Archiwum Kobiet

Archiwum Kobiet Część najciekawszych znalezisk zostanie w ramach projektu umieszczona w formie skanów w bazie, stając się zaczątkiem digitalnego archiwum kobiet.

Projekt „Archiwum kobiet: Piszące”, realizowany przy Instytucie Badań Literackich PAN, zakłada stworzenie bazy danych oraz zainicjowanie digitalnego archiwum niewydanych rękopisów kobiet mieszkających na obszarze historycznej Polski od XVI wieku do współczesności. Baza danych obejmować będzie rękopisy odnajdywane w trakcie kwerend w poszczególnych archiwach na terenie współczesnej Polski i krajów europejskich, ze szczególnym uwzględnieniem obszarów powiązanych kulturowo z Polską poprzez fakt dawniejszej łączności z jej terytoriami (Litwa, Ukraina, Białoruś, itp.). Zgromadzone w bazie rękopisy zostaną zindeksowane według kryteriów zasadniczych dla możliwości przyszłego naukowego opracowania ich zawartości, takich jak: autorstwo, miejsce i czas pochodzenia, gatunek piśmienniczy, słowa. Kobiece dzienniki, pamiętniki, korespondencja i niewydane rękopisy ich dzieł literackich, zwłaszcza sprzed drugiej połowy XIX wieku to dotąd niemal nieznany kontynent kultury polskiej i nie tylko, skrywający tajemnice tożsamości kobiet, genealogii tej tożsamości, a także tajemnice związków i aktywności kobiet innych niż uznane za jedynie znaczące dla biografii kobiecej związki małżeńskie oraz role rodzinne (żona, matka) i publiczne (patriotka, Matka Polka): związków przyjacielskich, miłosnych i zawodowych - często w nieoczekiwanych kierunkach przekraczających granice zakreślone przez pochodzenie etniczne, przynależność religijną, status społeczny oraz normy obyczajowe i moralne. Dzienniki, listy i inne dokumenty osobiste pozostające w rękopisach to nie tylko dokumenty życia umysłowego i obyczajów, ale także specyficzny, bardzo ważny i popularny, a zarazem często zapoznawany, zwłaszcza jeśli uprawiany przez kobiety, gatunek piśmienniczy poprzednich epok. Dzięki przeformułowaniu kategorii literackości tekstu i naciskowi kładzionemu we współczesnych badaniach na badanie praktyk piśmienniczych na podobnego typu zapiski można spojrzeć jako na rodzaj nieformalnej, prywatnej twórczości literackiej, nieprzeznaczonej do druku, ale funkcjonującej w pewnych obiegach czytelniczych (krąg rodziny, przyjaciół itp.). Z tego punktu widzenia piśmiennictwo kobiet - listy i dzienniki krążące pomiędzy nimi - okazują się także rodzajem drugiego obiegu kultury intelektualnej, niewchodzącym poprzez druk w sferę publiczną, ale nieprzecenionym między innymi jeśli chodzi o poznanie życia umysłowego kobiet minionych epok. Projekt realizowany jest w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki.

„Ciągle jeszcze był sierpień, upały panowały wściekłe. W naszym pokoju było gorąco i duszno jak w piekarniku (u nas, po ...
16/08/2026

„Ciągle jeszcze był sierpień, upały panowały wściekłe. W naszym pokoju było gorąco i duszno jak w piekarniku (u nas, po kresowemu, mówiło się «jak w duchówce»). Wieczorem też nie robiło się lżej, rozpalony taras nad głową prażył niemiłosiernie, a stygł chyba dopiero nad ranem, gdy zaraz od nowa zaczynało się piekło upału. Gotowanie w pokoju na prymusie potęgowało jeszcze duchotę, szum prymusu i zapach jego «spalin» rozstrajały nerwy.”

ZAMIAST SZKLANEGO – STRASZNY DOM

Na początku lat trzydziestych, dwunastoletnia Katarzyna Witwicka przekonała się na własnej skórze, na czym polegał kryzys, o którym dorośli przebąkiwali od jakiegoś czasu. Gdy ojciec stracił posadę, rodzina zamieniła przestronne mieszkanie w willi w Konstancinie na pojedynczy pokój na trzecim piętrze „Domu Zbiorowego” w Warszawie. Do słodko gorzkich doświadczeń tego przełomowego okresu wracała potem wielokrotnie w twórczości prozatorskiej.

