Archiwum Kobiet

Archiwum Kobiet

Udostępnij

Część najciekawszych znalezisk zostanie w ramach projektu umieszczona w formie skanów w bazie, stając się zaczątkiem digitalnego archiwum kobiet.

Projekt „Archiwum kobiet: Piszące”, realizowany przy Instytucie Badań Literackich PAN, zakłada stworzenie bazy danych oraz zainicjowanie digitalnego archiwum niewydanych rękopisów kobiet mieszkających na obszarze historycznej Polski od XVI wieku do współczesności. Baza danych obejmować będzie rękopisy odnajdywane w trakcie kwerend w poszczególnych archiwach na terenie współczesnej Polski i krajów

22/05/2026

Pewnej niedzieli, w pełnym słońcu,
zmęczona kilkugodzinnym polerowaniem
mojego Rolls-Royce’a w różowym portugalskim marmurze,
usiadłam w zamyśleniu, żując machinalnie moją gumę do żucia.

Wyciągając z mych ust przedziwne formy
zdałam sobie nagle sprawę z niezwykłej kolekcji
rzeźb abstrakcyjnych, które przechodzą mi przez zęby.

Wystarczy sfotografować i powiększyć moje przeżute
odkrycia, aby stanąć przed faktem rzeźbiarskiej kreacji.

Żujcie dobrze, rozglądajcie się dookoła was.
Twórczość mieści się między marzeniem i codziennością.

Poetycką historię pomysłu Aliny Szapocznikow, z którego w 1971 roku wyłonił się projekt „Fotorzeźby”, można traktować jako uniwersalną zachętę do ćwiczenia zdolności świeżego patrzenia na zwyczajne przedmioty i nieszlachetne materiały.

„Najważniejsze - to podsycać w sobie stale i czymkolwiek apetyt na życie. I umieć to sobie zorganizować planowo.” – pisała dwa lata wcześniej Urszula Kozioł.

Na początku lat 70-tych Alina Szapocznikow wiedziała już, że jej czas i możliwości są ograniczone. Świadomość ta była prawdopodobnie katalizatorem pewnych brawurowych koncepcji, znacznie odbiegających od dotychczasowej twórczości. Na przykład „Operacji Wezuwiusz” – ślizgawki w kraterze wulkanu. Wizja oryginalna, ale nie jedyna tego pokroju. W tym samym czasie członkowie czechosłowackiej grupy artystyczno-architektonicznej VAL pracowali nad projektem „Heliopolis” – olimpijskiego miasteczka w formie złotego pierścienia na szczytach Tatr. Oba pomysły wykonalne pod względem technicznym, ale tylko przy wsparciu ekscentrycznych miliarderów.

Alina Szapocznikow skupiła się więc na projekcie, który dawał jakąś szansę realizacji: Rolls-Roysie z różowego marmuru, dwa razy większym od prawdziwego pojazdu. Aby zwabić potencjonalnego mecenasa, trzeba było wykonać mały prototyp.

Skutek uboczny tej pracy okazał się znacznie ciekawszy niż powielenie znajomej bryły w marmurze. „Fotorzeźby” to seria czarno-białych zdjęć przeżutych i rozciągniętych gum do żucia wyeksponowanych na różnych płaszczyznach.

Dziwaczne formy przycupnięte na stopniach, zwisające z półek lub skulone na ziarnistym podłożu mają niewiele wspólnego z lepkim symbolem młodzieżowej nonszalancji i bezkarnej konsumpcji. Blade wyżujki w aranżacji Szapocznikow nasuwają niepokojące, czasem wręcz makabryczne skojarzenia z obdartą skórą czy tuszą na rzeźnickim haku. Złowrogi nastrój potęgują ustawienia aparatu i perspektywy zastosowane przez autora fotografii - Romana Cieślewicza, partnera rzeźbiarki.

Zdjęcia małego marmurowego Rolls-Royce’a (na wersję XXL zabrakło sponsora) oraz rękopisu tekstu „Pewnej niedzieli…” można zobaczyć na stronie archiwum MSN. Cyfrowe reprodukcje „Fotorzeźb” krążą po internecie i od razu wyskakują w wyszukiwarce. Żeby jednak poznać szerszy kontekst ich powstania, warto zajrzeć do tekstu Dagmary Budzbon-Szymańskiej „Alina Szapocznikow i Roman Cieślewicz: Fotorzeźby”, który ukazał się na początku roku w „Kwartalniku Rzeźby” (wyd. Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku). Polecamy.

