej Babci i mojej jedynaczki 😂 obowiązuje święta zasada: od Świętej Anki zimne wieczory i ranki!

Tak tylko przypominam, bo za oknem trzydzieści stopni w cieniu, a w telewizji wciąż trąbią o globalnym ociepleniu. Chyba tylko z rozpędu, bo w czerwcu odpalałem kominek co wieczór. Serio, myślałem, że przyjmą mnie do zakonu traperów na Alaskę 😁

A skoro o przypomnieniach mowa, dzięki, Krzyś, za to zdjęcie z Górki Jerzyka podkolorowane przez sztuczną inteligencję. Moja relacja z tym całym ej aj to klasyczne „kocham Cię, a jednocześnie mam ochotę wyrzucić Cię przez okno”. Kocham, kiedy ej aj pisze za mnie sprawozdanie biznesowe po dwugodzinnej konferencji, nienawidzę natomiast, gdy przerabia nasze twarze z ludzkich na coś w rodzaju obcych form życia po przejściach. No, ale przyznaję, w kolorze.

Człowiek by chciał oglądać przeszłość w barwach, zwłaszcza nasze pokolenie, które dorastało w czerni i bieli. Ulice były czarno-białe, telewizor był czarno-biały, a wspomnienia też były monochromatyczne, bo większość zdjęć po prostu nie miała innej opcji. Rozumiem to parcie na kolory. No bo jak tu nie zaśpiewać: „Więc chodź, pomaluj mój świat, Na żółto i na niebiesko...”? Pamiętacie jeszcze 2+1?

A z drugiej strony... te stare, czarno-białe lata mają w sobie taki urok, że człowiek mięknie. Natychmiast wracamy do dzieciństwa, pierwszych przyjaźni, pierwszych miłości i w ogóle wszystkiego po raz pierwszy. W końcu od czegoś trzeba było zacząć, nie?

No więc dla ochłody trochę śniegu prosto z Górki Jerzyka z 1969 roku (chyba) A ja lecę do lodówki bo jak raz mam tam truskawkowe lody a wiecie co się dzieje gdy się ma w domu dzieci, takie lody po prostu znikają i nikt, absolutnie nikt nie wie co się z nimi stało… Tajemnica wszechświata 😂🍦
***

Mistrzostwa Świata dobiegają końca, a ja, szukając zdjęcia mojej gęby z dożynek w 1974 roku (bo każdy ma jakieś ambitne ...
07/14/2026

Mistrzostwa Świata dobiegają końca, a ja, szukając zdjęcia mojej gęby z dożynek w 1974 roku (bo każdy ma jakieś ambitne hobby 😂), trafiłem na taką perełkę.

Siedzę sobie z miną człowieka, który najwyraźniej już wtedy uważał, że balustrada to całkiem wygodne krzesełko, miejsce akcji: Jurata. Urlop całą rodziną, dwa tygodnie nad morzem. Na zdjęciu są mój tata i siostra, ale umówmy się, prawdziwą gwiazdą jestem ja. A właściwie moja trykotowa koszulka z Mistrzostw Świata 1974. Tak, praktycznie świeżutka, bo turniej zakończył się 7 lipca.

Pamiętam, że pewnie przy stole rozmawiało się o tym, jak Polacy zostali okradzeni z marzeń. Nie przez sędziego. Przez pogodę. Bo kazano im grać z Niemcami w wodzie sięgającej... no dobrze, może nie do pasa, ale jako dzieci byliśmy przekonani, że piłkarze bardziej pływali niż biegali 🚣 Dzisiaj? Mecz by przełożono, bo murawa jest „niewystarczająco komfortowa dla widowiska”. Wtedy najwyraźniej uznano, że jeśli piłka czasem znika pod wodą, to tylko dodaje dramaturgii.

Ale kiedy odłożyłem na bok historię futbolu i dłużej popatrzyłem na zdjęcie tego czternastoletniego chłopaka, nasunęła mi się nostalgiczna myśl i uderzyło mnie coś znacznie ważniejszego.

