Edukacja 4.0

Edukacja 4.0 🌱Inspiruję młodzież do rozwoju 📚
🌱 Uczę kompetencji potrzebnych w życiu
🌱 Kursy, warsztaty, tutoring
Ekspert edukacji/ Metodyk / Trener

Co roku we wrześniu przyglądam się każdej klasie na nowo. Patrzę, jak uczniowie zajmują miejsca, jak tworzą się pierwsze...
25/08/2026

Co roku we wrześniu przyglądam się każdej klasie na nowo.

Patrzę, jak uczniowie zajmują miejsca, jak tworzą się pierwsze układy i jak szybko niektórzy przejmują inicjatywę. Zauważam pomysły, które od razu zyskują uwagę, i te, które przepadają gdzieś po drodze. Widzę tych, którzy bez trudu wchodzą w grupę, i tych, którzy potrzebują na to więcej czasu.

Przez lata nauczyłam się, że właśnie w takich drobiazgach widać znacznie więcej niż podczas „lekcji integracyjnej”.

Lubię stwarzać sytuacje, w których uczniowie stopniowo poznają siebie w działaniu i sprawdzają, jak im się razem rozmawia, podejmuje decyzje, rozwiązuje problemy i radzi sobie wtedy, kiedy nie wszyscy mają takie samo zdanie.

Z tej potrzeby powstał e-book „Zanim staniemy się zespołem” - zbiór aktywności, które mogą stać się częścią Twoich zajęć nie tylko na początku roku.

Może przyda Ci się na ten wrzesień.

  Jesteśmy w zabytkowej synagodze w pewnym mieście w Polsce. Pracownicy muzeum opowiadają coś grupie turystów, wśród któ...
25/08/2026


Jesteśmy w zabytkowej synagodze w pewnym mieście w Polsce. Pracownicy muzeum opowiadają coś grupie turystów, wśród których jest grupka dzieci. W pewnym momencie słyszymy, jak przewodnik zachęca dzieci do krzyku. Myślę, OK. Nie wiem, o czym mówili, a coś tam mi się w głowie tłucze, że krzyk jest obecny w judaizmie jako rodzaj kontaktu z Bogiem. Ale oprowadzanie się kończy. Przewodnik żegna się z grupą i w tym momencie dzieci z dzikim wrzaskiem zaczynają biegać po całym wnętrzu muzeum - synagogi. Natężenie dźwięków ledwie daje się wytrzymać. Dorośli nie reagują, a pracownica muzeum wręcz zachęca dzieci do aktywności, bo "przecież mogą". Inni ludzie zostają bezpardonowo pozbawieni prawa do spokojnego zwiedzania, za które zapłacili.
Kiedy na to patrzę, przypomina mi się sytuacja dosłownie sprzed paru dni. Jestem na plaży, w jednym z nadbałtyckich kurortów. I nagle uświadamiam sobie, że wokół mnie jest dużo dzieci. Całkiem spora gromadka lepi coś na brzegu. Obok siedzi kobieta z maluchem na ręku. Dziecko coś tam marudzi i popłakuje, ale gdybym specjalnie nie zwróciła na to uwagi, nie zauważyłabym jego obecności. Kawałek dalej kilku nastolatków gra w nogę. Podają sobie piłkę ostrożnie, a gdy ta wymyka się spod kontroli i pada metr ode mnie - podnoszą ją szybko i przepraszają. Kiedy patrzę w innym kierunku, widzę dwie dziewczynki, na oko w wieku przedszkolnym, które bawią się piaskiem otoczone przez stadko spacerujących mew. Całkowita symbioza. Jakieś 10 metrów dalej jest plażowy plac zabaw. Pełny dzieci. Słychać śmiechy i rozmowy, ale gdyby nie to, że specjalnie się na tym koncentruję, dźwięki zlałyby się z szumem morza i delikatnym gwarem plaży.
Dwa światy, które dzieli 800 km i wyraźna różnica kulturowa.
Podczas wyjazdu na Łotwę z zawodowej ciekawości obserwowałam dzieci i nie mogłam wyjść z podziwu, jak bardzo ich zachowanie różni się od tego, którego doświadczam na co dzień w Polsce. I wcale nie chodzi tu o surowe wychowanie, tłamszenie ekspresji czy odbieranie podmiotowości. Po prostu dziecko od początku jest traktowane jako uczestnik przestrzeni wspólnej - ma więc zarówno prawa, jak i obowiązki.

Łotewskie przepisy mówią wprost, że dziecko jest pełnoprawnym członkiem społeczeństwa, a jego obowiązki wobec wspólnoty zwiększają się wraz z wiekiem. Korzystając ze swoich praw, powinno respektować prawa i uzasadnione interesy innych dzieci oraz dorosłych. Ma też przestrzegać przyjętych zasad zachowania. To nie jest zapis o posłuszeństwie wobec dorosłych, ale o funkcjonowaniu wśród ludzi.