18/05/2026

Już za chwilę na antenie radiowej Trójki będzie można usłyszeć rozmowę Anny Kowalczyk z Krzysztofem Andruczykiem na temat jego książki "Historia Makryny Mieczysławskiej. W kręgu literackiej recepcji mitu (XIX-XXI wiek)", która w ubiegłym roku ukazała się w serii Lupa Obscura. Godzina 10.30, audycja "Brakująca połowa dziejów". Zapraszamy do wysłuchania audycji!
https://www.facebook.com/share/r/1BH7ECwe42/?mibextid=wwXIfr

17/05/2026

Z okazji minionej Nocy Muzeów – mniej znany epizod z początków działalności Marii Gutry, bibliotekarki, twórczyni Muzeum Książki Dziecięcej przy Bibliotece Publicznej m.st. Warszawy, który wspominała przeszło pół wieku później w rozmowie z dwutygodnikiem „Społem” (1979, nr 10).

„Książkami interesowałam się od najmłodszych lat. Miałam jak na owe czasy dosyć pokaźną biblioteczkę i wpadłam na pomysł, aby nie tylko mnie służyła, ale także innym dzieciom. Otworzyłam wypożyczalnię, do której dużo książek już nie wróciło! Nigdy tego nie żałowałam.

Uznałam, że bibliotekarstwo to moja pasja, chciałam, aby to był mój zawód. Mając wybraną drogę życia wstąpiłam na 2-letnie Studium Pracy Społeczno-Oświatowej związane z Wolną Wszechnicą Polską. Przyjęcie na to Studium nie było uwarunkowane skończeniem szkół, lecz stażem w pracy społecznej. (…)

Zaproponowano mi, czy nie miałabym ochoty na uporządkowanie społemowskiej biblioteki fachowej. Był to rok 1926. Pamiętam, przyszłam do gmachu przy ul. Grażyny 13 i Jaś wprowadził mnie do pokoju, gdzie stały dwie przepaściste szafy z książkami.

Doprowadziłam tę bibliotekę do porządku. Była to taka techniczna praca biblioteczna. Potem Faustyn Czerwijowski sprawdził i uznał moją pracę, jako zdany egzamin z bibliotekarstwa. Po skończeniu studium w 1927 roku zaczęłam pracować w Bibliotece Publicznej w Warszawie, a dyrektorem jej był właśnie Faustyn Czerwijowski.”

Artykuł „Dzieciom radość przynosić” ukazał się w numerze poprzedzającym Dzień Dziecka. Przypominał historię powstania Orderu Uśmiechu i przedstawiał sylwetki dwóch osób uhonorowanych odznaczeniem, które w swoim życiu zetknęły się z ruchem spożywców.

Co ciekawe, opisanym kawalerem orderu był… porucznik MO Mirosław Bzdyra, faworyt najmłodszych mieszkańców Grochowa i Saskiej Kępy, który po godzinach poświęcał się organizacji zajęć dla młodzieży, budowaniu placów zabaw i pisaniu książek dla dzieci.

Wracając do Marii Gutry (1899-1988) - nie sposób tu wymienić wszystkich jej zasług dla popularyzacji czytelnictwa wśród najmłodszych. Przez kilkadziesiąt lat systematycznie pracowała nad ułatwieniem dzieciom kontaktu z rozwijającym i inspirującym słowem pisanym, wydanym w estetyczny sposób. Zakładała i pomagała w organizacji nowych bibliotek, zajmowała się badaniem poczytności książek dziecięcych, stworzyła system szkolenia i doskonalenia zawodowego bibliotekarzy, przyczyniła się do opracowania regulaminów i pomocy metodycznych dla bibliotek dziecięcych oraz do wprowadzenia do nich nowych form pracy jak np. wolny dostęp do półek.

