Izabela Sarna - Coaching

Izabela Sarna - Coaching

Udostępnij

Mówię o sobie coachini (rymuje się z bogini) :P J Wspieram kobiety, które próbują łączyć życie osobiste/rodzinne i karierę zawodową (bywają tym zmęczone).

Pomagam im łączyć te role tak, by były efektywne i szczęśliwe. Oferuję profesjonalne szkolenia z rozwoju osobistego, zwłaszcza z zakresu efektywności osobistej oraz pracy związanej ze wsparciem mocnych stron klienta, a także w zakresie osiągania celów zawodowych i osobistych.

26/05/2020

Cześć.
Nie było mnie tu rok.
Czas wrócić.
Robię to z niekłamaną przyjemnością. Wcześniej nie byłam gotowa. Zamykałam swoje sprawy osobiste, kończyłam wieloletni związek (sorki za tę prywatę, ale jest istotnym wytłumaczeniem mojej nieobecności w świecie zawodowo uprawianego coachingu). Miałam ważne i kluczowe zadanie - zakończyć formalnie to, co psychologicznie się kończyło i opłakać to.

W międzyczasie przyszedł lockdown, a z nim pewien rodzaj śmierci. Byłam "trochę martwa" (myślę, że jest takie zjawisko w życiu, jak częściowa wewnętrzna śmierć), martwa ze strachu, z samotności, z braku nadziei, z pustki, z powodu przeżywania Straty. Wszystko jakby zamarło i straciło codzienny sens. W pandemii chodziło o to, by przetrwać, nie oszaleć z lęku, nie zarazić się wirusem permanentnego strachu o własne zdrowie i życie oraz o życie najbliższych. Nie dać się złamać wizji siebie samotnej umierającej w szpitalu na SOR w atakach duszności (tak, miałam takie wizje, choć już im przestaję dowierzać). :P

W końcu przyszedł czas zwątpienia w prawdziwość "pandemii" i złość na to, że jesteśmy wmanipulowani w coś, co zrobiono większe i straszniejsze, niż jest naprawdę. Potem przyszło pytanie, co to znaczy "naprawdę"? I jaka jest "prawda", czyja to prawda, czy w ogóle istnieje prawda o pandemii? Kto ją zna?

Wreszcie przybył gniew, że Państwo nie zadbało o nasze zdrowie i bezpieczeństwo, na tyle, na ile powinno. Potem nadeszła wizja majowych "wyborów" i poczułam się jak w groteskowej sztuce, gdzie opary absurdu są gęste jak mgła nad Tamizą:P

Wypatrywałam w codziennej prasie prześwitów nadziei. Idąc przez te góry i doły, promienne prześwity na przemian ze mrocznymi zmierzchami (jednak) nadziei, czułam, że coś w środku mnie stopniowo przestaje być zależne od tego, co na zewnątrz.

I wtedy przyszła myśl, czy raczej odczucie, coś w rodzaju "olśnienia" (tylko nie nagłego, ale płynącego do mnie jak fala, czyli to było raczej takie stopniowe "olśniewanie":P), że w zasadzie to nie mam tak za bardzo co liczyć na to, że ktoś o mnie zadba, uleczy, podniesie (owszem, przyjaciele wesprą, ale tylko w jakimś procencie), jeśli nie zrobię tego sama.

Jeśli nie znajdę własnego, osobistego "lata pośrodku zimy", to nici z dobrego życia, już zawsze będę żyła na mrocznej, lodowatej północy własnych lęków i niezadowolenia z tego, co JEST.

To kluczowe, zasadnicze, "bazowe" wręcz "zadbanie" o siebie możemy dać sobie sami. To w sobie trzeba odnaleźć tę iskrę życia, którą rozdmuchamy świadomie i intencjonalnie, aby stała się naszym ogniem, naszym "wewnętrznym latem".

Jak to zrobić? A to już inna historia, na kolejny post.

Lata w duszy Wam życzę!