I ta różnica wydaje mi się kluczowa.

Można nauczyć dziecko, że nie wolno krzyczeć w muzeum, bo pani się zdenerwuje albo straszyć konsekwencjami, uciszać, strofować i przez kilkanaście lat pełnić funkcję zewnętrznego regulatora jego zachowania. Ale można też od początku uczyć czegoś znacznie trudniejszego: że sposób, w jaki korzystam z przestrzeni publicznej, wpływa na ludzi, którzy znajdują się obok mnie.

Na Łotwie takie myślenie pojawia się już w założeniach edukacji przedszkolnej. Dziecko ma uczyć się samodzielności, podejmowania decyzji i inicjatywy, ale równocześnie kontrolowania własnego zachowania, czekania, współpracy, przestrzegania wspólnie ustalonych zasad, rozwiązywania konfliktów i respektowania potrzeb innych osób. Samodzielność i samoregulacja nie stoją więc po przeciwnych stronach wychowawczej barykady. Przeciwnie – rozwijają się równolegle.

I to tego związku trochę nam w Polsce zabrakło.

Przez ostatnie lata wykonaliśmy ogromną pracę, żeby odejść od modelu dziecka, które ma przede wszystkim siedzieć cicho, słuchać dorosłych i nie przeszkadzać. Zaczęliśmy mówić o podmiotowości, emocjach, potrzebach, prawie do własnego zdania, autonomii. I bardzo dobrze. Tyle że gdzieś po drodze część dorosłych najwyraźniej uznała, że szacunek do dziecka oznacza rezygnację z wymagań wobec niego, a stawianie granic jest podejrzanie bliskie przemocy, tłumieniu emocji albo ograniczaniu naturalnej ekspresji.

I wtedy pojawia się to: „przecież mogą”.

Oczywiście, że mogą. Dzieci mogą biegać, krzyczeć, nudzić się, złościć, śmiać zbyt głośno i zapominać o zasadach. Ich zdolność samoregulacji dopiero się rozwija i nikt rozsądny nie powinien oczekiwać od pięciolatka idealnego zachowania. Od tego obok jest dorosły. Jego zadaniem jest pomoc dziecku w zrozumieniu, że nie każde zachowanie jest odpowiednie w każdym miejscu. Czym innym jest plac zabaw, plaża, restauracja, czy muzeum urządzone w zabytkowej synagodze. Można mieć potrzebę ruchu i jednocześnie nie realizować jej, biegając między ludźmi oglądającymi wystawę. Można mieć ochotę krzyczeć, ale nie każdy człowiek znajdujący się obok ma obowiązek w tym krzyku uczestniczyć.
To właśnie jest samoregulacja. Nie umiejętność siedzenia cicho dlatego, że dorosły patrzy, ale zdolność dostosowania własnego zachowania do sytuacji również wtedy, kiedy nikt nie stoi nad głową.

Właśnie to najbardziej uderzało mnie na Łotwie - dzieci nie potrzebowały nieustannego sterowania przez dorosłych. Nie słyszałam co chwilę „uważaj”, „ciszej”, „nie biegaj”, „zostaw”, „przestań”. Nastolatkowie grający na plaży nie potrzebowali rodzica, który krzyknie z leżaka, żeby uważali na innych. Kiedy piłka poleciała tam, gdzie nie powinna, sami wiedzieli, co zrobić. Podnieść. Przeprosić. Grać dalej tak, by nie naruszać przestrzeni odpoczynku innego człowieka.

Niby nic.

Nie chodzi bowiem o wychowanie dzieci, które są ciche. Ciche dziecko może być przestraszone, podporządkowane albo tak przyzwyczajone do kontroli, że bez polecenia dorosłego nie zrobi kroku. Cisza sama w sobie nie jest żadną wartością wychowawczą. Jest nią natomiast świadomość, że moja wolność realizuje się w przestrzeni, w której inni ludzie również mają swoje prawa, potrzeby i granice.

I tu wracam do sytuacji z synagogi. Problemem nie było zachowanie dzieci. One zrobiły dokładnie to, na co pozwolili im dorośli, a ci nie zareagowali adekwatnie. Komunikat „przecież mogą” zawierał w sobie pewne założenie: skoro dzieci mają prawo do swobodnej ekspresji, pozostali powinni ją zaakceptować. Niby dlaczego?
Dlaczego prawo jednego człowieka do zabawy miałoby automatycznie stać wyżej niż prawo drugiego do spokoju? Dlaczego podmiotowość dziecka miałaby oznaczać uprzedmiotowienie wszystkich znajdujących się wokół niego? I dlaczego oczekiwanie, że dziecko uwzględni obecność innych ludzi, tak łatwo zaczynamy traktować jako ograniczenie jego wolności?

