SKN Geopolityki i Strategii SGH

SKN Geopolityki i Strategii SGH

Udostępnij

🌍Przekształcamy rozumienie polskiej geopolityki
📍Szkoła Główna Handlowa w Warszawie

Photos from SKN Geopolityki i Strategii SGH's post 09/06/2026

Wraz ze zmianą zarządu Studenckiego Koła Naukowego Geopolityki i Strategii nadszedł naturalny moment na podsumowanie ostatnich miesięcy naszej działalności oraz refleksję nad tym, co wspólnie udało nam się osiągnąć. 📊

W mijającym okresie konsekwentnie rozwijaliśmy zarówno skalę naszych inicjatyw, jak i zaplecze organizacyjne. Przeprowadziliśmy gruntowną przebudowę struktur Koła - stworzyliśmy je od nowa, wprowadzając jasne procesy decyzyjne oraz skracając łańcuchy komunikacji i zarządzania. Podjęliśmy również decyzje o wygaszeniu części projektów, jednocześnie rozwijając istniejące inicjatywy oraz tworząc nowe, takie jak „Business without Boundaries” czy konferencja „Bezpieczeństwo i Geopolityka”. 🚀

Jednym z kluczowych kroków było wdrożenie narzędzi Google Workspace, które usprawniły naszą współpracę i komunikację wewnętrzną. Dodatkowo, dzięki dostępowi do Canva Pro, znacząco podnieśliśmy jakość naszych materiałów graficznych, co przełożyło się na większą rozpoznawalność naszych działań. 💻🎨

W ciągu ostatnich miesięcy mieliśmy zaszczyt gościć wybitne osobowości ze świata polityki i życia publicznego, takie jak Joanna Senyszyn, Mateusz Morawiecki, Adrian Zandberg czy Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Równolegle rozwijaliśmy bardziej kameralny format spotkań w ramach projektu „Wieczorny GiS”, w którym uczestnicy mieli okazję do bezpośrednich rozmów m.in. z Krzysztofem Kwiatkowskim oraz Wojciechem Machulskim. 🎤

Istotnym elementem naszej działalności było również skuteczne pozyskanie i rozdysponowanie środków finansowych na poziomie około 15 000 zł, co umożliwiło realizację ambitnych projektów oraz dalszy rozwój organizacji. 💰

Szczególnym sukcesem okazał się nowy projekt „Business without Boundaries”, którego pierwsze dwa spotkania przyciągnęły tłumy studentów i gości, wypełniając aulę do ostatniego miejsca. 🌍

Nieustannie rozwijaliśmy także naszą obecność w mediach cyfrowych. W ramach projektu „GiS na X” tworzyliśmy analityczne wątki dotyczące bieżących wydarzeń międzynarodowych, natomiast na Facebooku publikowaliśmy treści w ramach „Kronik GiS”. Rozbudowie uległ również nasz kanał na YouTube, gdzie łączna liczba wyświetleń naszych materiałów osiągnęła blisko 13 000. 📱🎥

Zwieńczeniem roku była pierwsza edycja konferencji „Bezpieczeństwo i Geopolityka”, podczas której zgromadziliśmy grono uznanych ekspertów, tworząc przestrzeń do merytorycznej debaty i wymiany wiedzy. 🏛️

Dziękujemy wszystkim członkom Koła, partnerom oraz uczestnikom naszych wydarzeń za zaangażowanie i wkład w rozwój SKN Geopolityki i Strategii. Życzymy jednocześnie powodzenia nowemu zarządowi w realizacji kolejnych ambitnych inicjatyw i dalszym rozwoju organizacji. 🤝

01/06/2026

Quo vadis, Polsko?

Stwierdzenie, że świat, w którym żyjemy, zmienia się nie do poznania, nie zaskakuje dziś nikogo. Stało się wręcz frazą wyświechtaną, powtarzaną na każdym kroku od sześciu lat – od 2020 roku, gdy wybuchła pandemia COVID-19. Rozprzestrzenienie się tej choroby i w konsekwencji wyhamowanie postępującej globalizacji obnażyły realną sytuację strategiczną wielu państw. Połączenia instytucjonalno-handlowe, które wcześniej uznawano za ogromne atuty współczesnego świata, okazały się także ekonomiczną pułapką: ich przerwanie, choćby na chwilę, ograniczyło w ogromnym stopniu zyski gospodarcze przede wszystkim tych regionów, które polegały na eksporcie.