Cytowany wyżej fragment pochodzi z powieści dla młodzieży „W strasznym domu” z 1974 roku. Choć nie padają w niej nazwy ulic ani nawet dzielnicy, z opisów budynku wynika, że chodziło o dom zbiorowy na placu Inwalidów, pierwotnie hotel oficerski. Ukończony w 1924 roku, początkowo był chlubą nowego osiedla. Według ówczesnej prasy, czterokondygnacyjny gmach z tarasem mieścił sto ubikacji, wielką salę balową, jadalnię, czytelnię, bibliotekę i łazienki. Stopniowo jednak zmieniał przeznaczenie i tracił prestiż. Po kilku latach w przestrzeń upchnięto sklepy, restaurację, pocztę, salę zebrań, zarząd Mieszkaniowego Stowarzyszenia Spółdzielczego Oficerów, kino, a resztę podzielono na mieszkania rotacyjne dla oficerów.

Do jednego z nich wprowadziła się rodzina narratorki, która, podobnie jak autorka, w wyniku przebytej we wczesnym dzieciństwie choroby miała kłopoty z chodzeniem, przez co większość czasu spędzała w domu. Snując się po długich, szerokich korytarzach, przyglądała się mlecznym kulom lamp – „zakurzonym i od świętej pamięci popstrzone przez muchy” i życiu sąsiadów, naznaczonych podobnymi śladami dawnej świetności.

Nie wiem, na ile powieść ta podobała się młodzieży w latach siedemdziesiątych. Nie ma w niej wartkiej akcji ani przygód, tylko szereg perypetii dziecka „kalekiego”, „zadziornego” i „buntowniczego” oraz jej kochających, lecz mało zaradnych rodziców. Jednak dziś, dla osób zainteresowanych życiem codziennym w II Rzeczpospolitej lat trzydziestych, jest to kapitalne źródło informacji.

Katarzyna Witwicka barwnie opisała nie tylko tytułowy „Straszny dom” i jego mieszkańców, ale także świat poza jego murami: skomplikowane relacje rodzinne i społeczne, modę i obyczaje, oraz zwykłe przedmioty i sprzęty, których teraz już nikt nie używa.

Z kart jej powieści można się dowiedzieć, że najprostsze budki z gazetami przypominały plażowe kosze, w których właściciele mogli tylko siedzieć, zimą opatuleni warstwami łachów przewiązanymi w pasie sznurkiem; że woźnego w kinie można było przekupić kilkoma papierosami, by wpuścił „bokiem” dzieci na pokaz; że miniaturka wedlowskiej czekolady „Jedyna” kosztowała tyle, co dwie kajzerki; że chodniki w międzywojennym Pińsku były z drewnianych desek, „rozchwierutanych” i „wygniłych przy gwoździach”, po których stąpało się „jak po klawiszach”; a także, że gdy kobieta chodziła bez pończoch, nawet po domu, uważano to „za coś absolutnie nieprzyzwoitego”, jakby chodziła zupełnie naga.

Mimo kłopotów finansowych, państwo Witwiccy starali się zapewnić niepełnosprawnej córce jak najlepsze wykształcenie. Dzięki temu jako dorosła mogła utrzymywać się z tłumaczenia literatury z rosyjskiego i francuskiego. Oprócz pracy translatorskiej i literackiej zajmowała się też kolekcjonowaniem przedwojennych pocztówek o tematyce kresowej, a w latach osiemdziesiątych kolportażem wydawnictw drugiego obiegu. Już po jej śmierci w 2003 roku ukazała się bogato ilustrowana monografia „Polesie: kadry pamięci”, którą opracowała z okazji 900-lecia Pińska.