Przez lata wychowywaliśmy dzieci w świecie, w którym „dzieci i ryby głosu nie mają”. Dobrze, że z niego wyszliśmy. Dziecko ma głos, ma prawa, potrzeby, emocje, własne zdanie i prawo do zajmowania miejsca w przestrzeni publicznej. Tylko że w słusznej próbie odejścia od jednego ekstremum łatwo znaleźć się w drugim – w świecie „przecież mogą”.

Wakacje mają jedną zaletę. Ludzie rozmawiają. Bez pośpiechu, na luzie, bez  masek. Niedawno przysłuchiwałam się przypadk...
24/08/2026

Wakacje mają jedną zaletę. Ludzie rozmawiają. Bez pośpiechu, na luzie, bez masek. Niedawno przysłuchiwałam się przypadkowej rozmowie dwóch rodzin poznanych na urlopie. Zaczęło się niewinnie – od dzieci i zbliżającego się początku roku szkolnego. Chwilę później byłam już świadkiem jednego z największych dramatów współczesnej szkoły.
Dwóch chłopców, dwie rodziny i zwykła rozmowa o zbliżającym się wrześniu. Dla większości osób byłaby to po prostu towarzyska wymiana doświadczeń. Dla mnie była ilustracją procesu, który od kilku lat obserwuję w szkołach i o którym coraz wyraźniej mówią również dane. Scenariusze edukacyjne coraz rzadziej zależą od szkoły, którą wybierzemy, czy od wyników egzaminów. Pisze je dziś coś zupełnie innego.
Kiedy czytamy o polskim systemie edukacji, dowiadujemy się, że jest on bezpłatny. Na stronach ministerialnych roi się od programów mających zapewnić dzieciom równe szanse edukacyjne. Oba te stwierdzenia należą dziś do największych mitów, jakie powtarzamy o polskiej szkole. O nierównościach w dostępie do edukacji można by napisać książkę. Jest jednak jeden aspekt, który wyjątkowo pogłębia przepaść między uczniami, a jednocześnie przyczynia się do powolnej erozji całego systemu.
Czy wiecie, że w 2025 r. edukacja była trzecią największą kategorią wydatków na dziecko w polskich rodzinach i stanowiła 20% wszystkich kosztów wychowania? Takie dane pojawiają się w raporcie "Inwestycje w wychowanie dzieci 2026" przygotowanym przez Centrum im. Adama Smitha.
Mnie najbardziej zainteresowały cztery kategorie: korepetycje, nauka języków obcych, zajęcia sportowe i artystyczne oraz prywatna opieka medyczna wspierająca edukację. Liczby są zaskakujące i pokazują zmianę roli szkoły. O 7% w skali roku wzrosła liczba rodziców opłacających dzieciom zajęcia dodatkowe. Dziś robi to już 80% rodziców, wydając średnio 944 zł miesięcznie.
Inwestycje w dodatkową edukację przestały mieć charakter epizodyczny i dotyczyć tych, którzy chcą zapewnić dziecku coś więcej. To już zjawisko masowe. Coraz częściej mam wrażenie, że nie kupujemy edukacji „ponad program”, ale to, co jeszcze kilkanaście lat temu zapewniała szkoła.
Pieniądze rzadko dziś idą na rozwijanie ponadprzeciętnych talentów dziecka. Wydaje się je na zapewnienie tego, czego powinien dostarczyć bezpłatny system edukacji. Autorzy raportu mówią nawet o zjawisku „podwójnego finansowania” - za tę samą usługę płacimy dwa razy. Najpierw w podatkach, później na wolnym rynku.
Jeszcze kilkanaście lat temu prywatna edukacja dawała dziecku przewagę. Dziś wielu rodziców postrzega ją jako warunek utrzymania podstawowego poziomu szans edukacyjnych. Płatne zajęcia mają wyrównać to, czego nie udało się osiągnąć podczas obowiązkowych lekcji.
Korepetycje nie są już opcją dla uczniów słabszych ani tych szczególnie ambitnych. Stały się standardem, który łata dziury systemu: braki kadrowe, przepełnione klasy, wyzwania edukacji włączającej czy permanentny brak czasu na realizację materiału. I właśnie to uważam za jedną z największych porażek współczesnej polityki edukacyjnej.