Co znamienne, zmiana ustroju nie przekreśliła jej przedwojennych dokonań i mogła powrócić do dotychczasowej działalności na podobnych zasadach. „Udało Jej się zrealizowanie dawnych zamysłów i idei, przeniesienie form działania, jakie zaczerpnęła od swoich mistrzów i ceniła, w czas nowy, tak nieprzychylny dla tradycji, dla tamtych w dwudziestoleciu cenionych wartości” – podsumowała po latach Halina Skrobiszewska, krytyczka i badaczka literatury dla dzieci i młodzieży, a także kierowniczka Muzeum Książki Dziecięcej („Pani Maria Gutry - Ktoś, komu się udało”, „Przegląd Biblioteczny”, 1989, nr 4).

Ta sama autorka wspominała niezwykłą atmosferę seminariów poświęconych literaturze dla dzieci prowadzone przez Marię Gutry w latach sześćdziesiątych.
„Pamiętam dobrze swoje kolejne zadziwienia: poziomem wymagań i klimatem pensji żeńskiej, przy tym Pani Marii przypadła rola dyskretnej przełożonej, dbałej nie tylko o merytoryczny przebieg seminarium, ale i o formy towarzyskie, które z wielkim taktem korygowała. W chwilach wolnych od zajęć uczestniczki chodziły z Nią grupkami i pojedynczo po jarocińskim parku; po okolicznych polach, odbywały się jakieś intymne rozmowy nocne, popołudniowe herbatki. (…)

O pobyt na seminarium w Jarocinie trzeba było się ubiegać poprzez napisanie i złożenie konkursowej pracy. Jednakowy temat był zadawany dwóm bibliotekarkom w wybranym województwie czy powiecie. Lepsza praca stanowiła bilet wstępu do Jarocina! (…) W czasach, gdy wszystkie szkolenia i kursokonferencje były przekleństwem ludzi dorosłych dezorganizując im życie rodzinne, w tym przypadku – była to nagroda.”

Takich właśnie mentorek i seminariów życzymy wszystkim czytającym.

Theater Play MODELKI, Anna Nasiłowska 16/05/2026

Pogoda nienajlepsza, więc po Nocy Muzeów proponujemy posłuchać: "Modelki" - czytanie performatywne sztuki Anny Nasilowskiej, członkini naszego zespołu. Zapraszamy, polecamy!

Theater Play MODELKI, Anna Nasiłowska Video kronika literacka. Oddział Warszawski Stowarzyszenia Pisarzy ...

15/05/2026

Dziś na nowych osiedlach nie ma plakatów, ale tam w sumie nie ma nic, oprócz Żabek i paczkomatów, a poza tym do części z nich nikt poza mieszkańcami nie ma dostępu. Na ulicach i przystankach zdarzają się czasem całkiem ciekawe, sęk w tym, że większość przechodniów ich nie zauważa, bo wpatrzeni są w ekrany telefonów. Być może tradycyjne dwuwymiarowe plansze należałoby wzbogacić o funkcję wysyłania do znajdujących się w okolicy urządzeń elektronicznych powiadomień w stylu „za pięć metrów spójrz w prawo”.

Tego akurat nie przewidziała autorka tekstu „Cisza na płocie”, który ukazał się w magazynie studenckim „itd” w 1985 roku (nr 7), razem ze zdjęciami ulicznymi Krzysztofa Wojciewskiego, które zdają się przeczyć tytułowi artykułu.
Marcie Sztokfisz nie chodziło jednak o całkowitą ciszę, tylko o brak treści odzwierciedlających nastroje społeczne. Zwróciła uwagę na oderwanie plakatu od codziennej rzeczywistości zwykłych obywateli, które postępowało mniej więcej od połowy lat siedemdziesiątych.

„Trzeba by więc założyć, że nie mamy już grafików, którzy chcą się wypowiadać na temat spraw znaczących i nie ma też takich, których łączyłoby coś z wrażliwością nie tyle estetyczną co egzystencjalną współrodaków. Ale jak tu dobrze wie malejąca, lecz pełna wigoru grupa entuzjastów, bynajmniej nie jest tak do końca.

