21/11/2022
Obiecaliśmy niedawno, że opowiemy historię Karolka - jednego z ostatnich Projektowych adopciaków, tego, którego ominął proces adopcyjny.
A była to najszybsza adopcja, jaką ja - Ola - przeprowadziłam dotychczas w całym życiu Projektu...
Nasza wspólna historia zaczęła się, gdy pewnego dnia, jeszcze zupełnie beztrosko, odebrałam telefon. Nieznany numer, pewnie ktoś w ptasich sprawach...
Nie spodziewałam się, że ledwie kilka minut później zatrzymując sobie łzy na potem, poganiana adrenaliną będę wydzwaniać z dwóch telefonów na raz.
"𝙋𝙧𝙤𝙨𝙯𝙚 𝙣𝙖𝙢 𝙥𝙤𝙢𝙤𝙘, 𝙘𝙞𝙤𝙩𝙠𝙖 𝙥𝙤𝙬𝙞𝙚𝙙𝙯𝙞𝙖𝙡𝙖, 𝙯𝙚 𝙢𝙖 𝙜𝙤 𝙙𝙤𝙨𝙘 𝙞 𝙖𝙡𝙗𝙤 𝙜𝙤 𝙠𝙩𝙤𝙨 𝙯𝙖𝙗𝙞𝙚𝙧𝙯𝙚, 𝙖𝙡𝙗𝙤 𝙪𝙠𝙧𝙚𝙘𝙞 𝙢𝙪 𝙡𝙚𝙗."
Karolek, zwany czasem pieszczotliwie "Dziadziem", ma 30 lat.
Osierocony przez swojego ludzkiego tatę, ostatnie kilka lat Karolek spędził zamknięty w maleńkim pokoju, w klatce uniemożliwiającej mu nawet rozłożenie skrzydeł, zdany na "łaskę" osoby, która finalnie wypowiedziała te przerażające, nieludzkie słowa. Wystraszony członek rodziny poprosił o pomoc lekarza weterynarii, który z kolei przekazał mu numer telefonu Projektu...
Chyba jeszcze tego samego wieczoru udało mi się uprosić Adę z Parrot Disaster - nasz bezcenny i niezawodny dom tymczasowy i wakacyjny - o awaryjne przyjęcie Karolka, przynajmniej na czas pozwalający przeprowadzić adopcję. Rzecz jasna, warunkiem były negatywne wyniki badania na PBFD.
To, co zobaczyłam na miejscu, jadąc po próbki na badania wirusowe, przerosło moje najśmielsze wyobrażenia. Jeszcze nigdy nie gnałam tak na łeb, na szyję, żeby odebrać Adopciaka... Nawet gdy ówczesna "opiekunka" wiedziała już, że "ten szkodnik" zniknie z jej życia. Nie skłamię, jeśli powiem, że typowe wiejskie kurniki, czy klatki dla tucznych królików oferują lepsze warunki. Klatka bez misek, z jedną bambusową rurką (chyba do podpierania kwiatów) zapanierowaną w odchodzach robiącą za żerdź, z dziurami częściowo połatanymi przykręconą blachą, bez dostępu do wody... Za to z drzwiczkami zadrutowanymi tak starannie, że wydostanie Karolka zajęło osobie, która mnie powiadomiła i mi dobrych kilka minut szarpania się z kombinerkami.
"Nie wiem, jak Pani go wyciągnie. On jest taki agresywny, tak się rzuca, że do klatki się nie da zbliżyć..."
Weszłam do tego pokoiku powoli, ostrożnie, łagodnie się z nim witając. Reakcja Karolka na jakąkolwiek uwagę i ciepło była kolejnym momentem, w którym przełykałam łzy...
"Karrrolku, Karrrolku! Dobrze, tak, dobry Karolek! Dobry Karolek, chodź Karolku!"
Żaczy chłopiec dosłownie wciskał się w brudne kratki, powtarzając w kółko, jakby próbował walczyć o każdą sekundę atencji.
Kiedy go wyciągałam by pobrać pióra, ani raz nie próbował nawet mnie ugryźć.
Kilka dni później, gdy otrzymaliśmy ujemne wyniki badań, wraz z Ada Włoch piszczałyśmy przez telefon. Zazwyczaj przekazując Adopciaka, zabieram wraz z nim jakiś jego przedmiot - zabawkę, żerdź, cokolwiek - by miał jakąś znajomą "kotwicę" w obcym miejscu, ale Karolek nie miał nic poza tym, jak nazwałyśmy z Adą jego starą klatkę, "strupem".
No i jechałam z transporterem i z tym strupem, zawiniętym w wielki czarny worek, bo wstyd w ogóle z czymś takim jechać...
Przez pierwszych kilka dni Karolek siedział w jednym miejscu. Na zmianę podchodziliśmy podawać mu miskę z wodą - a wtedy pił jak szalony, na zapas. Nie obejmował umysłem, że woda może stać obok, i że może się napić kiedy chce...
Dziś Karolek jest nie do poznania. Uwielbia się kąpać, zwiedza piechotą całe mieszkanie, a od niedawna Adę tytułuje "Serduszkiem" (swojego nowego Tatę nazywa uparcie "Heniem" - podejrzewamy, że tak miał na imię jego ukochany pierwszy Opiekun). Rozbraja zabawki z taką prędkością, jakby chciał nadrobić stracone lata i nie ma w nim ani iskry agresji, jest za to mnóstwo miłości i buziaczków 💚
Kuzynka, która skontaktowała się z nami, dziękując mówiła, że teraz Wujek może spać spokojnie, bo jego Karolek jest bezpieczny i zadbany.
A Ada, kiedy wypominam jej, jak jeszcze kilka tygodni temu mówiła, że nie lubi żaczków i nie chciałaby ich mieć, albo zabija mnie wzrokiem, albo całkiem udaje, że nie słyszy ;) 😂
---
➡️Nie zapominajmy, że papugi żyją, w zależności od gatunku, kilkadziesiąt lat. I że przy odpowiedniej opiece i warunkach, nierzadko mogą przeżyć swoich Opiekunów. Postarajmy się pomyśleć o tym, co stanie się z nimi po naszym odejściu, niezależnie od tego, ile sami mamy lat i zabezpieczmy pierzaste dzieciaki - aby nie wylądowały w więźnieniu za niewinność...