14/05/2019

Jestem typem istoty (jak zapewne duża część współczesnej populacji), która żyje bardziej we własnej głowie/umyśle, niż w realnym życiu. Co to znaczy?
Że cały czas przetwarzam, rozdrabniam, zastanawiam się, analizuję. Co poprawić, co ulepszyć. Dlaczego jest tak, a nie inaczej. Jak rozwikłać moje problemy, jaką znaleźć na nie receptę. Jak wpłynąć na ludzi, aby żyli sensowniej. Co uczynić, aby ten świat był bardziej ekologicznym i bardziej przyjemnym miejscem do życia. Czemu tyle zła, czemu takie, a nie inne zachowania.
Trudno mi wyłączyć pracujący umysł. Lubię wiedzieć, zrozumieć, pojąć, co i jak. Czasami jednak czuję, że to zgubne i pełne pychy.
Moje przegrzane „układy scalone” w mózgu czasem mają serdecznie dość.
Moje zmęczone gotowością do naprawiania świata (czytaj: walki) ciało, tęskni za chwilą luzu.
Serce chciałoby po prostu czuć.
Z wielkim trudem zanurzam się w TU I TERAZ. To dla mnie duże wyzwanie. W naturze mam archetyp rebeliantki, wiecznej wojowniczki o prawa te, czy inne. Wiecznej naprawiaczki, która chce okiełznać rzeczywistość wokół siebie.
Zaczynam być tym zmęczona. Coraz częściej pytam samą siebie: czy nie lepiej po prostu BYĆ? Zatrzymać się i zamiast DĄŻYĆ, po prostu się podelektować. Przewrotnie jak na coacha BEZ CELU, co nie znaczy, że bez sensu, wręcz przeciwnie, z głębokim sensem i czuciem BYCIA.
Ileż więcej we mnie radości, gdy tak przestaję dumać nad sobą i światem i po prostu zaczynam się wpatrywać w skrzydła ważki, biegającą mrówkę, drżący liść, wsłuchiwać się w śpiew drozda, lub śmiać się razem z synem.
A jak u Ciebie z tym życiem jest?
Jak często myśleniem „zakłócasz” czucie?
Jak to jest z Twoim TU I TERAZ? Istnieje w ogóle taki stan w Twoim życiu? Pytam, bo w moim kiedyś nie istniał.
Słuchasz strumienia? Wąchasz kwiaty? Przytulasz się do bliskich?
PUK, PUK, żyjesz?
Wybierz to, co ożywia i karmi. Myślenie i tak wróci do Ciebie samo 
Pogody w duszy! Nie przegap życia!

13/05/2019

„Jeśli ktoś cię rani i rozczarowuje, nie pytaj się, dlaczego to robi. Zapytaj się siebie, dlaczego ty wciąż na to pozwalasz. „(anonim)
Los mnie bardzo doświadczał, bo jestem wrażliwcem. Byłam wtedy na etapie kompletnej zewnątrz-sterowalności. Zadawano mi wtedy dziesiątki (setki, może nawet tysiące) ran. Niektóre ulegały zapomnieniu w ciągu paru dni, tygodni, lat, niektóre zranienia bolą do dziś. Kiedyś moja reakcje zamykały się w poczuciu krzywdy i płaczu. Płakałam w głos, lub cicho łykałam łzy. Czasem łkałam cichutko tylko w sercu. Najczęściej w milczeniu przyjmowałam razy. Potem się wewnętrznie buntowałam, wściekałam i dziwiłam się sama sobie, że to wytrzymuje. Ba, były takie ciosy, o których nie wiedziałam, że są ciosami. Czułam się źle i nawet nie miałam pojęcia, dlaczego.
Może wtedy myślałam, że na nie zasługuję na podziw, tylko na krytykę i oskarżenia. Na terapii uświadomiłam sobie, że każdy, kto mnie krytykuje i nie szanuje, jest tak naprawdę agresorem. Zaczęłam się więc bronić. Człowiek, który do jakiegoś czasu nie stawiał granic, nie od razu uczy się je stawiać spokojnie. Najpierw działa jak zraniony zwierz, gryzie, warczy i sam też atakuje. Zatem moje stawianie granic, było tak naprawdę naruszaniem granic innych.
Z czasem przyszło przytomne reagowanie. Z czasem przyszła obecność w tym, co dzieje się TU I TERAZ, co przeżywam, co czuję, co mnie boli w cudzym i moim własnym zachowaniu. To była długa droga, by UŚWIADOMIĆ SOBIE, czego naprawdę nie chcę w moim życiu. I kogo nie chcę.
Z mojej listy znajomych wykreśliłam dziesiątki ludzi. Relacje, które raniły postawiłam w świetle jarzeniówek, przyjrzałam się im i przesiałam przez gęste sito. Ostali nieliczni. Tylko Ci, którzy mnie szanują i akceptują moje wartości życiowe. Reszta odpadła, jak dojrzałe kasztany i poleciała w nieznane.
W moim życiu jest dużo miejsca. Na prawdziwe relacje, ukochane książki, medytację, odpoczynek. O nikogo nie zabiegam, gdy ktoś mnie nie szanuję, idę swoją drogą. Tak, czuję się czasami inna, samotna. Ale cenię sobie to, bo mogę to samo mówić w sercu i to samo do ludzi, z którymi przebywam.
Nie pozwałam już nikomu wchodzić w moje granice. Moje życie jest moje, w tym królestwie królową jestem Ja. Jeśli ktoś chce tu wejść, niech zdejmie brudne buty i zapyta, czy można wejść.
Nie pozwól, by ktoś Cię rozczarowywał. Nie pozwalaj rozczarowywać siebie. Bądź królową swojego życia.
ZAWSZE.
zdjęcie: Anparo Tores

06/05/2019

30/04/2019

Chciałam dla Was te wskazówki umieszczać pojedynczo, ale - dłuży mi się, bo ostatnio trafiam na tyle wspaniałych myśli, ze chcę je jak najszybciej Wam przekazać, dlatego zdecydowałam się na skomasowanie dekalogu prostoty w jednym memie.
Owocnego czytania i stosowania.
Prostoty w sercu.
www.izabelasarna.pl

26/04/2019

Wolna przestrzeń wokół Ciebie - lepsze oddychanie, lepsze odczucia, lepsze życie, lepsza TY.

