26/05/2020
Cześć.
Nie było mnie tu rok.
Czas wrócić.
Robię to z niekłamaną przyjemnością. Wcześniej nie byłam gotowa. Zamykałam swoje sprawy osobiste, kończyłam wieloletni związek (sorki za tę prywatę, ale jest istotnym wytłumaczeniem mojej nieobecności w świecie zawodowo uprawianego coachingu). Miałam ważne i kluczowe zadanie - zakończyć formalnie to, co psychologicznie się kończyło i opłakać to.
W międzyczasie przyszedł lockdown, a z nim pewien rodzaj śmierci. Byłam "trochę martwa" (myślę, że jest takie zjawisko w życiu, jak częściowa wewnętrzna śmierć), martwa ze strachu, z samotności, z braku nadziei, z pustki, z powodu przeżywania Straty. Wszystko jakby zamarło i straciło codzienny sens. W pandemii chodziło o to, by przetrwać, nie oszaleć z lęku, nie zarazić się wirusem permanentnego strachu o własne zdrowie i życie oraz o życie najbliższych. Nie dać się złamać wizji siebie samotnej umierającej w szpitalu na SOR w atakach duszności (tak, miałam takie wizje, choć już im przestaję dowierzać). :P
W końcu przyszedł czas zwątpienia w prawdziwość "pandemii" i złość na to, że jesteśmy wmanipulowani w coś, co zrobiono większe i straszniejsze, niż jest naprawdę. Potem przyszło pytanie, co to znaczy "naprawdę"? I jaka jest "prawda", czyja to prawda, czy w ogóle istnieje prawda o pandemii? Kto ją zna?
Wreszcie przybył gniew, że Państwo nie zadbało o nasze zdrowie i bezpieczeństwo, na tyle, na ile powinno. Potem nadeszła wizja majowych "wyborów" i poczułam się jak w groteskowej sztuce, gdzie opary absurdu są gęste jak mgła nad Tamizą:P
Wypatrywałam w codziennej prasie prześwitów nadziei. Idąc przez te góry i doły, promienne prześwity na przemian ze mrocznymi zmierzchami (jednak) nadziei, czułam, że coś w środku mnie stopniowo przestaje być zależne od tego, co na zewnątrz.
I wtedy przyszła myśl, czy raczej odczucie, coś w rodzaju "olśnienia" (tylko nie nagłego, ale płynącego do mnie jak fala, czyli to było raczej takie stopniowe "olśniewanie":P), że w zasadzie to nie mam tak za bardzo co liczyć na to, że ktoś o mnie zadba, uleczy, podniesie (owszem, przyjaciele wesprą, ale tylko w jakimś procencie), jeśli nie zrobię tego sama.
Jeśli nie znajdę własnego, osobistego "lata pośrodku zimy", to nici z dobrego życia, już zawsze będę żyła na mrocznej, lodowatej północy własnych lęków i niezadowolenia z tego, co JEST.
To kluczowe, zasadnicze, "bazowe" wręcz "zadbanie" o siebie możemy dać sobie sami. To w sobie trzeba odnaleźć tę iskrę życia, którą rozdmuchamy świadomie i intencjonalnie, aby stała się naszym ogniem, naszym "wewnętrznym latem".
Jak to zrobić? A to już inna historia, na kolejny post.
Lata w duszy Wam życzę!
14/05/2019
13/05/2019
06/05/2019
30/04/2019
26/04/2019
10/04/2019
03/04/2019
02/04/2019
28/03/2019
14/02/2019