14/02/2025
Czas.
Tik-tak, tik-tak…
Rodziną zastępczą zostaliśmy ponad piętnaście lat temu. W tym celu musieliśmy przejść szereg testów i rozmów, aby uzyskać niezbędną kwalifikację. Pamiętam, jak na jednym z tych spotkań zostałem zapytany przez psycholog, co najważniejszego mogę podarować dziecku. Odpowiedziałem bez namysłu: czas. Nie była to odpowiedź, którą najczęściej udzielali kandydaci.
Po tych kilkunastu latach, cieszę się, że intuicja mnie nie zawiodła. Nie zmieniłem zdania. Własny czas podarowany drugiej osobie (na wyłączność) to według mnie najcenniejsza rzecz, jaką możemy dać drugiemu człowiekowi. I chyba rzecz najbardziej oczekiwana przez dziecko.
Zresztą sam/a przypomnij sobie dobre chwile z własnego wczesnego dzieciństwa. Czy nie jest tak, że wiele z nich jest nierozerwalnie związanych z drugim człowiekiem, który dzielił z Tobą czas? Ja na przykład miło wspominam wspólne podróże z rodzicami do Jugosławii, jak razem poznawaliśmy świat i jak podczas tych podróży razem radziliśmy sobie z wszelkimi przeciwnościami losu. Wspólnie rozwiązywaliśmy krzyżówki i czytaliśmy książki. Poznawaliśmy nowych ludzi i „rozmawialiśmy” z nimi nie znając ich języka. W domu pamiętam, jak uczyli mnie grać w szachy i rozwiązywać krzyżówki. Czasami w środku nocy budzili mnie, abyśmy razem przy czerwonym świetle naświetlali odbitki zdjęć pod powiększalnikiem i wywoływali je. Uwielbiałem nabywać nowe umiejętności: pamiętam, jak mama uczyła mnie tkać na krośnie, robić na drutach i obsługiwać maszynę do szycia. Pamiętam, jak ojciec uczył mnie majsterkować i nie bać się naprawiać wszelkie urządzenia domowe. Dziadkowie natomiast pokazywali mi mieszczuchowi codzienne obowiązki na wsi: dbanie o kury (i pisklęta), króliki, nutrie i psa oraz o warzywa i kwiaty. Dziadek zabierał mnie również do szklarni i pokazywał, jak dbać o pomidory i ogórki. Babcia pozwalała mi towarzyszyć przy gotowaniu, pieczeniu, czasami towarzyszyłem jej w plisowaniu zasłon dla PKP i w repasacji rajstop dla sąsiadek (choć pewnie bardziej było to przeszkadzanie niż pomaganie). Wujek uczył mnie grać w karty (w „66”), a ciocia zabierała mnie bladym świtem na grzyby.
Tak wyglądał mój szczęśliwy, dziecięcy wspólny czas z dorosłymi i bardzo sobie cenię te wspomnienia.
Początkowo jako rodzina zastępcza przyjęliśmy pod swój dach jedną dziewczynkę w wieku naszej córki. Kilka lat później stworzyliśmy rodzinny dom dziecka i mieszkaliśmy już w dwanaście osób. Pojawił się wtedy dylemat: jak każdemu z dziesięciorga dzieci zapewnić czas tylko dla niego? Tak jeden na jeden? Jak z każdym porozmawiać, wysłuchać go, pobawić się, pomóc w nauce? Jak eksplorować wspólnie świat dookoła? Czy poza zakrzywieniem czasoprzestrzeni istnieją inne rozwiązania? Wprawdzie matematyka dla sumy osób 2+10 wydawała się nieubłagalna, ale udało się: z pomocą przyszli nam przyjaciele i sąsiedzi, którzy zostali naszymi oficjalnymi wolontariuszami. Bez nich niestety mogło nam grozić wypalenie zawodowe. W sprawozdaniach za lata 2015-2019 były to rocznie setki godzin pomocy wolontariuszy, którzy w pewnym sensie zastępowali wychowankom brakujących dziadków, ciocie i wujków. Pomagali w nauce, uczyli gier planszowych, jeździli z nami na wakacje i ferie, chodzili na wycieczki, zabierali dzieci na basen, narty i łyżwy. Zresztą pomagali nie tylko dzieciom, ale i nam: dzięki nim mogliśmy z żoną chodzić do kina, teatru, czy na randki.
Wspólnie spędzony czas z dzieckiem naprawdę jest bardzo ważny. Pamiętam, jak dawno temu zamieszkała u nas 16-latka, zupełnie stroniąca od dorosłych. Miała opinię, że z dorosłymi w ogóle nie rozmawia: ani z rodzicami, ani z nauczycielami, ani z opieką społeczną. Z pewnych powodów, sąd zadecydował, aby trafiła do rodziny zastępczej. Do nas. Kurator bał się odebrać ją od rodziców i nie zrobił tego(!). W zamian zaproponowano jej, aby w towarzystwie pracownika socjalnego sama nas wcześniej odwiedziła i sama zdecydowała, czy zgadza się z nami zamieszkać. Przyjechała… i zgodziła się zostać. Gdy następowała taka pora dnia, że młodsze dzieci już spały, przychodziła do nas do kuchni… i bez przerwy opowiadała: o sobie, o rodzicach, o szkole, o znajomych, o swoich radościach i smutkach. Ta nastolatka dotychczas całkowicie zdystansowana od świata dorosłych, aż przez trzy miesiące, prawie dzień w dzień przychodziła wieczorami do nas porozmawiać. Korzystała z tego, że miała zagwarantowany na wyłączność nasz czas dla siebie.
Wolontariusze muszą przejść pewne procedury, aby mogła być podpisana z nimi umowa (związane jest to ze standardami ochrony małoletnich). Naszymi wolontariuszami przez ostatnie 10 lat były przeróżne osoby: przyjaciele, rodzina, sąsiedzi, rodzice innych dzieci ze szkół, kandydaci na rodziny zastępcze i adopcyjne, psycholodzy, pracownik PCPR, a przez dłuższy czas nawet dwóch pracowników PAN z tytułem doktora :)
Jeżeli i Ty chciałabyś/chciałbyś zostać naszym wolontariuszem, daj znać. Potrzebujemy Cię.