Wymusiło to na krajach bogatej Północy – gdzie znajdowało się wiele państw nastawionych na eksport – politykę bardziej izolacjonistyczną. Była to swoista pobudka w dziedzinie polityki zagranicznej dla państw, które wcześniej uciekały pod protekcję większych graczy, rezygnując przy tym z odpowiedzialności za samodzielne podejmowanie decyzji. Tymczasem decyzje stały się nieuniknione — tym bardziej, że świat z „globalnej wioski” przeistoczył się w świat „wielobiegunowy”. Oczywiście sama pandemia nie doprowadziła do tej zmiany, lecz ujawniła i przyspieszyła procesy, które zachwiały dotychczasowym porządkiem światowym.

Krajem, którego „pobudka” może mieć decydujące znaczenie dla przyszłości regionu — i którego „przebudzenie” nastąpiło z dużym opóźnieniem w porównaniu do skali jego potencjału — jest Polska.

Trzecia Rzeczpospolita to państwo w skali europejskiej nietypowe. Dawne państwo satelickie ZSRR przeistoczyło się w ciągu niespełna czterech dekad z kraju kojarzonego na Zachodzie z biedą i chaosem transformacji w jedną z większych gospodarek świata. Polacy, którzy na początku obecności w Unii Europejskiej emigrowali do państw członkowskich „za chlebem”, są dziś jednym z najbardziej oswojonych z nowoczesnymi technologiami społeczeństw na świecie. A słaba i zaniedbana armia kraju, którego historia naznaczona była inwazjami, wyrobiła ambicję stania się najsilniejszą armią lądową Europy.

Skok naszej pozycji międzynarodowej jest widoczny. Tak jak nie sposób zaprzeczyć, że Chiny z każdym rokiem rosną w siłę, tak Polska — w swoich realiach i skali — dokonuje podobnego wzrostu. Faktem jest, że Polska odnotowała jeden z największych proporcjonalnych wzrostów gospodarczych w ostatnich dekadach, a w wielu zestawieniach bywa wskazywana tuż za Chinami. Te dane mogą zaskakiwać, co wynika z typowego dla naszego społeczeństwa pesymizmu oraz ogromnej niechęci do klasy politycznej. Niemniej — rośniemy na znaczeniu. Pytanie brzmi: czy rzeczywistość dogoni naszą własną percepcję i aspiracje?

Wielokrotnie mogliśmy się przekonać, że to, jak postrzega się nasz kraj, nie jest równoznaczne z jego realnymi możliwościami ani z tym, jak traktują nas sojusznicy. Najświeższym przykładem są doniesienia o potencjalnych przesunięciach wojsk amerykańskich stacjonujących w Polsce. Ważniejsze od samych fluktuacji sił Waszyngtonu — zgodnych z ich strategią i sygnałami, jakie wysyłali — jest to, jak wygląda komunikacja oraz w jakiej formule żołnierze w ogóle u nas przebywają.

Nasi decydenci dowiadywali się o ruchach wojsk sojuszniczych nie przez oficjalne kanały, lecz jak zwykli obywatele: z platformy X (dawniej Twitter) i innych źródeł informacyjnych. Dyplomatycznie oznacza to potraktowanie suwerennego państwa jak podmiotu administracyjnego wewnątrz cudzej polityki bezpieczeństwa. Choć prezydentura Donalda Trumpa zdążyła przyzwyczaić świat do nieformalnego stylu uprawiania polityki, a Polska nie jest jedynym krajem potraktowanym w ten sposób, to w naszym regionie wszelkie przejawy podkopywania relacji dyplomatycznych między Waszyngtonem a Warszawą powinny budzić niepokój — przede wszystkim ze względu na ambicje Rosji.

Równie istotna jest druga kwestia: w jakiej formie stacjonują na naszym terytorium wojska zagraniczne. Otóż w ramach ustaleń NATO–Rosja z 1997 roku (tzw. Aktu Stanowiącego) siły sojusznicze na wschodniej flance — tj. w państwach dawnego Układu Warszawskiego i republikach postsowieckich, które dołączyły do NATO — miały mieć w praktyce ograniczony, „nierozlokowany na stałe” charakter. Założenie było jasne: Rosja, w zamian za to, że nowe państwa członkowskie pozostaną w pewnym sensie „członkami drugiej kategorii” w zakresie stałej obecności wojskowej, nie będzie podważała ich państwowości i bezpieczeństwa. Problem polega na tym, że Moskwa naruszyła zasadnicze fundamenty tego porządku, a mimo to NATO długo nie czuło się zobowiązane do jego formalnego odwrócenia.