Jeśli więc na ostatnim, wrześniowym biennale, zabrakło prac mówiących o społecznych zainteresowaniach twórców plakatów, to wnioskować można, że albo wolą oni uciekać w estetyzm i metafizykę, albo też stosują wygodną autocenzurę uwalniającą ich od ryzyka umieszczenia plakatu a ścianach własnego pokoju.”

„Wrześniowe biennale” - czyli IX/X Międzynarodowe Biennale Plakatu w Warszawie w 1984 roku - było wydarzeniem szczególnym, pokazano na nim bowiem również prace nadesłane dwa lata wcześniej, na przegląd, który nie doszedł do skutku z powodu stanu wojennego.

„Rekordowa ilość nadesłanych prac, obecność wszystkich ważnych ośrodków plakatu w świecie i większości wybitnych twórców dobitnie świadczy, że (…) warszawskie Biennale nie straciło nic ze swej roli i jest nadal znaczące dla autorów plakatów.” – zapewniał we wstępie do katalogu Zdzisław Schubert. Przyznał jednak, że tematyka społeczna „uległa osłabieniu”. Organizowane kilkukrotnie konkursy na aktualny w danej chwili problem społeczny nie przyniosły „w pełni zadowalających rezultatów”, w związku z czym w 1984 roku „zostały zaniechane”.

W ramach ciekawostki – kwestia, o której nie wspomniała ani redaktorka, ani historyk sztuki. W wykazie autorów IX/X Biennale, na 491 twórców, figuruje 77 artystów z Polski, w tym 9 kobiet. Cztery z nich nadesłały prace wykonane wspólnie z mężami. Biorąc pod uwagę liczbę utalentowanych i docenianych polskich graficzek drugiej połowy XX wieku - to naprawdę niewiele.

Przyczynom tego stanu rzeczy przyjrzała się Katarzyna Kulpińska w tekście „Plakacistki PRL-u – artystki (niemal) zapomniane” (2022), oraz - pośrednio – Alicja Kobza w wydanej niedawne książce „Graficzki”.

W obu opracowaniach pojawia się postać Bożeny Jankowskiej, która w 1976 roku na łamach „Zwierciadła” złożyła deklarację wskazującą, że pozostanie w gronie twórców zaangażowanych:

„Plakat to mój sposób kontaktu ze światem i myślenia o czymś. Jeżeli podejmuję takie tematy jak: wstrzymanie wyścigu zbrojeń, walka z niszczącym psychikę hałasem, ochrona Bałtyku, robię to dlatego, że mnie te sprawy głęboko obchodzą. Oczywiście, robię też plakaty inne – najczęściej teatralne, imprezowe. Ale najważniejsze są dla mnie tamte, gdyż czuję, że mówię nimi coś od siebie, wprost, że w nich lokuję najważniejsze emocje i przemyślenia. Mam też uczucie, że za ich pośrednictwem kontaktuję się ze swymi kolegami z innych ośrodków i wspólnie piszemy jakąś prawdę o życiu.”

Stworzony nieco wcześniej plakat „Habitat”, najprawdopodobniej najsłynniejszy w jej dorobku, przedstawia szary labirynt. Przygotowany na konkurs towarzyszący VI Międzynarodowemu Biennale, interpretowany bywa, jak to ujęła Alicja Kobza, jako „metafora dusznej, beznadziejnej rzeczywistości PRL-u”. Równie przejmujący jest oszczędny „Nie naruszaj środowiska naturalnego” z 1981 roku – przywodzący na myśl akwarelowe studium na pożółkłym papierze, z trzema nakrapianymi jajkami w gnieździe o kształcie, który w sposób nienachalny przypomina serce.

Gdy redaktorka „Zwierciadła” zapytała Bożenę Jankowską, dlaczego tak niewiele kobiet w Polsce uprawia plakat, wysunęła hipotezę, że „Kobiety nie lubią, jak sądzę, w twórczości skrępowania i z tego względu preferują ilustrację książkową”.

Nie brzmi to zbyt przekonująco, ale trudno na poczekaniu wysnuć błyskotliwą teorię na złożony temat. Na pewno jest to część odpowiedzi. Na drugim biegunie były kwestie bardziej przyziemne.

