16/08/2026
„Ciągle jeszcze był sierpień, upały panowały wściekłe. W naszym pokoju było gorąco i duszno jak w piekarniku (u nas, po kresowemu, mówiło się «jak w duchówce»). Wieczorem też nie robiło się lżej, rozpalony taras nad głową prażył niemiłosiernie, a stygł chyba dopiero nad ranem, gdy zaraz od nowa zaczynało się piekło upału. Gotowanie w pokoju na prymusie potęgowało jeszcze duchotę, szum prymusu i zapach jego «spalin» rozstrajały nerwy.”
ZAMIAST SZKLANEGO – STRASZNY DOM
Na początku lat trzydziestych, dwunastoletnia Katarzyna Witwicka przekonała się na własnej skórze, na czym polegał kryzys, o którym dorośli przebąkiwali od jakiegoś czasu. Gdy ojciec stracił posadę, rodzina zamieniła przestronne mieszkanie w willi w Konstancinie na pojedynczy pokój na trzecim piętrze „Domu Zbiorowego” w Warszawie. Do słodko gorzkich doświadczeń tego przełomowego okresu wracała potem wielokrotnie w twórczości prozatorskiej.
Cytowany wyżej fragment pochodzi z powieści dla młodzieży „W strasznym domu” z 1974 roku. Choć nie padają w niej nazwy ulic ani nawet dzielnicy, z opisów budynku wynika, że chodziło o dom zbiorowy na placu Inwalidów, pierwotnie hotel oficerski. Ukończony w 1924 roku, początkowo był chlubą nowego osiedla. Według ówczesnej prasy, czterokondygnacyjny gmach z tarasem mieścił sto ubikacji, wielką salę balową, jadalnię, czytelnię, bibliotekę i łazienki. Stopniowo jednak zmieniał przeznaczenie i tracił prestiż. Po kilku latach w przestrzeń upchnięto sklepy, restaurację, pocztę, salę zebrań, zarząd Mieszkaniowego Stowarzyszenia Spółdzielczego Oficerów, kino, a resztę podzielono na mieszkania rotacyjne dla oficerów.
Do jednego z nich wprowadziła się rodzina narratorki, która, podobnie jak autorka, w wyniku przebytej we wczesnym dzieciństwie choroby miała kłopoty z chodzeniem, przez co większość czasu spędzała w domu. Snując się po długich, szerokich korytarzach, przyglądała się mlecznym kulom lamp – „zakurzonym i od świętej pamięci popstrzone przez muchy” i życiu sąsiadów, naznaczonych podobnymi śladami dawnej świetności.
Nie wiem, na ile powieść ta podobała się młodzieży w latach siedemdziesiątych. Nie ma w niej wartkiej akcji ani przygód, tylko szereg perypetii dziecka „kalekiego”, „zadziornego” i „buntowniczego” oraz jej kochających, lecz mało zaradnych rodziców. Jednak dziś, dla osób zainteresowanych życiem codziennym w II Rzeczpospolitej lat trzydziestych, jest to kapitalne źródło informacji.
Katarzyna Witwicka barwnie opisała nie tylko tytułowy „Straszny dom” i jego mieszkańców, ale także świat poza jego murami: skomplikowane relacje rodzinne i społeczne, modę i obyczaje, oraz zwykłe przedmioty i sprzęty, których teraz już nikt nie używa.
Z kart jej powieści można się dowiedzieć, że najprostsze budki z gazetami przypominały plażowe kosze, w których właściciele mogli tylko siedzieć, zimą opatuleni warstwami łachów przewiązanymi w pasie sznurkiem; że woźnego w kinie można było przekupić kilkoma papierosami, by wpuścił „bokiem” dzieci na pokaz; że miniaturka wedlowskiej czekolady „Jedyna” kosztowała tyle, co dwie kajzerki; że chodniki w międzywojennym Pińsku były z drewnianych desek, „rozchwierutanych” i „wygniłych przy gwoździach”, po których stąpało się „jak po klawiszach”; a także, że gdy kobieta chodziła bez pończoch, nawet po domu, uważano to „za coś absolutnie nieprzyzwoitego”, jakby chodziła zupełnie naga.
Mimo kłopotów finansowych, państwo Witwiccy starali się zapewnić niepełnosprawnej córce jak najlepsze wykształcenie. Dzięki temu jako dorosła mogła utrzymywać się z tłumaczenia literatury z rosyjskiego i francuskiego. Oprócz pracy translatorskiej i literackiej zajmowała się też kolekcjonowaniem przedwojennych pocztówek o tematyce kresowej, a w latach osiemdziesiątych kolportażem wydawnictw drugiego obiegu. Już po jej śmierci w 2003 roku ukazała się bogato ilustrowana monografia „Polesie: kadry pamięci”, którą opracowała z okazji 900-lecia Pińska.
MAGIA ILUSTRACJI
Równie ciekawą postacią jest autorka okładki i ilustracji do „Strasznego domu”, Teresa Wilbik, o pokolenie młodsza od Katarzyny Witwickiej. Książki, głównie dla dzieci i młodzieży, zaczęła ilustrować w połowie lat sześćdziesiątych, jeszcze przed ukończeniem studiów na warszawskiej ASP. Choć początkowo wybrała malarstwo, po dwóch latach – ze względów ekonomicznych – przeniosła się na grafikę. Zajęcie faktycznie okazało się intratne. Jak wspominała w rozmowie z Barbarą Gawryluk, autorką książki „Ilustratorki, ilustratorzy” (2019), jej brat, inżynier, był oburzony, że ona „dostaje tyle forsy za obrazki”, podczas gdy on „zasuwa codziennie od siódmej rano”.
Oczywiście „forsa” nie była tylko za „obrazki” tylko za wygląd całej książki, od czcionki i marginesów, po okładkę i ilustracje w środku. Takie zlecenia dostawała średnio dwa w roku.
„Bardzo się zawsze przykładałam, najpierw dokładnie czytałam tekst. Jak trafiły się jakieś egzotyczne postaci, to szukała fotografii, podpatrywałam, jak wyglądają, przy tych tekstach też sprawdzałam kolorystykę, żeby oddać atmosferę miejsca”. Niestety czasem słaba jakość farb i papieru oraz brak umiejętności drukarzy przekreślały starania artystki.
Mimo wszystko praca dawała jej ogromną satysfakcję „Dostawałam zwykle dobre teksty, Chotomskiej, Porazińskiej, Buczkówny, Papuzińskiej, Kulmowej. Lubiłam ilustrować wiersze, chociaż to było trudniejsze, bo wiersz to przecież synteza i tego skrótu też należało szukać w ilustracji.” Łącznie zilustrowała przeszło 60 tytułów, za które otrzymała liczne wyróżnienia i nagrody, w tym medal Polskiej Sekcji IBBY (International Board on Books for Young People) za całokształt pracy artystycznej w dziedzinie ilustracji dla dzieci i nagrodę ZAIKSu za całokształt twórczości dla dzieci. Jeden rzut oka na okładkę „Strasznego domu” potwierdza chyba słuszność decyzji jurorów.