W konsekwencji wiele sił, które są dziś lokowane w Polsce, pozostaje obarczonych „terminem ważności” — obecność jest rotacyjna, a nie stała. A wszelkie próby trwałego przełamania tej logiki jak dotąd kończyły się fiaskiem.

W polityce międzynarodowej status bywa ważniejszy od samej siły. To status rozstrzyga, kto jest podmiotem, a kto przedmiotem rywalizacji — kto narzuca ramy, a kto musi się do nich dostosować. Dobrym przykładem była Rosja sprzed pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Percepcja siły, jaką obdarzaliśmy Kreml, tworzyła wyobrażenie państwa równorzędnego Chinom czy USA. Nadawaliśmy Rosji status mocarstwa, które może decydować, czy na Białorusi ma rządzić Łukaszenka albo czy protesty w Kazachstanie powinny zostać stłumione.

Podobnie jest w ramach organizacji międzynarodowych. Kraje w pełni zintegrowane w danej przestrzeni politycznej mogą wpływać na inne regiony, choć pojedynczo nie byłyby w stanie dokonać znaczącej zmiany. Pokazują to UE i NATO: sprawiają, że nawet tak niewielki kraj jak Luksemburg staje się aktorem oddziałującym na rzeczywistość kontynentu europejskiego, mimo że ma powierzchnię niewiele większą niż przeciętna metropolia.

Kontrprzykładem pozostaje Europa Wschodnia. Państwa tego regionu, choć formalnie należą do instytucji Zachodu, bywają traktowane w sposób przedmiotowy — jako członkowie „niepełni”, peryferyjni, nie do końca współdecydujący. I tu znów pojawia się Polska: jako jedyna z tej grupy posiada potencjał, by stać się pełnoprawnym elementem Zachodu nie tylko na papierze, lecz także w praktyce — pociągając za sobą cały region ku realnemu, a nie jedynie formalnemu włączeniu do instytucji, w których miejsca są już w dużej mierze obsadzone. Jak tego dokonać?

Tu wraca tytułowe pytanie — nie jako retoryczna ozdoba, lecz jako próba uświadomienia wagi momentu. „Gdzie idziesz, Polsko?” padało już wielokrotnie, często jednak bez refleksji, jak głębokie konsekwencje może nieść odpowiedź. To, czy będziemy pionkiem na szachownicy, czy graczem, który tę szachownicę współtworzy i rozumie, zależy od drogi, jaką wybierzemy jako społeczeństwo i jako państwo.

Koncepcje są znane: oprzeć się na USA, które w przeszłości skutecznie gwarantowały nasze bezpieczeństwo, lecz dziś nie zawsze dają poczucie przewidywalności? Czy mocniej oprzeć się na Europie, która nieraz podejmowała decyzje sprzeczne z naszym interesem, ale w ostatnim czasie coraz wyraźniej buduje własną wiarygodność strategiczną? Quo vadis, Polsko?

Autor: Bartłomiej Świerlikowski
Korekta: Oskar Pawlik
Grafika: Milena Wołowicz
Zdjęcie: Vino Joy News

23/05/2026

Pełzający odwrót Amerykanów z Europy

W ostatnich dniach amerykańska decyzja o wycofaniu 5 tys. żołnierzy z Niemiec jest głównym tematem w ramach NATO. Chociaż Pentagon tłumaczy ją analizą potrzeb operacyjnych i dostosowaniem obecności wojskowej do warunków teatru działań, to ruch ten trzeba traktować raczej jako symbol większej redukcji amerykańskiej obecności w Europie i zmuszania Starego Kontynentu do wzięcia odpowiedzialności za swoje bezpieczeństwo na własne barki. Mimo zauważalnej gwałtowności i nieprzewidywalności działań administracji prezydenta Trumpa, dążenie do redukcji w Europie nie jest strategią świeżą. Już za prezydentury Busha mówiono o chęci wycofania części wojsk z Niemiec, w 2013 z Europy Amerykanie zabrali 8000 żołnierzy, w 2015 zaś dokonano relokacji za Atlantyk śmigłowców AH-64 Apache z bazy Ramstein do Fort Wainwright na Alasce. Tendencja jest w pełni zrozumiała wiedząc, że punkt ciężkości interesu USA lata temu przesunął się z obszaru europejskiego na region Indo-Pacyfiku.