Zajęcia pozalekcyjne, artystyczne czy sportowe, dawniej organizowała szkoła. Dziś miejsce kół zainteresowań coraz częściej zajmują zajęcia wyrównawcze. Nie ma kadry, pieniędzy, czasu ani miejsca na prowadzenie zajęć, które rzeczywiście rozwijałyby dziecięce zainteresowania. Sale, w których kiedyś kwitło życie pozalekcyjne, coraz częściej wynajmuje się zewnętrznym firmom, a za ich ofertę płaci już rodzic.
Średnia ma jedną wadę – wygładza rzeczywistość. Raport mówi o przeciętnym dziecku i przeciętnych wydatkach. Tymczasem edukacja dotyczy dzieci o bardzo różnych potrzebach, możliwościach i trudnościach. Rodziny dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi często ponoszą koszty terapii, diagnoz, specjalistycznych zajęć czy indywidualnego wsparcia, których w takich analizach w ogóle nie widać.
W swojej pracy coraz częściej spotykam rodziców, którzy nie pytają, jak rozwijać potencjał dziecka, ale jak zapewnić mu to, czego nie dostało w szkole.
Jeszcze inną kwestią są różnice między tzw. scenariuszem „oszczędnym” a „premium”, zależnym od miejsca zamieszkania czy zasobności portfela rodziców.
Nie jest to jednak wyłącznie opowieść o kosztach wychowania dziecka. To historia o zmianie modelu edukacji. Od dawna powtarzam, że największe zmiany w edukacji często zachodzą nie w ministerialnych dokumentach, ale w codziennych decyzjach milionów rodziców.
Jeśli nie nastąpi gruntowna przebudowa systemu edukacji, a trend opisany w raporcie będzie się utrzymywał, nauka dzieci będzie coraz bardziej prywatyzowana. Odpowiedzialność za edukację zostanie stopniowo przeniesiona na rodziców.
Patrząc na liczby przedstawione przez Centrum im. Adama Smitha, trudno nie zauważyć, że szkoła przestaje być miejscem wyrównywania szans edukacyjnych. W konsekwencji przestajemy traktować ją jako dobro wspólne. Staje się usługą, którą każda rodzina kupuje na takim poziomie, na jaki ją stać.
Coraz silniejsze staje się zatem przekonanie, że szkoła masowa nie gwarantuje odpowiedniego poziomu wykształcenia. To wpływa również na postrzeganie roli nauczyciela. Coraz większa część procesu uczenia odbywa się poza szkołą i od niej zależy sukces ucznia. Nauczyciel nie ma wpływu na zasoby, które jedni uczniowie otrzymują po lekcjach, a inni nie. Oceniamy nauczycieli po efektach procesu, którego coraz mniejsza część odbywa się w szkole. Pozostają odpowiedzialni za wyniki, ale nie mogą kontrolować warunków, w których te wyniki powstają. To nie tylko pogłębia kryzys prestiżu zawodu, ale również utrudnia pozyskiwanie nowych nauczycieli do pracy w szkole.
To bardzo niebezpieczny kierunek. Kiedy społeczeństwo przestaje wierzyć, że dobra edukacja publiczna jest możliwa, maleje gotowość do inwestowania w szkołę, nauczycieli i jakość kształcenia. Zmniejsza się również presja wywierana na polityków. Powstaje błędne koło: słaba szkoła rodzi większe prywatne wydatki, większe prywatne wydatki osłabiają zaufanie do szkoły, a mniejsze zaufanie utrudnia jej odbudowę. To z kolei przekłada się na gospodarkę, demografię, relacje społeczne i politykę.
I tak, chcąc nie chcąc, stan systemu edukacji uderza w każdego z nas. Nawet jeśli wmawiamy sobie, że nie mamy z nim nic wspólnego, bo mury szkoły opuściliśmy wieki temu, a i dzieci w szkole nie mamy. I oczywiście, nadal jako społeczeństwo możemy przyglądać się biernie erozji systemu edukacyjnego, patrzeć, jak rozpada się na naszych oczach. Możemy nadal wierzyć w pseudoreformy i godzić się, by resort edukacji był w rękach ignorantów. I nie przerażać się tym, że 39% społeczeństwa to funkcjonalni analfabeci. Tylko gdzie będziemy za kilkanaście lat, jeśli edukacja stanie się luksusem? Dobrem dostępnym dla nielicznych? Czy naprawdę chcemy świata, w którym umiejętność krytycznego myślenia, zarządzania informacją i rozumienia rzeczywistości będzie przywilejem tych, których rodziców było na to stać?