W 1978 roku Ewa Chodkiewicz-Świdrowa, laureatka Grand Prix Plakatu, opowiadała w „Rozmowach przy herbacie” „Echa Krakowa” o swoich marzeniach. „Bardzo prozaiczne: dostanie pracowni. Na razie mieszkam w jednym pokoju z mężem i matką i nie mam gdzie rozmieszać farby, a co dopiero mówić o wykonywaniu zdjęć (podstawy moich plakatów)”.

12/05/2026

Na deszczowy dzień - kolorowa okładka książki wydanej w 1986 roku, projektu zmarłej kilka dni temu graficzki Marii Ihnatowicz.

11/05/2026

Zdjęcie wzięłam, razem z szarą kasetą marki ZWCh „Stilon” Chorzów (typ C-120, z pomarańczową naklejką, na przełomie lat 70-tych i 80-tych najdroższy i najtrudniej dostępny) podpisaną odręcznie „Pieśni robotnicze – 1980 r.”, której jeszcze nie miałam jak przesłuchać.

Portret nieznajomej nastolatki miał w sobie coś ujmującego. Chyba po prostu świeżość i naturalność, jakąś niewinną ciekawość i ufność w spojrzeniu, które kontrastowały ze smutnym końcem, który spotkał fotografię. Nie chodzi o sam fakt pozbycia się zdjęcia – można sobie wyobrazić tysiąc i jeden powodów, dla których komuś nagle przestało być miłe – tylko o sposób, sugerujący całkowitą obojętność. Nie zadano sobie trudu, by je choćby porwać.

Trochę liczyłam na to, że wyjąwszy je z ramki, znajdę na odwrocie jakieś imię, datę, a może nawet dedykację czy nazwę zakładu fotograficznego. Nic takiego jednak nie było, choć rodzaj papieru – zdecydowanie fotograficzny - raczej wykluczał ewentualność, że to fotos jakiejś młodej gwiazdy z czasopisma czy innego drukowanego źródła. Jedyne czego się dowiedziałam, to że ramka musiała dość długo leżeć w dość wilgotnych warunkach, zapewne w piwnicy albo na balkonie, bo zdjęcie nosiło ślady zalania.

Na wszelki wypadek sprawdziłam, co na ten temat sądzi sztuczna inteligencja. Nie dość, że nie znalazła identycznego obrazu, to jeszcze próbowała mi wmówić, że zdjęcie najprawdopodobniej przedstawia młodą Annę Dymną, mimo że układ nosa i ust zupełnie się nie zgadzał.

Nieznajoma ze śmietnika trafiła więc na stos książek i papierów oczekujących na swój czas. Na kilka dni zniknęła mi z oczu.
Złapałam się jednak na tym, że gdzieś po drodze podświadomie przykleiłam jej etykietkę Mony Lizy lat siedemdziesiątych. Co na zdrowy rozsądek wydawało się równie mało adekwatne, jak podpowiedź sztucznej inteligencji – w moim skojarzeniu wizualnie zgadzał się tylko przedziałek i częściowo wyskubane brwi. Giocondowatość którą przypisywałam fotografii wynikała chyba z ogólnej aury zagadkowości i wieloznaczności.

Historię recepcji i interpretacji najsłynniejszego obrazu świata prześledziła już dobrych kilka lat temu Maria Poprzęcka. Dziełu mistrza Leonarda i jego pastiszom poświęciła osobny rozdział książki „O złej sztuce” z 1998 roku. W tym skrupulatnym opracowaniu reprodukcje inspirowanych Giocondą obrazów i pocztówek należy traktować jako zło konieczne - prawdziwie fascynujące są tu cytaty. Widać z nich, jak na przestrzeni wieków rozmaici autorzy wykorzystali całą gamę nierzadko skrajnych epitetów by oddać walory płótna oraz czar urody, spojrzenia, a przede wszystkim charakterystycznego uśmiechu modelki.

Uśmiech ten był raz uroczy, wręcz boski, raz pełen dowcipu, kpiący; oczy raz dziwne, raz złośliwe; uczesanie jednym przypominało figlarną bachantkę, innym mądrą wdowę.