Obecna administracja jednak wyraźnie usiłuje przyśpieszyć ten proces, czym można wytłumaczyć chaos informacyjny powstały wokół nagłej decyzji o zatrzymaniu rotacji jednego z czterech obecnych w Europie brygadowych zespołów bojowych, co zmniejszy ich ilość do stanu z 2021 roku. Chociaż Pentagon deklarował wycofanie wojsk z Niemiec, nagłe wstrzymanie rotacji dotyczy jednostek obecnych na wschodniej flance NATO. Naturalnie wywołało to zaniepokojenie w krajach takich jak Polska, Rumunia i państwa bałtyckie, jak również wśród amerykańskich kongresmenów, którzy niezależnie od opcji politycznej zaczęli krytykować ostanie posunięcie Departamentu Wojny. Pete Hegseth i J.D. Vance uspokajali nastroje mówiąc, że nie ma mowy o redukcji obecności w Polsce, a powstały stan to jedynie „czasowe opóźnienie” wynikające z wielowarstwowego przeglądu rozmieszczenia. Choć wygląda to jak „damage control” po nagłej decyzji politycznej góry, to może to też być kolejna próba sprawdzenia jak zareaguje konsolidująca się Europa, podobnie jak miało to miejsce przy groźbach wobec Grenlandii.

Oczywiście całkowite wycofanie się Amerykanów z Europy jest w dużej mierze nierealne. To, jak kluczowe jest utrzymywanie baz i zaplecza na Starym Kontynencie, pokazały niedawne doświadczenia wojny z Iranem, gdzie sieć lotnisk i magazynów była niezbędna do sprawnego przerzutu wielkiej ilości lotnictwa i uzbrojenia z kontynentu północnoamerykańskiego na Bliski Wschód. Europa wciąż jest też istotna dla USA ekonomicznie. Niemal całkowita redukcja obecności mogłaby też zostać odebrana na arenie międzynarodowej jako okazanie słabości, niezdolności do wywiązania się z zobowiązań wobec najbliższych i najstarszych sojuszników. Jednak to, co Pentagon w tej chwili określa jako „czasowe opóźnienie”, może stać się nową normą. Chodzi przede wszystkim o znaczące ograniczenie stałej obecności, szczególnie w takich krajach jak Niemcy, Hiszpania czy Włochy (które w ostatnich miesiącach są krytykowane przez obóz Donalda Trumpa) na rzecz obecności rotacyjnej lub przerzutu wojsk ad hoc, w obliczu kryzysu lub do wykonania konkretnych zadań. Miałoby to odciążyć zdolności sił amerykańskich, które nie mogą już pozwolić sobie na utrzymywanie wojsk na wielu frontach.

Samo wycofywanie wojsk nie jest też procesem szybkim, prostym czy tanim, nie można tak po prostu z dnia na dzień załadować ludzi do samolotów a sprzętu na okręty i jednym pociągnięciem pióra odesłać ich do ojczyzny. Taka redukcja to proces niezwykle długotrwały i skomplikowany, rozciągnięty w czasie na miesiące, jeśli nie lata. Również odesłanie 2. Pułku Kawalerii do USA może być kłopotliwe przez fakt, że w obecnych bazach brakuje miejsca na wojska, które dotychczas stale znajdowały się poza granicami kraju, co wymuszałoby rozbudowę infrastruktury. Trzeba też pamiętać, że proces ten może tym bardziej spowalniać fakt, że znacząca część wyższego dowództwa wszystkich amerykańskich rodzajów sił zbrojnych ma za sobą etap rotacji lub stacjonowania w Europie. Tym samym mogą mieć pewne opory przed ograniczaniem lub likwidacją tej obecności.

Po spotkaniu z generałem Christopherem Mahoneyem wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz potwierdził, że dotychczasowe stacjonowanie sił USA w Polsce nie jest zagrożone, a że prowadzone przez stronę amerykańską analizy mogą przynieść w przyszłości nawet korzystniejsze rozwiązania odnośnie obecności Amerykanów w naszym kraju. Etap planistyczny ma potrwać kilka tygodni. Za oceanem pojawił się głos republikańskich kongresmenów Rogera Wickera i Mikea Rogersa że lepszym rozwiązaniem byłoby przesunięcie wojsk z Niemiec do krajów wschodniej flanki, choćby do Polski. Tu jednak na przeszkodzie stoi stan niewystarczająco rozwiniętej infrastruktury. W Polsce dopiero od niedawna zaczęto ponowne budowanie jednostek i baz po latach odwrotnej tendencji. Braki infrastrukturalne są jednym z wąskich gardeł rozrostu polskich sił zbrojnych, więc tym bardziej brakowałoby miejsca w odpowiednim standardzie na pomieszczenie dodatkowych wojsk sojuszniczych. Wiele polskich baz i poligonów jest też zaangażowanych w europejską pomoc dla Ukrainy, co dodatkowo ogranicza pulę. Trzeba też zauważyć, że dotychczasowe ośrodki w Żaganiu czy w Drawsku Pomorskim były budowane z myślą o kilkumiesięcznych rotacjach, a nie osiedlaniu żołnierzy amerykańskich wraz z ich rodzicami na stałe, jak ma to miejsce w Niemczech. Ewentualna rozbudowa w tym celu zajmie wiele czasu - nawet tak priorytetowe projekty wciąż muszą przejść przez postępowanie przetargowe, jak też spełniać wyśrubowane wymogi jakości i bezpieczeństwa.

