05/02/2025
Portret Izabelli Lubomirskiej, "Błękitnej Markizy" to jedno z najbardziej znanych płócien mistrza Marcella Bacciarellego, nadwornego malarza Stanisława Augusta Poniatowskiego. Trochę to przewrotne, że tematem tej krótkiej rozprawki nie będzie błękitna suknia Izabelli. Ani kwiaty - jaskry, piwonie czy niezapominajki. Tym razem pod lupę weźmiemy kolor płaszcza zarzuconego na ramiona. Purpurowego - a więc w kolorze zarezerwowanym dla arystokracji, członków królewskich rodzin (purpura to ambicje dynastyczne) czy... purpuratów - kościelnych dostojników. Skąd aż taki status tego koloru? W tym wszystkim chodziło przede wszystkim o trudność jego pozyskiwania. W czasach gdy nie znano barwników syntetycznych, barwniki fioletowe, amarantowe, głębokie bordo pozyskiwano z wydzielin drapieżnych ślimaków, zamieszkujących wody Morza Śródziemnego. Proces uzyskiwania barwnika był tyleż skomplikowany, co zwyczajnie niezbyt przyjemny, uhm, pod kątem niebywałych wręcz doznań olfaktorycznych. A tajemnicę jego produkcji posiadali nieliczni. W skrócie ciała nieszczęsnych stworzeń - ślimaków z rodziny rozkolcowatych, poddawano procesowi fermentacji, a następnie utleniania w wielkich kadziach, bywało, że zrobionych z ołowiu, co dodatkowo wpływało na stan zdrowia wytwórców pożądanego surowca. Dzięki temu nieciekawy kolor żółty, pochodzący z wydzielin służących paraliżowaniu ofiar, przechodził przez czerwienie, lawendy, aż do głębokich fioletów. Muszle zaś wyrzucano. Tam, gdzie podejmowano się tego trudnego, alchemicznego wręcz procesu, do dziś zachowały się składowiska skorupek. Płaszcz Izabelli, jednej z właścicielek dóbr wilanowskich, został ufarbowany na pewno starymi metodami barwierskimi. Wykorzystano do tego prawdopodobnie, uwaga, nawet kilkadziesiąt tysięcy (!) ciał mięczaków. Wiązało się to oczywiście z olbrzymią ceną barwnika, na który stać było naprawdę jedynie elity.
Obraz znajduje się w kolekcji