To były ostatnie wakacje, które spędziliśmy całą rodziną… 😞

Potem człowiekowi wydawało się, że jest już prawie dorosły. Chciało się być niezależnym, mieć własne plany, własnych znajomych, własne wakacje. Każda kolejna propozycja rodzinnego wyjazdu spotykała się z klasycznym nastoletnim wzruszeniem ramion. To było niezwykłe wzruszenie ramion, potrafiło zastąpić piętnastominutowe przemówienie pod tytułem: „Wakacje z wapniakami? Nigdy więcej.” 😁

Człowiek był wtedy absolutnie przekonany, że rodzice będą czekać z tymi wakacjami wiecznie. Jak lodówka. Albo podatki. 😅

A potem mija kilkadziesiąt lat, patrzysz na stare zdjęcie i odkrywasz, że oddałbyś naprawdę wiele, żeby jeszcze raz usiąść z nimi przy tym samym stole. Posłuchać tych samych rozmów. Nawet o meczu rozgrywanym na jeziorze.

No cóż. Mądry człowiek po szkodzie. Szkoda tylko, że ta mądrość przychodzi zawsze z takim opóźnieniem... 🤔
***
*********************************
A propos... pamiętam, że na co dzień prawie nikt nie mówił „Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej”. To było za długie. Mówiło się po prostu: mundial. Ale dlaczego?

To słowo na dobre zadomowiło się w Polsce przy okazji turnieju w Argentynie w 1978 roku. Oficjalna hiszpańska nazwa brzmiała Mundial de Fútbol. A że lata 70. były złotym okresem naszej piłki, cały kraj żył turniejem. Komentatorzy, z legendarnym Janem Ciszewskim na czele i dziennikarze podchwycili krótkie, melodyjne słowo. W porównaniu z „Mistrzostwami Świata w Piłce Nożnej” brzmiało jak wersja ekspresowa.

Potem przyszedł Mundial 1982 w Hiszpanii, kolejne trzecie miejsce Polaków i... było po wszystkim. „Mundial” przykleił się do naszego języka na dobre. Czasem jedno dobrze brzmiące słowo ma większą siłę niż cała kampania marketingowa.
***

Szukam w internecie informacji o dożynkach w Olsztynie. Chodzi mi o lata 1973 albo 1974 i stadion Gwardii koło WDK. Info...
07/12/2026

Szukam w internecie informacji o dożynkach w Olsztynie. Chodzi mi o lata 1973 albo 1974 i stadion Gwardii koło WDK. Informacje są sprzeczne, ale wspomnienia mam, i to blisko związane z naszą szkołą numer 12.

Co do daty mogę się mylić, ale jak mówiłem, ja się mylę tylko w sprawach zasadniczych 😂

No więc, powiedzmy, był rok 1974. Olsztyn został wyznaczony do organizacji Dożynek i nagle wszystkie szkoły przeszły na bardzo nowoczesny system nauczania. Trzy lekcje rano. Trzy! A potem całą szkołą marsz albo autobus nr 4 do WDK, aby przez następne parę godzin “ćwiczyć” układy taneczne według rządowego scenariusza.

Priorytety były jasne. Matematyka może poczekać. Historia też. Geografia też. Polski też. W tym wieku każda lekcja skrócona o godzinę była sukcesem edukacji. 😉

Tak, co tam nauka, najważniejsze, żeby rząd pokazał w telewizji, że młodzież tańczy z uśmiechem.

Dzisiaj nazwalibyśmy to "eventem". 😄

No ale w tamtych czasach, nam uczniom, w to graj. Nie ma lekcji, super, kto się tam będzie wysilał nad ułamkami kiedy świeci słoneczko i tańczy się z dziewczyną “za rękę”. W wieku 13–14 lat to był wyczyn. Bo przecież nie jest się już ani dzieckiem, ani dorosłym, czyli taki zielony wiek, kiedy człowiek zaczyna się wszystkim interesować, ale nic nie wie na pewno.

No więc na stadionie tańczyliśmy parami, trzymając się w tańcu za ręce. Nauczycielka była swatką. Normalnie biuro matrymonialne PRL. 😂I ta swatka wybrała mi partnerkę. Super. Trzymam dziewczynę za rękę, dobrze, i nie muszę się nawet gimnastykować, żeby ją wpierw zaprosić do kina czy na spacer. Moja partnerka była nową uczennicą w naszej klasie, co samo w sobie zwróciło czujną uwagę chłopaków.