Pomimo, że zagrożenie wycofania z naszego terytorium jednostek US Army jest niewielkie, to stopniowa i nieuchronna strategia „rozrzedzania” prezencji sojusznika zza Atlantyku w innych częściach Europy i tak wymusza na Polsce konkretne działania. Nie tracimy w związku z tym znaczenia, a wręcz przeciwnie, rola naszego kraju jedynie rośnie i staje się coraz to bardziej wymagająca, ponieważ z odbiorcy bezpieczeństwa musimy coraz bardziej stawać się gwarantem odstraszania i kluczowym elementem systemu zbiorowej obrony.

Autor: Maciej Ostrowski
Korekta: Mikołaj Lis
Grafika: Natalia Korzonek

19/05/2026

Bukareszt 2026: NATO wobec dronów i obrony powietrznej

Szczyt Bukaresztańskiej Dziewiątki i państw nordyckich, który odbył się 13 maja 2026 roku w stolicy Rumunii, pokazał, że wschodnia flanka NATO coraz wyraźniej myśli o bezpieczeństwie przez pryzmat nie tylko czołgów, rakiet i klasycznej obrony terytorium, lecz także dronów. Spotkanie współorganizowali prezydent Rumunii Nicușor Dan oraz prezydent Polski Karol Nawrocki, a uczestniczył w nim sekretarz generalny NATO Mark Rutte. Format B9, obejmujący państwa Europy Środkowo-Wschodniej, został dodatkowo rozszerzony o pięć państw nordyckich, co symbolicznie połączyło region od Morza Czarnego po Arktykę. W Bukareszcie obecny był również prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, którego państwo pozostaje najważniejszym źródłem praktycznych doświadczeń w zakresie wojny dronowej. Sam Rutte mówił o potrzebie „silniejszej Europy w silniejszym NATO”, opartej na większych wydatkach obronnych, większej produkcji zbrojeniowej i większej odpowiedzialności europejskich sojuszników za własną obronę konwencjonalną.

Głównym celem tegorocznych rozmów było wzmocnienie współpracy obronnej na całej wschodniej flance NATO oraz dostosowanie jej do zagrożeń, które coraz częściej przybierają formę naruszeń przestrzeni powietrznej, ataków hybrydowych i użycia bezzałogowych systemów powietrznych. W przyjętym oświadczeniu państwa B9 i kraje nordyckie potępiły rosyjskie działania hybrydowe, w tym sabotaż, cyberataki oraz operacje destabilizacyjne wymierzone w sojuszników i partnerów. Szczególnie mocno podkreślono także, że powtarzające się naruszenia przestrzeni powietrznej na wschodniej flance pokazują pilną potrzebę dalszego wzmacniania natowskiej obrony powietrznej i przeciwrakietowej, również wobec zagrożeń ze strony dronów.

Wojna rosyjsko-ukraińska zmieniła sposób myślenia o przewadze militarnej. Jeszcze kilka lat temu drony kojarzono głównie z rozpoznaniem, punktowymi uderzeniami albo działaniami sił specjalnych. Dziś są one jednym z najważniejszych narzędzi walki, używanym zarówno do obserwacji pola bitwy, jak i do niszczenia infrastruktury, artylerii, pojazdów pancernych czy systemów obrony powietrznej. Ukraina udowodniła, że państwo broniące się przed silniejszym przeciwnikiem może dzięki dronom zwiększyć swoje możliwości rażenia i rozpoznania. Jednocześnie rosyjskie masowe ataki dronowe demonstrują, jak duże wyzwanie stanowi ochrona miast, elektrowni, lotnisk, linii kolejowych i obiektów wojskowych.

Konkretne znaczenie szczytu polegało więc na połączeniu politycznych deklaracji z pytaniem o realne zdolności wojskowe. Skuteczna obrona przed dronami wymaga nie tylko drogich systemów przeciwrakietowych, ale także radarów, walki elektronicznej, artylerii przeciwlotniczej, rakiet krótkiego zasięgu i tanich środków przechwytujących. Problemem staje się bowiem ekonomia obrony: nie można w nieskończoność zwalczać tanich bezzałogowców przy użyciu bardzo kosztownych rakiet. Dlatego NATO musi rozwijać rozwiązania, które będą skuteczne, masowe i możliwe do utrzymania w dłuższej perspektywie. W tym sensie doświadczenie Ukrainy może stać się dla Sojuszu praktyczną lekcją modernizacji obrony powietrznej.