Są takie chwile wzruszenia, które trudno opisać. To te momenty, gdy widzisz, jak ktoś, kto siedział przed Tobą w ławce, ...
23/08/2026

Są takie chwile wzruszenia, które trudno opisać. To te momenty, gdy widzisz, jak ktoś, kto siedział przed Tobą w ławce, spełnia swoje marzenia i realizuje się w wybranej dziedzinie.

Słuchając dziś NIESAMOWITEGO koncertu Female Troubles – Koncert | Amfiteatr | Park Zdrojowy | 23 sierpnia | Konstancin-Jeziorna miałam przed oczami scenę ze szkolnego korytarza sprzed wielu lat. Nieśmiały chłopak siedział pod ścianą ze swoją pierwszą gitarą w ręku i próbował trafiać w struny, ćwicząc chwyty. Potem był obóz gitarowy, pierwsze zespoły, występy, festiwale, płyta... Samouk. Gdzieś z daleka zawsze śledziłam, co słychać u Kuby, a nasze drogi tu i ówdzie się przecinały.

Dziś znów zobaczyłam młodego człowieka, który robi to, co kocha i jest w tym zarąbiście dobry. Z resztą sami posłuchajcie - wrzucam link do strony ich zespołu w komentarzu.

I jeśli Wam się spodoba, poszukajcie ich koncertów - najbliższy w Blues Club Gdynia 10.09, a 11.10 w Retrospekcji w Warszawie.

I koniecznie weźcie od nich kawę - cegiełkę na winyla. Sami ją stworzyli (palili), a więc to produkt niepowtarzalny i wynik drugiej wielkiej pasji Kuby - komponowania smaków.

22/08/2026
Co robi nauczyciel na ostatniej prostej urlopu? Tworzy pewien projekt dla swoich uczniów 😉 I tu chyba zrzednie mina wszy...
20/08/2026

Co robi nauczyciel na ostatniej prostej urlopu? Tworzy pewien projekt dla swoich uczniów 😉 I tu chyba zrzednie mina wszystkim tym, którzy uważają, że pisząc krytycznie o edukacji, zaliczam się do malkontentów i kanapowych ekspertów. Niespodzianka! 🎉

W swoim wolnym czasie wymyślam rozwiązania, które pozwalają w tym całym pierdzielniku systemowym tworzyć warunki rozwoju dla moich uczniów.
Od czasu, kiedy każdą pierdołę nazywa się „innowacją”, strasznie nie lubię tego słowa. No, ale to, co teraz robię, chyba trzeba tak nazwać...
Niesamowitą frajdę sprawia mi tworzenie „bazy” do tego działania - mogę się wyżyć kreatywnie i zanurzyć we wszystkich swoich papierniczych skarbach. I jak zawsze w takich momentach okazuje się, że czegoś brakuje... W związku z powyższym musiałam odwiedzić „ziemię zakazaną”, czyli sklep z artykułami papierniczymi.

I tu zaczyna się druga część tej historii.

Mam bowiem w sąsiedztwie taki sklepik, do którego zdecydowanie nie powinnam wchodzić bez sztywnej listy zakupów i silnego postanowienia, że kupuję TYLKO TO, PO CO PRZYSZŁAM. Mały, lokalny, bez kilometrów alejek i promocji krzyczących z każdego kąta. Za to z ludźmi, którzy wiedzą, co mają na półkach, potrafią znaleźć rzecz, o której istnieniu nie miałam pojęcia, i rozumieją różnicę między „potrzebuję zeszytu” a „potrzebuję TEGO JEDYNEGO zeszytu”.
Oczywiście mogłabym zamówić wszystko w internecie. Pewnie znalazłabym taniej. Mogłabym też pojechać do dużej sieciówki i przy okazji nakręcić haul zakupowy. Tylko po co? 🤷‍♀️

Wolę wsiąść na rower i pojechać do takiego magicznego miejsca, które od progu zaprasza zapachem papieru. Lokalny sklep to bowiem nie tylko sklep. To ktoś, kto rano podnosi roletę kilka ulic od mojego domu. Kto zna swoich klientów, sprowadzi coś specjalnie dla nich, czasem doradzi, czasem odradzi, a czasem wyciągnie spod lady dokładnie tę rzecz, której szukasz.

A ten konkretny sklep ma teraz dodatkowo pod górkę. Jego druga lokalizacja w Warszawie - Radości znalazła się niemal w samym środku budowy węzła komunikacyjnego. Wokół wykopki, rozkopki, utrudnienia, dojście i dojazd dalekie od komfortowych. Łatwo więc pomyśleć: „Dobra, kupię gdzie indziej”.
Tylko że sklep nadal tam jest. Działa. Czeka na klientów.
I właśnie w takich momentach lokalne miejsca szczególnie potrzebują swoich sąsiadów. Duża sieć jakoś przeżyje kilka miesięcy utrudnień wokół jednej z lokalizacji. Dla małego sklepu kilka miesięcy, podczas których klientom trudniej do niego dotrzeć, może oznaczać likwidację.
Dlatego, mieszkańcy Wawra (jest tu ktoś z Wawra? Dajcie znać w komentarzach!) - jeśli kompletujecie właśnie szkolną wyprawkę, potrzebujecie zeszytów, bloków, kredek, papierów, teczek i tych wszystkich rzeczy, bez których podobno nie da się we wrześniu żyć - zajrzyjcie do Kajetu w Radości. Nawet jeśli trzeba ominąć kilka płotów i wykopów.

Tak, czasem zapłacimy trochę więcej. Ale wybierając wyłącznie najniższą cenę, możemy któregoś dnia odkryć, że wszystkie te małe, magiczne miejsca po prostu zniknęły. A wtedy zostaną nam sieciówki, paczkomaty i komunikat: „dostawa w ciągu 3–5 dni roboczych”.

