07/09/2026
Mam słabość do Muminków.
Hatifnatowie zawsze wydawali mi się trochę dziwni. I trochę niepokojący.
Do dziś pamiętam fragment ze słuchowiska Polskiego Radia Lato Muminków. Mała Mi pyta Włóczykija o nasiona, które właśnie wyciągnął z plecaka. Jej podekscytowanie i jego pełen napięcia głos: „Nasiona Hatifnatów…”. Od razu było wiadomo, że za chwilę wydarzy się coś niezwykłego.
I chyba właśnie tak ich pamiętam, jako istoty, wokół których zawsze jest trochę napięcia, trochę tajemnicy, trochę czegoś nie do końca oswojonego i nie do końca jasnego.
Wędrują bez końca. Są zwykle razem, a jednak trudno powiedzieć, że naprawdę są ze sobą. Jakby bardziej łączył ich wspólny kierunek niż bliskość.
I burza.
To wtedy pojawia się elektryczność. Napięcie. Błysk.
Ten obraz przypomina mi, jak łatwo przyzwyczaić się do życia w intensywności. Jak łatwo ciągle wypatrywać kolejnej "burzy".
Do tego, że ciągle jest coś do zrobienia.
Jakiś problem do rozwiązania.
Kolejne „muszę”.
Coś, co trzyma nas w ruchu.
A kiedy nagle robi się spokojnie, ulga nie zawsze przychodzi od razu.
Czasem robi się po prostu… dziwnie.
Za cicho.
Za pusto.
Jakby czegoś brakowało.
I wtedy zaczynam się zastanawiać, czy czasem nie szukam kolejnej „burzy” tylko dlatego, że intensywność jest bardziej znajoma niż cisza.
Hatifnatowie kojarzą mi się też z nieustannym byciem w drodze.
Można przecież ciągle gdzieś zmierzać.
Do kolejnego celu.
Kolejnego etapu.
Kolejnej rzeczy, która „już na pewno” coś zmieni.
I nigdy nie sprawdzić, jak to jest po prostu być tam, gdzie się jest.
Takie napięcie między ruchem a zatrzymaniem.
Między byciem wśród innych a prawdziwym kontaktem.
Między intensywnością a ciszą.
I zostają mi po nich dwa pytania:
Co, jeśli spokój wydaje się pustką?
I drugie:
Czy potrzebujemy burzy, żeby poczuć, że żyjemy?