Zupełnie tak, jakby krytyków, kronikarzy i poetów postawiono nie przed skończonym malowidłem, a czystą tablicą, na którą kazano im przelać wszystkie swoje wyobrażenia o kobiecie idealnej i/lub kobiecie fatalnej, w zależności od epoki czy nastroju.

Prawdopodobnie, gdyby tym samym autorom pokazano malarską wersję zdjęcia nieznajomej ze śmietnika doszukaliby się w niej tęsknoty, melancholii, rozgoryczenia, a może i lubieżności. Sama też już nie wiem, co widzę w jej oczach. Ani co dalej zrobić ze zdjęciem.

Jedno jest pewne – teksty Marii Poprzęckiej „O złej sztuce” stanowią solidny i inspirujący punkt odniesienia, do którego warto wracać.
a.sz.

08/05/2026

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z serii Lupa Obscura. Ewangelina Skalińska z zespołu AK rozmawia z Barbarą Michalczyk o dyrektorkach warszawskich teatrów robotniczych.
Link do podcastu: https://www.youtube.com/watch?v=mrcEGnNHY8g

07/05/2026

„Rok 1942/43, dla mnie maturalny, zastał nas na Brackiej pod nr 18 w szkole fotograficznej kryjącej poza nami ogólnokształcącą szkołę Lorenca (…). Egzaminy maturalne, odbywające się w mieszkaniu Jadwigi Zanowej, były podwójną próbą wytrzymałości nerwowej, przypadały bowiem na okres wzmożonych łapanek. Dla naszej jedenastki z liceum humanistycznego skończyły się pomyślnie.” – wspominała prawie pół wieku później Danuta Reymanowa na łamach tygodnika „Stolica” (1989, nr 8 ).

Jej artykuł, poświęcony zasługom Jadwigi Zanowej*, charyzmatycznej i niezłomnej dyrektorki XII Żeńskiego Państwowego Gimnazjum i Liceum im. Marii Skłodowskiej-Curie, opisuje też organizację tajnego nauczania podczas okupacji.

Gdy wybuchła wojna, szkoła mieściła się w budynku na ulicy Kawęczyńskiej 12 (istniejącym do dziś), dyrektorka zaś mieszkała na ulicy Mazowieckiej. Mimo bombardowań, przez cały wrzesień regularnie kursowała pieszo na drugą stronę Wisły, by chronić placówkę przed pożarem i szabrownikami.

Jednak po kapitulacji i ogłoszeniu przez okupanta likwidacji szkół wyższych i średnich, uczennice nie mogły kontynuować nauki w praskiej kamienicy. Ale już późną jesienią 1939 roku pedagodzy zaczęli prowadzić tajne komplety w prywatnych mieszkaniach. A od 1940 roku lekcje niektórych przedmiotów odbywały się w różnych placówkach pod przykrywką oficjalnych kursów przygotowawczych do szkół zawodowych.

Część dziewcząt ze szkoły im. Marii Skłodowskiej-Curie trafiła do szkoły powszechnej na Konopackiej, starsze roczniki zaś, w tym Danuta Reymanowa, bohatersko marzły w jednym z pawilonów Instytutu Weterynarii na Grochowie. „Czy mogłyśmy narzekać na nieopalanie sal, skoro nasz ukochany profesor fizyki Wiktor Ehrenfeucht, ignorując zimno, miał zajęcia bez palta?”

Podobne doświadczenia miała Łucja Łopalewska-Rozumowa z liceum im. Marii Konopnickiej, które przed wojną mieściło się w pięknej kamienicy na ulicy św. Barbary. „Uczyłyśmy się historii, smażąc marmoladę z zielonych pomidorów na zajęciach z gospodarstwa domowego w szkole na Chłodnej, a notatki z literatury polskiej kryłyśmy między narzędziami w szkole mechanicznej na Świętokrzyskiej.” – pisała w tekście „Pamięć”, opublikowanym również w „Stolicy” (1979, nr 46).

Ona także podkreślała pełną godności postawę pedagogów, która budziła respekt młodzieży. Na przykład pani Anna Ziemiec „wprowadzała ład w nasze rozpalone niezwykłością czasów umysły przy pomocy praw rządzących biologią, a także wyprowadzając fascynujące swą logiką wzory chemiczne. Dodatkowo, mimochodem, uczyła nas na własnym przykładzie owej elegancji i wytworności, które przeniosła przez całą okupację nietknięte, mając do dyspozycji przedwojenny szary kostium i nieskazitelną, choć pewnie jedyną białą bluzkę.”