Bukareszt 2026 pokazał, że bezpieczeństwo wschodniej i północnej flanki NATO coraz bardziej się łączy. Rozszerzenie formatu B9 o państwa nordyckie wskazuje, że zagrożenia na Morzu Czarnym, Bałtyku i w Arktyce są częścią jednej przestrzeni strategicznej. Dla Polski oznacza to szansę na wzmacnianie roli państwa, które łączy interesy Europy Środkowej i regionu bałtyckiego. Najważniejszym wyzwaniem pozostaje jednak przełożenie deklaracji z Bukaresztu na konkretne działania: produkcję, zakupy, szkolenia i integrację systemów obronnych. W świecie, w którym tani dron może wymusić kosztowną reakcję strategiczną, przewagę zyska ten, kto szybciej połączy technologię, przemysł i polityczną determinację.

Autor: Kamil Bednarz
Korekta: Maciej Ostrowski
Grafika: Weronika Wodarczyk
Zdjęcie: Kancelaria Prezydenta RP

15/05/2026

Szczyt pekiński 2026: strategiczna stabilność czy kapitulacja hegemona? Nowy paradygmat G2 w cieniu kryzysu irańskiego

14 maja 2026 roku doszło do spotkania liderów Stanów Zjednoczonych i Chińskiej Republiki Ludowej, które z perspektywy ładu międzynarodowego można uznać za jedno z najważniejszych wydarzeń roku. Choć szczyt był planowany od dawna, obecny kontekst konfliktu z Iranem, przyspieszonego rozwoju sztucznej inteligencji oraz postępującej erozji Pax Americana nadał mu szczególną wagę. W tym sensie spotkanie w Pekinie można traktować jako kolejny etap redefinicji amerykańskiej hegemonii. Kwestia nowych technologii i bezpieczeństwa łańcuchów dostaw wydaje się dziś dla Waszyngtonu sprawą pierwszoplanową, o czym świadczy również skład amerykańskiej delegacji, w której znaleźli się Elon Musk i Jensen Huang.

Konflikt z Iranem, rozpoczęty 28 lutego bieżącego roku, ujawnił słabości zarówno Stanów Zjednoczonych, jak i Chin. W przypadku USA widoczna stała się ograniczona skuteczność wojskowa w starciu z państwem aspirującym do roli lidera regionu. Równie wyraźne okazały się trudności na płaszczyźnie dyplomatycznej: brak trwałego rozejmu, problemy z wypracowaniem spójnej agendy wobec wojny z Izraelem oraz niezdolność do skutecznego przywrócenia pełnej drożności Cieśniny Ormuz. Słabości amerykańskie są jednak stosunkowo łatwe do uchwycenia. Znacznie mniej oczywista, lecz nie mniej istotna, pozostaje słabość chińska.

Chińska Republika Ludowa – jako główny pretendent do globalnego przywództwa – nie podjęła działań, które mogłyby realnie powstrzymać lub choćby zrównoważyć amerykańską operację przeciwko Iranowi. Jeżeli Pekin rzeczywiście zamierza aspirować do roli światowego hegemona, będzie musiał wykazać się znacznie większą aktywnością w sferze polityki zagranicznej, zwłaszcza w wymiarze strategiczno-wojskowym. Uwydatnia się tu schemat opisywany przez Nialla Fergusona i Zoltana Pozsara, który wskazuje, że Chiny nie dysponują jeszcze zdolnością do skutecznego wsparcia partnera ani militarnie, ani dyplomatycznie, ponieważ mierzą się z problemem nazywanym "imperial overstretch", czyli nadmiernego rozciągnięcia własnych ambicji i zobowiązań. Podobny kierunek interpretacji proponuje Hal Brands, traktując konflikt irański jako ilustrację ograniczonego przygotowania chińskiej floty dalekomorskiej, niezbędnej dla projekcji globalnej siły.