Nie to co te dziewczyny, z którymi chodziło się do tej samej klasy od początku życia, czyli od pierwszej klasy, toż to praktycznie rodzina... 😁 No więc, punkt dla mnie za darmo, dostałem tę atrakcyjną dziewczynę od naszej szkoły nr 12! Następny krok należał do mnie. Tylko jak do tego się zabrać, kiedy ma się 14 lat? Instrukcji nie ma, doświadczenia zero, YouTuba nie ma, Instagram? Marzenie. Tyle co się oglądało w Czterech Pancernych, jak Janek zalecał się do Lidki. No i zacząłem od najgorszej wersji, czyli zaczęliśmy się kłócić. Genialny plan. 🤦Koledzy i koleżanki od razu wyćwierkali wytykając nas palcami: kto się czubi, ten się lubi!!!
Był to strzał w dziesiątkę. Naprawdę mi się ona podobała, ale, jak mówię, bez doświadczenia błądziłem gdzieś daleko i robiłem wszystko na opak i, co dzień, wracając do domu, waliłem się w łeb. Co ja narobiłem? Nic mi się nie udaje, pewnie jestem tłumokiem, któremu nigdy nic się nie uda.

Pamiętam doskonale te nasze tańce w białych koszulkach trykotowych z olbrzymim pomarańczowym słońcem na piersi (przynajmniej wyglądało to jak słońce.. a może to były tylko takie rozchodzące się promienie słoneczne.. tak czy inaczej, moje uczucia rozchodziły się dokładnie jak te promienie, we wszystkie strony, tylko nie tam, gdzie trzeba. 😂

Trzeba przyznać, że dziewczyny miały fajne minispódniczki, a w tym wieku ocena wyglądu nóg była już na tym samym poziomie co wycena tego, co miały w miejscu w górnej części torsa. 👏 A umówmy się… W wieku czternastu lat chłopakowi wydaje się, że jest wybitnym znawcą kobiecej urody. Nie jest. Ale jest przekonany, że jest. 😍

Moje niezdarne podrygi i w tańcu i w kierunku mojej partnerki były tak mizerne, że nic z tego w końcu nie wyszło. Bez złamanych serc, bez happy endu i bez satysfakcji, że się coś w końcu udało.

Zawsze mnie ciekawiło, co ona wtedy o mnie myślała i czy w ogóle jakieś szanse u niej miałem.

Po latach dowiedziałem się, nie od niej, ale od jej koleżanek, że one proponowały jej zamianę partnerów, bo inne dziewczyny chciały ze mną tańczyć w parze. Nic nie zmyślam. I wiecie co? ona odmówiła! Więc coś tam może było.. Pozostanie to pewnie nierozwiązaną tajemnicą podobną do tajemnic potwora z Loch Ness, czarnych dziur w kosmosie i odpowiedzi na pytanie, dlaczego zawsze wybierałem najtrudniejszy sposób, żeby powiedzieć dziewczynie, że mi się podoba. 😂

Ale ja miałem pisać o dożynkach.. Czy ktoś pamięta te dożynki, bo z ręką na sercu internet podaje tyle dat i wszystkie “są na pewno”. Więc kwalifikuję je na tym samym poziomie co teorie spiskowe ludzi, którzy podają, że Ziemia “na pewno” jest płaska, a nie okrągła.

(Co jest nikczemnością, szczególnie dla mnie, pochodzącego z Olsztyna, ulubionej rezydencji Kopernika) 😂
***
Zdjęcie z dożynek 1974. I tak wyglądałem w wieku 14 lat.

07/05/2026

O Kortowie mógłbym opowiadać bez końca.

Większość dzieci, które mieszkały w okolicach Kortowa, Słonecznego Stoku i Pozort, chodziła do naszej szkoły nr 12.

Ale jeszcze w dzieciństwie, jak już pisałem, jeździliśmy rowerami do Kortowa, żeby pozbierać piłki tenisowe rozrzucone wokół kortu, najeść się ciastek w ‘koktajlu’ i popływać w jeziorze Kortowskim.

Więcej opowiem w filmie.