Łącznie, od 1939 do 1944 roku egzamin dojrzałości zdało 156 abiturientek z Konopnickiej i 132 ze Skłodowskiej-Curie.
Łucja Łopalewska pamiętała nawet dokładnie temat matury z polskiego, którą pisała w szkole zawodowej na Jasnej, niespełna dwa miesiące przed wybuchem powstania. „Nietrudno było uzasadnić prawdę zawartą w słowach Mickiewicza, że „człowiek nie jest stworzony na łzy i uśmiechy, ale dla dobra bliźnich swoich, ludzi”.

Danuta Reymanowa, która maturę zdawała rok wcześniej, po egzaminach została wtajemniczona w konspiracyjną działalność Jadwigi Zanowej. „W roku 1943 nasza Dyrektorka zaprzysięgła mnie do organizacji Wojskowa Służba Kobiet. Po przeszkoleniu w łączności miałam swoją piątkę na bliskim Grochowie, czy też dalekiej Saskiej Kępie.”

Z kolei mąż pedagożki, Olgierd Zan, w owym czasie pełniący funkcję plenipotenta właściciela dwóch majątków nad Pilicą, zatrudnił w nich kilka maturzystek pochodzenia żydowskiego, prawdopodobnie ratując je w ten sposób przez obozem koncentracyjnym.

Okupacyjne maturzystki świadectwa otrzymały dopiero po weryfikacji przez nowe władze oświatowe, a więc z kilkuletnim opóźnieniem. Jak zauważyła Danuta Reymanowa, niektóre już wtedy miały za sobą część studiów wyższych.

Co ciekawe, ponieważ gmach ich własnej szkoły nie nadawał się do użytku, rozdanie świadectw absolwentek Konopnickiej odbyło się w budynku szkoły gospodarskiej na Obrońców, który w 1945 roku przejęło liceum im. Skłodowskiej-Curie. Przedtem jednak w sposób symboliczny nawiązano do przedwrześniowych korzeni.

„Spotkałyśmy się przed wypalonym gmachem, niedługo po wojnie Radosne powitania, podniecone okrzyki, pocałunki, śmiech i łzy zdawały się nie mieć końca. Formują się, u wylotu uliczki w Poznańską, czwórki. Formują się niezwykle sprawnie i szybko. Tak jak sprawnie funkcjonowała przez pięć lat ta dziwna szkoła. Czwórki ustawiają się rocznikami. I rusza niecodzienny pochód, prowadzony przez trzy młode kobiety, najstarsze wojenne maturzystki. Nad ich głowami powiewa na wietrze i błyszczy w słońcu biały jedwab, złocą się wyraźnie słowa «Sercem ojczystych progów strzec». Chyba nigdy nie rozumiałyśmy tak dobrze tych słów patronki naszej szkoły Marii Konopnickiej. Przystają przechodnie. Reprezentujemy młodość, która ocalała. Młodość, która będzie budowała, która już buduje ukochane swoje Miasto od nowa.”

a.sz.

* Jadwiga Zanowa swoje własne doświadczenia opisała w książce „W służbie oświaty: pamiętnik z lat 1900-1946” (wyd. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław, 1961)

03/05/2026

„Któż bowiem nie marzy, żeby choć raz w miesiącu zrobić sobie taki mały relaks na łonie natury, w lesie, nad wodą, na ocienionej krzewami polance...
Wydaje mi się, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby te nasze marzenia urzeczywistnić. Mamy przecież i my wolne soboty. Możemy zawsze jeden wolny dzień w miesiącu przeznaczyć na relaks.” – przekonywała w czerwcu 1979 roku w rubryce „Między nami kobietami” dwutygodnika „Społem” redaktorka podpisująca się tylko imieniem Alicja.

„Powiecie mi zaraz, moje miłe, że ten wolny dzień, to żaden relaks, a jeszcze cięższa harówka. Wtedy właśnie jest czas na pranie i wielkie domowe sprzątanie. Ja myślę jednak, że coraz więcej kobiet odbiega już od tego schematu spędzania wolnych dni przy domowej krzątaninie.