Więc dzisiaj wsparłam lokalny biznes i do mojej skrzynki gadżetów na wszelką ewentualność wpadły nowe nożyczki do wzorków 😍. A to, że wyszłam ze sklepu z trochę większą liczbą papierniczych skarbów, niż przewidywał plan, jest zupełnie inną historią.

A projekt?

Robi się. I pewnie jeszcze o nim usłyszycie.

PS. Podziękowania dla całej ekipy Kajet - art. szkolne i biurowe i... sorki, za buchnięcie zdjęcia lokalizacji w Radości z Waszego fanpage'a 🙏

Książki, których nie znajdziesz na półce  pt. „Pedagogika”, a które powinien przeczytać każdy nauczyciel.Mój cykl wakacy...
20/08/2026

Książki, których nie znajdziesz na półce pt. „Pedagogika”, a które powinien przeczytać każdy nauczyciel.

Mój cykl wakacyjny nie jest współpracą z żadnym wydawnictwem. Polecam Wam książki, które stoją na mojej półce. Takie, które uważam za wartościowe. Tym razem Wydawnictwo Onepress

Historia kolonii pingwinów mieszkających na górze lodowej wydaje się z początku prostą bajką . Jednak już po kilku stronach trudno oprzeć się wrażeniu, że bohaterami mogliby być pracownicy niejednej instytucji.
Punkt wyjścia jest prosty. Jeden z pingwinów odkrywa, że góra lodowa, na której od pokoleń żyje cała kolonia, zaczyna pękać. Nikt jednak nie chce mu uwierzyć. Jedni bagatelizują zagrożenie. Inni twierdzą, że przecież „zawsze tak było”. Jeszcze inni obawiają się zmian bardziej niż samej katastrofy.

Brzmi znajomo?

Szkoła od lat stoi na takiej topniejącej górze lodowej. Jeszcze kilkanaście lat temu nauczyciel był jednym z głównych źródeł wiedzy. Dziś każdy uczeń nosi w kieszeni urządzenie dające dostęp do większych zasobów informacji niż największe biblioteki świata. Kiedyś szkoła przygotowywała do wykonywania jednego zawodu przez całe życie. Dziś przygotowuje dzieci do rzeczywistości, której nikt nie potrafi dokładnie przewidzieć. Zmienia się rynek pracy, technologia, sposób komunikowania się, a nawet to, jak funkcjonuje ludzki mózg w świecie nieustannego przepływu informacji.

A my?

Często zachowujemy się jak pingwiny z książki Kottera. Dyskutujemy o zmianie. Tworzymy kolejne zespoły, raporty i strategie. Asekuracyjnie przeprowadzamy kosmetyczne reformy, zamiast podjąć odważne decyzje.

Najciekawsze w tej książce jest jednak to, że opowiada o ludzkich emocjach, lękach, przywiązaniu do tego, co znane. Kotter doskonale pokazuje, że największą przeszkodą w zmianie jest psychologia człowieka. To właśnie dlatego w szkołach tak często słyszymy: „To się nie uda”, „Nie mamy czasu”, „Rodzice się nie zgodzą”, „Kuratorium nie pozwoli”, „U nas to nie zadziała”. Każde z tych zdań brzmi rozsądnie, może być nawet częściowo prawdziwe. Najgorsze jest to, że powstrzymują działanie i stają się argumentem za tym, by nie zrobić nic.

Kotter przypomina, że skuteczna zmiana zaczyna się od uświadomienia sobie rzeczywistości, od uczciwego spojrzenia na fakty. Dopiero później pojawia się wspólna wizja, zespół ludzi gotowych działać, pierwsze małe sukcesy i stopniowe budowanie nowej kultury. Wygrywa społeczność, która potrafi uczyć się szybciej, niż zmienia się świat wokół niej.

🔶 Jeśli chciałabyś / chciałbyś podzielić się swoją rekomendacją, napisz do mnie!

Wrzesień. Nowa klasa albo powrót po wakacjach. I jedno z pierwszych zadań: trzeba zintegrować grupę.Tylko co to właściwi...
19/08/2026

Wrzesień. Nowa klasa albo powrót po wakacjach. I jedno z pierwszych zadań: trzeba zintegrować grupę.
Tylko co to właściwie znaczy „zintegrować”?

Na pewno nie chodzi tylko o przeprowadzenie kilku gier, podczas których wszyscy mają się śmiać i dobrze bawić. Grupy nie da się zbudować w 45 minut. I nie każda aktywność, którą nazywamy integracyjną, rzeczywiście pomaga uczniom stać się zespołem.

Integracja zaczyna się trochę wcześniej - od tego, jakie warunki tworzymy uczniom do poznawania siebie, budowania relacji i szukania swojego miejsca w grupie.

Dlatego przygotowałam bezpłatny mini-przewodnik:

🔶„7 zasad dobrej integracji + 5 aktywności na pierwsze chwile z klasą”.