***

Tuż po sierpniu 1980 roku rozpocząłem studia na Zootechnice ART w Kortowie.Naturalnym wyborem studiów dla uczniów szkoły...
07/02/2026

Tuż po sierpniu 1980 roku rozpocząłem studia na Zootechnice ART w Kortowie.

Naturalnym wyborem studiów dla uczniów szkoły nr 12 było ART.

Raz, że blisko, dwa, że znało się ludzi, którzy już tam się uczyli. Czyli dwa głupie argumenty, aby tam studiować. Zawsze żałowałem mojego wyboru ART z powyższych powodów. Na pewno lepszym wyborem dla mojego wybitnie humanistycznego mózgu był WSP, ale z jakiegoś powodu studentów z WSP traktowało się niżej. (W akademiku WSP przeżyłem parę większych imprez; ich akademik nie bez powodu przezywany był “płonącym wieżowcem”) 😂

Dlaczego wybrałem zootechnikę na ART? Nie mam najmniejszego pojęcia.

Naprawdę. Interesowało mnie to mniej więcej tak samo jak dziś interesuje mnie skład chemiczny płynu do spryskiwaczy.

Ale większość moich znajomych szła na ART, więc poszedłem i ja. Owczy pęd? Na Zootechnice? Trudno o lepszą metaforę… owczy pęd.. hahahaha.

Rektorem ART w latach 70tych i 80tych był profesor Teofil Mazur, a prorektorem Andrzej Hopfer, brat Tomasza Hopfera, znanego dziennikarza sportowego i współprowadzącego telewizyjnego programu Studio 2.

Często spotykałem obu Hopferów na kortach tenisowych w Kortowie. Tego prorektora, Andrzeja Hopfera, odwiedzałem raz w tygodniu, prosząc o “dziekankę”, jak mi się trochę noga powinęła, ale bez skutku. Studenci, którzy zakładali NZS, Niezależne Zrzeszenie Studentów, nie byli mile widziani na wybitnie "czerwonej" uczelni. A moje imię i nazwisko było na trzecim miejscu listy zakładających; niektórym moim bliskim kolegom to politykowanie tak się spodobało, że zrobili z niej karierę…

Część mojego życia studenckiego spędziłem w akademikach. I studenckich i asystenckich. Każdy wydział ART miał własny klub, np. Weterynaria - Antałek tuż obok stadionu AZS. W soboty człowiek przemieszczał się z dyskoteki na dyskotekę, aby tylko poznać jakieś nowe dziewczyny. Mam kontynuować..?😉 Odbywały się też w Kortowie coroczne "Juwenalia", czyli piło się i tańczyło cały dzień i całą noc! 😂

I tak toczyło się życie studenckie.

Kortowiady. Akademiki. Mecze siatkówki. Turnieje tenisowe. Koncerty. Kabaret Tey. Koncert SBB. Kino Student. Koktajle truskawkowe. Jezioro. Zawody hippiczne. Juwenalia. Hans Kloss i jego rzekome skarby. Wizyty u przyjaciół na Słonecznym Stoku. Godziny spędzone z kolegami i koleżankami.

I oczywiście te wieczory, po których człowiek wracał do domu trasą, której następnego dnia nie potrafiłby narysować nawet na mapie. 😂

Gdy dziś o tym myślę, uświadamiam sobie, że najważniejsze nie są miejsca.

Najważniejsi byli ludzie.

Te wszystkie chwile nadal gdzieś we mnie są. Jak stare fotografie schowane w szufladzie. Czasem wystarczy jedno zdjęcie, jeden zapach, jedno przypadkowo usłyszane nazwisko i nagle wraca całe lato, całe podwórko, cały świat.

I chyba właśnie dlatego warto wracać do tych wspomnień.
Bo ten chłopak z rowerem, z mokrym ręcznikiem przewieszonym przez kierownicę, gnający nad jezioro z kolegami, nadal gdzieś tam jest.

Tylko teraz trochę wolniej wsiada na rower. 😉

Address

Honolulu, HI
96813

Website

Alerts

Be the first to know and let us send you an email when Szkoła Podstawowa nr 12 Olsztyn - aut. Grzegorz Gawroński posts news and promotions. Your email address will not be used for any other purpose, and you can unsubscribe at any time.

Shortcuts

Featured

Share