03/09/2026
Po moim ostatnim poście o „samcu alfa” rozpętała się dyskusja, której skala trochę mnie zaskoczyła. Pojawiło się w niej sporo wartościowych głosów, ale też bardzo dużo krytyki - czasem ostrej, a czasem po prostu agresywnej.
Nie mam potrzeby odpowiadać na każdy z ponad trzystu komentarzy, ale ta dyskusja skłoniła mnie do ponownego przyjrzenia się temu, co właściwie napisałem.
Po przeanalizowaniu swojego tekstu widzę, że w kilku miejscach sformułowałem swoje myśli zbyt kategorycznie i zbyt mocno uprościłem rzeczywistość. Dziękuję tym osobom, które zwróciły mi na to uwagę w sposób merytoryczny.
Pisząc, że patriarchat daje mężczyznom władzę, uprzywilejowaną pozycję czy większą swobodę działania, nie miałem na myśli tego, że każdy mężczyzna doświadcza tych korzyści w każdym obszarze swojego życia ani że wszyscy mężczyźni funkcjonują w ten sam sposób.
To znacznie bardziej złożona kwestia, zależna między innymi od kultury, środowiska, rodziny, osobistych doświadczeń i indywidualnej sytuacji.
Myślę też, że niefortunnie posłużyłem się określeniem „samiec alfa”. To sformułowanie jest mocno obciążone różnymi skojarzeniami i może sugerować, że mówię o konkretnym typie mężczyzny albo przeciwstawiam „prawdziwą męskość” jakiejś jej gorszej wersji.
Chodziło mi natomiast o sztywny wzorzec męskości oparty na sile, dominacji, niezależności i konieczności ciągłego udowadniania swojej wartości.
Jednocześnie nadal uważam za bardzo ważną zasadniczą myśl mojego posta.
Warto moim zdaniem rozmawiać o tym, jakie społeczne korzyści niektórym mężczyznom daje tradycyjny porządek społeczny, ale również o cenie, jaką część mężczyzn płaci za funkcjonowanie według sztywnego modelu męskości.
O sytuacji, w której chłopiec bardzo wcześnie dowiaduje się, że powinien być silny, samodzielny, odporny, nie okazywać słabości i przede wszystkim „radzić sobie sam”, a później jako dorosły mężczyzna odkrywa, że nie zawsze potrafi poprosić o pomoc, przyjąć troskę, znieść własną bezradność czy powiedzieć komuś: „boję się”, „jest mi źle” albo „nie wiem, co zrobić”.
I właśnie dlatego chcę o tym rozmawiać - również wtedy, kiedy ktoś się ze mną nie zgadza.
Można podważać moje argumenty, wskazywać ich słabe punkty, zarzucać mi uproszczenia, przedstawiać zupełnie inną perspektywę czy też krytykować moje stanowisko. Jeżeli dzięki takiej dyskusji mogę coś przemyśleć albo zobaczyć problem z innej strony, jest to dla mnie wartościowe.
Jest jednak granica między krytyką poglądów a atakiem na człowieka. Wyzwiska, poniżanie, personalne obrażanie czy agresja wobec innych osób nie są formą dyskusji, którą chcę tutaj rozwijać. Takie komentarze będę usuwał.
Chciałbym, żeby ten profil był miejscem, w którym można się ze sobą nie zgadzać, a mimo to nadal rozmawiać ze sobą jak z drugim człowiekiem.
Nie potrzebujemy kolejnej walki o to, kto ma w tym świecie gorzej - mężczyźni czy kobiety. Potrzebujemy lepiej rozumieć złożoną dynamikę, w której określone wzorce społeczne mogą jednocześnie dawać jednym korzyści i nakładać na innych określone koszty.
Bo kiedy rozmowa sprowadza się do tego, kto ma gorzej, łatwo przestaje być rozmową o tym, jak lepiej rozumieć siebie nawzajem, a zaczyna być rywalizacją o to, czyje cierpienie jest ważniejsze.