Zebrałam w nim kilka rzeczy, o których moim zdaniem warto pomyśleć, zanim zaczniemy szukać „fajnych zabaw integracyjnych”.

Do tego dorzuciłam 5 konkretnych aktywności, które można wykorzystać na start.

📎 Skomentuj ten post słowem ZESPÓŁ a bezpłatny materiał trafi do Ciebie :)

❗️Był jakiś problem z automatyzacją komentarzy. Już powinno działać prawidłowo.
Jeśli nie dostałeś/aś materiału - napisz do mnie! ❗️

A to dopiero początek. W najbliższych tygodniach chcę przyjrzeć się integracji szerzej, jako świadomemu budowaniu zespołu, z którym przyjdzie nam pracować. Szukaj na fanpage'u Edukacja 4.0

Ostatnio kilka osób napisało do mnie z podchwytliwym pytaniem - jakie zabawy integracyjne zaproponowałabym na pierwsze d...
19/08/2026

Ostatnio kilka osób napisało do mnie z podchwytliwym pytaniem - jakie zabawy integracyjne zaproponowałabym na pierwsze dni września. Teoretycznie powinnam od ręki sypnąć pomysłami. Przez lata pracy teatralnej zebrałam pokaźny repertuar ćwiczeń grupowych: od prostych działań pomagających ludziom się poznać i oswoić ze sobą, przez ćwiczenia budujące uważność, zaufanie i komunikację, aż po znacznie bardziej złożone zadania wymagające współdziałania, podejmowania decyzji, negocjowania, brania odpowiedzialności za innych czy radzenia sobie z napięciem. Budowanie zespołów teatralnych było przez lata częścią mojej pracy i właśnie tam nauczyłam się czegoś wyjątkowo ważnego.
Integracja i budowanie zespołu są skomplikowanymi zadaniami. W teatrze widać to wyjątkowo wyraźnie. Grupa ludzi, którzy świetnie się ze sobą czują, dużo rozmawiają i znakomicie się bawią podczas ćwiczeń, nie zawsze będzie potrafiła razem pracować. Zespół zaczyna powstawać dopiero wtedy, kiedy trzeba przestać koncentrować się wyłącznie na sobie, zauważyć innych, zareagować na ich działanie, zrezygnować z własnego rozwiązania, jeśli cudze lepiej służy całości, przejąć inicjatywę, kiedy jest potrzebna, ale także umieć się wycofać, kiedy przestrzeni potrzebuje ktoś inny.

Dlatego nie przekonuje mnie wrześniowa praktyka dni integracyjnych.
Znamy to wszyscy. Pierwsza godzina wychowawcza.
„Znajdź kogoś, kto ma psa”.
„Powiedz trzy rzeczy o sobie”.
„Dobierzcie się w pary”.
Trochę rozmów, trochę śmiechu, kilka nowych informacji o kolegach. Nowi uczniowie zaczynają kojarzyć imiona i nawiązują pierwsze kontakty. Ci, który już się znają, odkrywają wspólne zainteresowania i mają okazję pogadać o wakacjach. Napięcie rzeczywiście się zmniejsza, a dystans między ludźmi staje się nieco mniejszy. Oczywiście, takie działania są potrzebne. Tyle że to jeszcze nie jest budowanie zespołu.

W wiedzy dotyczącej team buildingu od dawna rozróżnia się samo tworzenie okazji do kontaktu od procesu, w którym grupa stopniowo wypracowuje sposoby współdziałania. Klasyczny model rozwoju grupy Bruce’a Tuckmana opisuje przechodzenie od forming, czyli etapu orientowania się, poznawania i szukania swojego miejsca, przez storming, w którym ujawniają się różnice, napięcia i walka o wpływ, do norming, czyli tworzenia zasad i norm współpracy. Dopiero na końcu osiągamy performing - etap, na którym grupa potrafi rzeczywiście wykorzystywać potencjał swoich członków i skutecznie działać razem.

Z punktu widzenia budowania zespołu to właśnie te dalsze etapy są szczególnie interesujące. Niestety, w szkole w ferworze zadań i kolejnych wyzwań roku szkolnego, często już nie poświęcamy im należytej uwagi. Kiedy po miłej wrześniowej integracji pojawiają się pierwsze konflikty, tworzą się podgrupy, ktoś zaczyna dominować, ktoś inny się wycofuje, uczniowie kwestionują ustalenia albo nie potrafią dojść do porozumienia, zadaniowo gasimy pożary, zamiast poświęcić czas na budowanie zespołu. Tymczasem to właśnie jest moment, w którym najwięcej możemy dowiedzieć się o grupie i najskuteczniej nią pokierować. To wtedy ujawniają się role, pozycje, sposoby zdobywania wpływu, strategie reagowania na napięcie, gotowość do współpracy i poziom bezpieczeństwa psychologicznego. Uczniowie sprawdzają, często zupełnie nieświadomie, na ile mogą sobie pozwolić, czy wolno się nie zgodzić, czy można powiedzieć „nie wiem”, co dzieje się z osobą, która popełnia błąd, czy głos mniej przebojowego członka grupy zostanie zauważony i czy proszenie o pomoc oznacza słabość, czy jest naturalną częścią wspólnej pracy. Z punktu widzenia budowania zespołu są to informacje znacznie ważniejsze niż wiedza o tym, kto ma psa, kto lubi pizzę i kto spędził wakacje nad morzem.

