01/02/2022
Dziś zapraszam Was do przeczytania krótkiej refleksji na temat tego, jak daleko powinna sięgać "ochronna bańka" w wychowaniu dziecka
"Pozwól mi popełniać błędy"
Jako nauczyciel często rozmawiam z innymi koleżankami po fachu, jak trudno jest oddać „władanie światem” w dziecięce ręce. Jak nie bać się dzieciom zaufać, pozwolić przezywać im nieprzyjemne emocje (zderzać się z nimi i szukać sposób na radzenie sobie z nimi), jak pozwolić korzystać z przedmiotów, które są ostre, mogą się stłuc, jak pozwolić dzieciom na wspólne gotowanie, kiedy obok pali się gaz na kuchence… Jak przestać chronić a pozwolić doświadczać dzieciom życia?. Czy chronienie dziecka w dobrej wierze (bo się skaleczy, przeziębi, przewróci, bo się popłacze gdy kolega nie da zabawki, bo się zezłości gdy przegra w grze, bo będzie rozpaczać gdy jako nastolatek zakocha się w niewłaściwej osobie „to z góry było przesądzone, że to była niewłaściwa osoba, ale on/ona nie chciała słuchać”) przynosi więcej korzyści czy strat?
Jako zwolenniczka korczakowskiego podejścia uważam, że dzieciom należy się zaufanie. Jako osoba, która od lat pracuje w oparciu pedagogikę Planu Daltońskiego, zgadzam się ze stwierdzeniem Helen Parkhurst, że „cokolwiek dziecko potrafi, dorosłemu zrobić nie wolno”. Niepodważalnie wierzę w słowa Jespera Juula „Dzieci nie potrzebują wychowania, ale przyjaznego przewodnictwa”.
Jestem zdania, ze dzieciom należy ufać i należy im to zaufanie okazywać. Należy przy dzieciach trwać i mówić im, że mają prawo samodzielnie próbować, podejmować nowe wyzwania, przekraczać własne granice, a my dorośli, będziemy przy nich trwać. Będziemy bacznymi obserwatorami, gotowymi pomagać, gdy zobaczymy, ze dziecko nas o tę pomoc prosi, będziemy w gotowości, niczym biegacz na bieżni czekający w skłonie na wystrzał startowego pistoletu. Między dorosłym a dzieckiem powinna wytwarzać się bezsłowna komunikacja – „Ty na mnie spojrzysz, a ja wiem, że to ten moment, kiedy mam do ciebie podejść i wesprzeć cię w tym, czego chcesz osiągnąć. Nie wyręczyć Cię, ale cię wesprzeć. Pokazać Ci drogę, wyciągnąć do ciebie rękę, na której Ty się wesprzesz, by zrobić kolejny krok do przodu na swojej drodze ku temu, kim chcesz być i czego chcesz doświadczyć”.
Oczywiście, że wszystko dzieje się w dbałości o bezpieczeństwo dziecka – jeśli widzę, że ewidentnie ono samo sobie zagraża w sposób fizyczny lub niszczy siebie psychicznie, muszę reagować. Mam więcej doświadczeń jako dorosła osoba. Oczywiście, że nie wypchnę dziecka z okna, gdy ono powie, że chce wiedzieć jak to jest latać, nie mam tu na myśli skrajności i jestem racjonalną osobą.
Jednak jestem przekonana, że dzieciom potrzebne są ich własne doświadczenia, również te mało przyjemne – tak buduje się nasza odporność na otaczający nas świat. Uważam, że to szczególnie ważne w odniesieniu do myślenia o dziecięcych emocjach i odporności na przeciwieństwa losu. Nie możemy przeżyć życia za dzieci. Rosną wtedy na dorosłych z zaburzeniami emocjonalnymi – nie mają własnego zdania, nie potrafią podejmować decyzji, nie potrafią budować związków opartych na zaufaniu z zachowaniem własnych granic i poszanowania własnej wartości bo nie znają tej wartości. Mają nerwice lub depresje. Jako osoby dorosłe bezustannie w swoich życiach, próbują udowodnić innym, że potrafią, że mogą, że są coś warte, że poradzą sobie bez proszenia o pomoc, bo chcą widzieć samych siebie jako osoby sprawcze, chcą wierzyć w to, że ich jestestwa nie determinują wytyczne „możesz”/”nie możesz”, „teraz ci wolno”/”teraz ci nie wolno”, „ja to za ciebie zrobię, bo ty z tym sobie na pewno nie poradzisz”. Często też idą w drugą stronę. Stają się osobami, które nie potrafią w życiu czegokolwiek samodzielnie zrobić. Tkwią wtedy bardzo często w toksycznych relacjach, mając przeświadczenie, że bez partnera (nawet toksycznego) nie poradzą sobie w życiu. Ten schemat niestety najczęściej dotyczy kobiet, którym – gdy były dziewczynkami – wielu rzeczy nie pozwalano doświadczyć, np. samodzielnego podejmowania decyzji i wychodzenia z ram „dobrze wychowanej panienki pełnej niewieścich cnót”.
Patrząc na dzieci i na to czego próbują doświadczyć, trzeba mieć nieustannie rękę na pulsie. Jak dorosła osoba powinnam w relacjach z dziećmi wysyłać następujący komunikat: „Gdy widzę że sobie zagrażasz a Ty nie zdajesz sobie sprawy z tego zagrożenia, to moim obowiązkiem jako rodzica czy nauczyciela jest cię ochronić, wytłumaczyć ci dlaczego popełniasz błąd, jakie mogą być konsekwencje. Jeśli jednak doświadczasz na miarę swoich możliwości, a te doświadczenia nie zagrażają twojemu życiu czy zdrowiu, to wiedz, że jestem obok, zawsze w gotowości do pomocy”.
Jeśli jednak zamiast być bacznym obserwatorem jestem wiecznym „wyręczaczem” i tworzę bez przerwy wokół dziecka światoodporną bańkę, to ono nigdy nie będzie wiedziało co jest dla niego dobre a co złe. Z którymi sprawami, bodźcami, emocjami, może poradzić sobie samo, a w rozprawieniu się z którymi będzie potrzebowało pomocy. Dziecko też musi nauczyć się prosić o pomoc, musi wiedzieć, kiedy przychodzi moment krytyczny, w którym jest gotowe powiedzieć „pomóż mi”, musi też wiedzieć, że to proszenie o pomoc nie będzie wyśmiane, zignorowane, że zostanie potraktowane poważnie, że dorosły powie „jestem dumny, że próbowałeś sam, jestem dumny, że poprosiłeś o pomoc, bo to nie oznacza słabości a ogromną samoświadomość, a to jest największa i najwspanialsza wiedza o samym sobie”.
Zaufajmy dzieciom, pozwólmy im doświadczać i popełniać błędy.