10/04/2019

Czuj, nie gromadź.
Miej serce i patrzaj w serce.

03/04/2019

Od jakiegoś czasu w moim życiu dzieją się niesamowite rzeczy. Zrobiłam coś Bardzo Ważnego. Postawiłam mocno granicę w pewnej sprawie, co pociągnęło za sobą całą masę konsekwencji. Najpierw cholernie i długo bolało. Wręcz kiereszowało duszę. Ale w końcu nastąpił przełom. Przecięłam pępowinę. I wtedy zaczęły dziać się cuda.
Zaczynam się odradzać po raz kolejny, odzyskiwać wiarę w siebie. Wyrzucam teraz z mojego życia wszystko po kolei, usuwam rzeczy, z którymi mi nie po drodze.
Pojawiła się Nowa Jakość, nowe propozycje.
This is kind of magic. Really.
CDN
Porządku w sercu i duszy Wam życzę.

02/04/2019

Odkrywam ostatnio minimalizm. Trudno jeszcze mi powiedzieć, że go stosuję w życiu, dopiero zaczynam. Ale już wokół mnie zrobiło się jakoś lżej, bardziej przestrzennie. Więcej mam energii i więcej mi się chce. Moje myśli nie są już tak chaotyczne. Odczuwam nawet coś w rodzaju zdrowej pustki i brzemiennej nudy, która jest początkiem tworzenia.
Nie jestem tak zmęczona ilością rzeczy dookoła. Jeszcze sporo pracy mam do zrobienia (fizycznej i mentalnej), zanim pozbędę się wszystkiego, co mi tarasuje drogę do swobodnego BYCIA. Ale trwam w postanowieniu i codziennie pozbywam się czegoś, co zagraca moją przestrzeń.

A jak u Ciebie, jak często sprzątasz wokół siebie?
Kiedy ostatnio sprzątałaś w swoim umyśle?

Porządku w duszy Ci życzę.
www.izabelasarna.pl

28/03/2019

„You have to die a few Times before you can really live.” Charles Bukowski

Ile razy miałaś/miałeś wrażenie, że to w zasadzie KONIEC. Ja miewałam tak co najmniej kilka razy. Koniec to dla mnie uczucie, że nie ma już innych możliwości poza śmiercią. Ona zdawała się wybawieniem, uwolnieniem, powrotem do… spokoju. Ona jawiła się jako przecięcie cierpienia. W takich chwilach właśnie UMIERAŁAM. Coś we mnie umierało, jakieś marzenie, pragnienie, jakaś nadzieja, myśl, uczucie, wiara… Coś ważnego dla mnie, co karmiło, jakaś sprawa – zdawałoby się życiodajna. Po mojej (tymczasowej, jak się okazywało) śmierci, następowała żałoba – martwota lub płacz, moja dusza chadzała wtedy ciemnymi dolinami dni, tygodnie, może miesiące nawet. Ciało przypominało wtedy automat, pozbawione witalności, bez energii życiowej, sztywne, niechętne, obolałe, zahibernowane. Żałoba w końcu mijała. Po pewnym czasie zaczynałam czuć, jak krew żywiej krąży w żyłach, jak budzą się odrętwiałe nogi i ręce, jak z głowy spada coś w rodzaju hełmu, który utrudniał oddychanie, patrzenie i czucie. Skorupa na moim ciele zaczynała pękać, pod nią prześwitywała różowość skóry. Serce wznowiło czucie, płuca zaczerpnęły oddech. Wokół było już inaczej, jakby prawdziwiej. Miałam wrażenie, że teraz jestem bardziej sobą, niż przed tą tymczasową śmiercią. To był rodzaj rezurekcji.
Zastanawiam się, ile mnie jeszcze czeka takich umierań? Po każdym z nich jestem bliżej siebie.
Czy miałaś/miałeś kiedyś takie doświadczenie? Jak to jest wg Ciebie żyć naprawdę?
Czy można żyć naprawdę, nigdy wcześniej nie umierając?

14/02/2019

Czasami ma się wrażenie, że przestrzeń w głowie i w sercu zajęta jest cała zamartwianiem się. To zgubny stan. To stan bez perspektyw. A właściwie stan z pesymistycznymi perspektywami.
Zrób w sobie wolne miejsce na marzenia. Nie daj się wypchać smutkiem.

Chcesz aby twoja szkoła była na górze listy Szkoła w Warsaw?

Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.

Lokalizacja

Kategoria

Telefon

Strona Internetowa

Adres


Warsaw
02-157