Ale nie wszystkie, niestety, kobiety mogą jeszcze oderwać się od stereotypu. Proponuję więc wszystkim niezdecydowanym paniom na zrobienie tego pierwszego kroku «wyrwania się» z domu. Na zieloną trawkę! W letnią porę okazja ku temu wspaniała.

Niespodziewanie oznajmijcie zdumionemu mężowi, że w wolny dzień... cała rodzina jedzie na majówkę. Zapakujcie prowiant w koszyk, ubierzcie się lekko i po sportowemu, zabierajcie dzieci i hajda w plener.”

We wstępie, który tu pominęłam, Alicja cytowała piosenkę „Wsiąść do pociągu” Maryli Rodowicz. Jednak w sukurs „niezdecydowanym paniom” tak naprawdę przyszła Wanda Chotomska, która za pośrednictwem równie lekkiego i wpadającego w ucho przeboju zachęcała dzieci do spędzania majówki za miastem.

Nie udało mi ustalić, kiedy dokładnie powstała piosenka „Na majówkę”, i czy pierwsza śpiewała ją „Gawęda”, czy „Łejery”, w każdym razie w drugiej połowie lat siedemdziesiątych podbiła serca publiczności na Festiwalu Piosenki Harcerskiej w Siedlcach, a w lipcu 1979 roku stała się jedną z ulubionych melodii kolonii wokalno-muzycznej dla dzieci pracowników „Społem” nad Bałtykiem. „Ja sam nigdy nie grałem, ani nie śpiewałem. A tu chętnie śpiewam nasze grupowe piosenki, np. «Na majówkę» albo «Leśną piosenkę»" – chwalił się jeden z uczestników na łamach czasopisma spożywców.

Było to w sierpniu, możliwe więc, że w czerwcu redaktorka nie słyszała jeszcze piosenki, albo jej przesłanie zwyczajnie nie pasowała jej do koncepcji. Pod propozycją Alicji na wolne soboty było kilka powiązanych tematycznie porad – wykrój na „Kostium dla każdej pani” („bardzo łatwy w uszyciu”), pomysł na „Fryzurę z kwiatkiem” („można spleść włosy w fantazyjny warkoczyk wokół głowy, można je spiąć w okrągły wałek w stylu «Maria Curie»; ważne, aby fryzurę upiększał kwiatek dobrany kolorem do sukienki…”) oraz podpowiedź, jak przygotować piknik. „Pamiętać należy o zebraniu nie tylko wiktuałów, ale i o zastawie stołowej i serwetkach. Nie ma nic smutniejszego, jak widok grupy jedzącej konserwy wprost z puszki i wycierającej zatłuszczone palce gazetą.”

Zakładam, że wszyscy mniej więcej kojarzą tekst „Na majówkę” Chotomskiej, jednak na wszelki wypadek przypomnę, że w piosence nie ma ani słowa o „wiktuałach” w wiklinowym koszu, barwnym obrusie czy mleku w fajansowych kolorowych kubeczkach, które sugerowała Alicja, jest tylko „wałówka” i herbata.

Wandzie Chotomskiej bynajmniej nie brakowało smaku czy stylu, jednak ani w twórczości, ani w życiu nie pozwalała sobie na przerost formy na treścią. Ilustracją do postu jest zdjęcie z biografii „Wanda Chotomska. Nie mam nic do ukrycia” Barbary Gawryluk, która zdaje się potwierdzać regułę, że autorki (i autorzy) książek dla dzieci mają wyjątkowo barwne i nie zawsze grzeczne życiorysy.

Jak przystało na figlarną damę poezji dziecięcej, Wanda Chotomska była również autorką wiersza „Mama z córką na wagary”, który w latach osiemdziesiątych doczekał się wersji muzycznej w wykonaniu „Gawędy” (płyta „Na deszcz i pogodę”, 1987). Polecamy.
a.sz.

Chcesz aby twoja szkoła była na górze listy Szkoła w Warsaw?

Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.

Lokalizacja

Kategoria

Strona Internetowa

Adres


Warsaw