Skutkiem wciąż trwającego kryzysu pozostają rekordowo wysokie ceny ropy, które uderzają w każdą gospodarkę świata. To właśnie tu widać ścisły związek między bezpieczeństwem energetycznym, a stabilnością łańcuchów dostaw, tak istotny dla obu największych mocarstw. Dzisiejsze spotkanie w Pekinie musiało więc w znacznym stopniu koncentrować się na cenach ropy i próbach wygaszenia napięć na Bliskim Wschodzie. Jednocześnie, sądząc po składzie delegacji, dla strony amerykańskiej równie ważne były chińskie surowce i półprzewodniki, bez których dalsza ekspansja rewolucji AI w Stanach Zjednoczonych mogłaby wyraźnie wyhamować.

W tym kontekście szczególnie widoczne staje się zjawisko symbiotycznej rywalizacji. Chiny potrzebują obecności i aktywności amerykańskich gigantów technologicznych na swoim terytorium, aby nie przegrać wyścigu technologicznego. Dla Stanów Zjednoczonych sytuacja wygląda podobnie: ich korporacje i sektor nowych technologii pozostają w dużej mierze uzależnione od chińskich surowców i elementów łańcuchów produkcyjnych. Obie strony sygnalizowały również zbieżność interesów w kwestii utrzymania drożności Cieśniny Ormuz. Taka postawa może być odczytywana jako ograniczona deklaracja współpracy, a zarazem próba stabilizacji rynku energii. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na szczególną pozycję Big Techów, których znaczenie coraz częściej przypomina rolę aktorów quasi-państwowych. Obecność czołowych CEO przy tak istotnym spotkaniu może być symptomem głębszej zmiany: przesuwania się środka ciężkości Zachodu w stronę układu, w którym wielkie korporacje technologiczne współkształtują strategiczne decyzje państw.

Kwestia Tajwanu została podczas spotkania potraktowana w sposób wyjątkowo otwarty. Donald Trump zasugerował odejście od bardziej tradycyjnego podejścia do wyspy, nadając tej sprawie wyraźnie bardziej transakcyjny ton. Xi Jinping jasno dał do zrozumienia, że Tajwan pozostaje rdzeniem chińskich interesów, a dalsze amerykańskie zbrojenie wyspy będzie przez Pekin interpretowane jako poważna eskalacja. Strona amerykańska wysłała zarazem sygnały gotowości do bardziej elastycznego i transakcyjnego podejścia wobec kwestii uzbrojenia Tajwanu, co można interpretować jako próbę powiązania tego tematu z szerszym pakietem rozmów dotyczących energii, surowców i technologii. Jednocześnie obie strony wydawały się zainteresowane uniknięciem rozwoju napięcia wokół wyspy, która mogłaby zagrozić stabilności rynków oraz współpracy technologicznej.

W tym miejscu warto przywołać koncepcję pułapki Tukidydesa. Oznacza ona sytuację, w której ryzyko wojny rośnie, ponieważ dotychczasowy hegemon słabnie, a pretendent zbliża się do szczytu swojej potęgi. W obecnych warunkach przywódcy obu państw wydają się próbować neutralizować tę logikę za pomocą głębokiej współzależności technologicznej i gospodarczej. Xi Jinping odwoływał się do tej pułapki również w swojej retoryce, natomiast praktyka polityczna obu stron wskazuje raczej na chęć ograniczenia ryzyka bezpośredniej konfrontacji niż na gotowość do jej przyspieszenia.

Można więc odnieść wrażenie, że Pax Americana nie tyle definitywnie upadło, ile weszło w fazę wyraźnie przyspieszonej erozji. Polityka realizowana przez administrację Trumpa coraz mocniej opiera się na logice Realpolitik i transakcyjności. Obie potęgi mogą być po tym spotkaniu umiarkowanie usatysfakcjonowane, ale jednym z głównych przegranych pozostaje Tajwan. Warto przy tym zauważyć, że o ile transakcyjność Trumpa może krótkoterminowo stabilizować rynki, o tyle jednocześnie osłabia wiarygodność amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa na innych scenach, w tym także na wschodniej flance NATO. Państwa sojusznicze stają dziś przed coraz bardziej brutalnym pytaniem: czy w świecie zdominowanym przez bilans zysków i strat ich suwerenność nie stanie się kolejną walutą w wielkim targu o surowce, technologie i moce obliczeniowe?

Szczyt pekiński z maja 2026 roku nie przyniósł jeszcze formalnego ustanowienia nowego ładu międzynarodowego, ale pokazał bardzo wyraźnie kierunek zmian. Coraz mniej miejsca pozostaje w nim dla uniwersalistycznych deklaracji, a coraz więcej dla chłodnej kalkulacji interesów. Jeśli ten trend się utrzyma, światowy porządek będzie w coraz mniejszym stopniu opierał się na normach prawa międzynarodowego, a w coraz większym — na technologiczno-surowcowej współzależności dwóch największych graczy.