Ćwiczenia służące poznaniu się, którym poświęcamy tyle uwagi na początku września, są ważne. Jednak ich funkcja jest ograniczona: pomagają rozpocząć kontakt, obniżyć napięcie, zwiększyć liczbę interakcji i stworzyć pierwsze połączenia między ludźmi. Nie wykonają natomiast pracy, która wymaga czasu, wspólnych doświadczeń i przejścia przez mniej komfortowe momenty funkcjonowania grupy.

Jeszcze inną kwestią jest świadomość tego, na jakim etapie są nasi uczniowie. Fundowanie im rokrocznie podobnych ćwiczeń dedykowanych dla nowych grup, większego sensu nie ma. Nie tylko nie wspiera budowania zespołu, ale wręcz osłabia grupę. Uczniowie albo "nie wchodzą" w aktywności, albo się wygłupiają. Tak czy owak tracimy czas i często nieświadomie utrwalamy dysfunkcje w grupie.

Teatr nauczył mnie jeszcze jednej rzeczy: ćwiczenie samo w sobie nie ma większego znaczenia. Nieważne, czy zaproponujemy uczniom oklepany icebreaker czy wyszukamy unikatową aktywność znanej grupy performatywnej. Można przeprowadzić dokładnie to samo ćwiczenie z dwiema grupami i zobaczyć dwa zupełnie różne procesy. W jednej ktoś natychmiast przejmie dowodzenie, pozostali podporządkują się jego pomysłowi. W drugiej uczestnicy będą negocjować, sprawdzać różne rozwiązania, zapraszać do działania osoby mniej aktywne i modyfikować strategię, kiedy okaże się nieskuteczna. Formalnie obie grupy wykonały to samo zadanie. Jednak z punktu widzenia procesu grupowego wydarzyły się w nich dwie zupełnie różne rzeczy.

Dlatego nauczyciel prowadzący działania integracyjne nie powinien koncentrować się na wymyślaniu oryginalnych ćwiczeń. Nie może być animatorem, który zna dużo atrakcyjnych zabaw. Musi świadomie dobierać aktywności i projektować warunki do budowania zespołu, a następnie obserwować, co dzieje się pomiędzy ludźmi: kto zabiera przestrzeń, kto ją oddaje, czy grupa potrafi korzystać z różnorodności, jak podejmuje decyzje, jak rozwiązuje spory, co robi z niepowodzeniem, czy potrafi zmienić strategię i czy odpowiedzialność za wspólne działanie rozkłada się pomiędzy uczestników, czy spoczywa stale na tych samych osobach. W team buildingu nie chodzi przecież o to, żeby ludzie robili coś razem, ale żeby stopniowo uczyli się działać jak jeden organizm.

Dlatego zamiast pytać: „Jaką zabawę integracyjną zrobić na pierwszej godzinie wychowawczej?”, proponowałabym zacząć od pytania, jakich doświadczeń potrzebuje ta konkretna grupa, żeby stopniowo stać się zespołem? Być może wcale nie potrzebuje bezpiecznych okazji do poznania się. Może warto na początku września zafundować jej doświadczenie współzależności, czyli sytuacji, w której sukces nie jest możliwy bez wykorzystania zasobów różnych osób albo zadań wymagających komunikacji, negocjowania, podejmowania decyzji i radzenia sobie z różnicą zdań. Możliwe, że nasza klasa nie wymaga już lodołamaczy, lecz przestrzeni do przyglądania się własnemu sposobowi działania i świadomego ustalania, jak chc ze sobą pracować.

Proces budowania zespołu nie kończy się po 45 minutach ani po pierwszym tygodniu września. Każda grupa potrzebuje czasu, żeby przejść od „wiemy już trochę o sobie” przez „próbujemy razem działać” i „zaczynamy rozumieć, co nam pomaga, a co przeszkadza”, aż do „wiemy, jak chcemy ze sobą pracować i potrafimy brać za to współodpowiedzialność”.

Dlatego w tym roku proponuję Wam trochę inne spojrzenie na tzw. "integrację". Przez najbliższe dni będę o tym tutaj trochę pisać, bo mam poczucie, że zanim zaczniemy wymieniać się kolejnymi pomysłami na integracyjne zabawy, warto najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie, co właściwie chcemy dzięki nim zbudować.

Adres

Wawer

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Edukacja 4.0 umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij

Kategoria