Autor: Franek Smeja
Korekta: Magdalena Kapała
Grafika: Helena Wirkus
Zdjęcie: NDTV World

11/05/2026

Referendum w Krakowie: jaki los czeka Aleksandra Miszalskiego?

Już 24 maja w Krakowie odbędzie się referendum w sprawie odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego oraz Rady Miasta. Aby referendum mogło się odbyć, organizatorzy musieli zebrać co najmniej 58 tysięcy podpisów w ciągu 60 dni. Głosy zaczęto zbierać pod koniec stycznia, a już w połowie lutego ogłoszono, że pod wnioskiem podpisało się ponad 100 tysięcy osób. Ostateczna decyzja została ogłoszona 7 kwietnia, gdy Komisarz Wyborczy w Krakowie oficjalnie potwierdził, że wymogi formalne zostały spełnione, i podał datę głosowania.

Za głównych organizatorów inicjatywy uważa się Jana Hoffmana, przewodniczącego Rady Dzielnicy I Stare Miasto, który od początku kadencji Miszalskiego jest jego zdecydowanym krytykiem, oraz stowarzyszenie Kraków dla Mieszkańców, którego lider, Łukasz Gibała (przeciwnik Miszalskiego z drugiej tury wyborów w 2024 roku), pomimo publicznego zaprzeczania zaangażowaniu nadal bywa wskazywany jako jeden z inicjatorów całego przedsięwzięcia. Gibała potwierdził również, że stowarzyszenie opłaciło ankieterów zbierających podpisy pod wnioskiem o referendum.

Jakie zarzuty są formułowane wobec Miszalskiego, który Krakowem rządzi dopiero dwa lata? Po pierwsze, trzeba przypomnieć, że druga tura wyborów w Krakowie rozstrzygnęła się na korzyść obecnego prezydenta jedynie pięcioma tysiącami głosów. To oznacza, że już w dniu wyborów kandydat Koalicji Obywatelskiej cieszył się poparciem jedynie połowy głosujących Krakowian. Wśród kluczowych zarzutów merytorycznych wobec prezydenta najczęściej wskazuje się jego decyzje w sprawach transportowych. Strefa Czystego Transportu, która była jednym z większych projektów w Krakowie, jest uważana za dyskryminującą osoby niezamożne oraz mieszkańców gmin sąsiadujących z miastem, którzy z powodu braku alternatywy w postaci sprawnie działającej komunikacji podmiejskiej są zmuszeni dojeżdżać do pracy w Krakowie samochodem. Echem sprzeciwu odbiły się również rozszerzenie strefy płatnego parkowania, podnoszenie opłat parkingowych, wprowadzenie opłat w niedzielę oraz podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej.

Krytycy wskazują także na obsadzanie spółek miejskich i urzędów osobami powiązanymi politycznie z prezydentem, wyrażają sprzeciw wobec wycinki drzew mimo wcześniejszych zapowiedzi „zielonego Krakowa”, a także zwracają uwagę na rosnące zadłużenie miasta oraz brak audytów finansowych. Wśród mniej merytorycznych zarzutów można wymienić problemy wizerunkowe — część opinii publicznej uważa, że Miszalski nie traktuje funkcji prezydenta z wystarczającą powagą, a jego komunikacja, która w dużej mierze opiera się na publikowaniu materiałów w mediach społecznościowych (w tym szeroko komentowanym „tańcu na dachu”), jest nieodpowiednia dla osoby pełniącej taki urząd.

Aby referendum było wiążące, musi w nim wziąć udział 60% liczby osób, które głosowały w wyborach, w których prezydent został wybrany, czyli minimum 158 555 osób w przypadku obecnego głosowania. Miszalski zdecydował się na strategię polegającą na zachęcaniu wyborców do niebrania udziału w referendum, aby nie osiągnęło ono progu ważności. Czy Aleksandrowi Miszalskiemu uda się, podobnie jak Hannie Gronkiewicz-Waltz w Warszawie w 2013 roku, skutecznie zbojkotować referendum, czy też czeka go los Jerzego Kropiwnickiego, byłego prezydenta Łodzi, który w 2010 roku został odwołany w referendum pomimo przyjęcia tej samej strategii?

Autor: Laura Papierska
Korekta: Bartłomiej Świerlikowski
Grafika: Milena Wołowicz
Zdjęcie: Polska Agencja Prasowa

Chcesz aby twoja szkoła była na górze listy Szkoła w Warsaw?

Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.

Lokalizacja

Adres


SGH
Warsaw