MAGIA ILUSTRACJI

Równie ciekawą postacią jest autorka okładki i ilustracji do „Strasznego domu”, Teresa Wilbik, o pokolenie młodsza od Katarzyny Witwickiej. Książki, głównie dla dzieci i młodzieży, zaczęła ilustrować w połowie lat sześćdziesiątych, jeszcze przed ukończeniem studiów na warszawskiej ASP. Choć początkowo wybrała malarstwo, po dwóch latach – ze względów ekonomicznych – przeniosła się na grafikę. Zajęcie faktycznie okazało się intratne. Jak wspominała w rozmowie z Barbarą Gawryluk, autorką książki „Ilustratorki, ilustratorzy” (2019), jej brat, inżynier, był oburzony, że ona „dostaje tyle forsy za obrazki”, podczas gdy on „zasuwa codziennie od siódmej rano”.

Oczywiście „forsa” nie była tylko za „obrazki” tylko za wygląd całej książki, od czcionki i marginesów, po okładkę i ilustracje w środku. Takie zlecenia dostawała średnio dwa w roku.
„Bardzo się zawsze przykładałam, najpierw dokładnie czytałam tekst. Jak trafiły się jakieś egzotyczne postaci, to szukała fotografii, podpatrywałam, jak wyglądają, przy tych tekstach też sprawdzałam kolorystykę, żeby oddać atmosferę miejsca”. Niestety czasem słaba jakość farb i papieru oraz brak umiejętności drukarzy przekreślały starania artystki.
Mimo wszystko praca dawała jej ogromną satysfakcję „Dostawałam zwykle dobre teksty, Chotomskiej, Porazińskiej, Buczkówny, Papuzińskiej, Kulmowej. Lubiłam ilustrować wiersze, chociaż to było trudniejsze, bo wiersz to przecież synteza i tego skrótu też należało szukać w ilustracji.” Łącznie zilustrowała przeszło 60 tytułów, za które otrzymała liczne wyróżnienia i nagrody, w tym medal Polskiej Sekcji IBBY (International Board on Books for Young People) za całokształt pracy artystycznej w dziedzinie ilustracji dla dzieci i nagrodę ZAIKSu za całokształt twórczości dla dzieci. Jeden rzut oka na okładkę „Strasznego domu” potwierdza chyba słuszność decyzji jurorów.

12/08/2026
Zimny deszcz po upałach zwykle przynosi miłe orzeźwienie. Inaczej było jednak w wypadku kobiety, która pod koniec sierpn...
10/08/2026

Zimny deszcz po upałach zwykle przynosi miłe orzeźwienie. Inaczej było jednak w wypadku kobiety, która pod koniec sierpnia 1981 roku szła przez jedną z zaniedbanych wsi na Lubelszczyźnie. Na drodze przed nią wyrosła fura gnoju, którą ledwo ciągnął kary koń. Powoził zmarznięty wyrostek – syn koleżanki ze szkoły.

„Do której klasy chodzisz? - Do siódmej zdałem. I masz siłę gnój zrzucać? – Potrza, przy zrzucaniu się rozgrzeję, bo mi zimno. Jego rówieśnicy oglądali w miastach telewizję w cieple, niektórym służąca podawała obiad! Coś ściska mi gardło i odbiera głos. To nie jest pełna prawda. Sięgam po pióro (…).”

Kobietą na drodze była Marianna Bocian (1942-2003), na co dzień bibliotekarka z Wrocławia, po godzinach poetka, krytyczka literacka, redaktorka i opozycjonistka, która od 1957 roku każdy urlop i wakacje spędzała w rodzinnym Bełczącu, by pomóc przy gospodarstwie.

Spotkanie ze zmokniętym dzieciakiem było inspiracją do tekstu „Pióro i widły”, który opublikowała w dwóch kolejnych październikowych numerach tygodnika publicystycznego „Odrodzenie”, wydawanego przez NSZZ „Solidarność” w Jeleniej Górze (13 i 14/15 z 1981 r.).

Jest to oparty na osobistych doświadczeniach opis katastrofalnej sytuacji polskich rolników i miażdżąca krytyka władz, które spowodowały, że młodzi masowo uciekali do miast, a stare kobiety skarżyły się, że „teraz to jak za babek, jak za cara”.

„Czy jako poetka mam dług wobec ludzi, pośród których żyłam aż do piętnastego roku życia? Jako poetka – nie, jako człowiek – tak” – zaczęła rozważania literatka, która swój debiutancki tomik wydała pod pseudonimem utworzonym od nazwy rodzinnej wsi – Janusz Bełczęcki. Wspomnienia z dzieciństwa w czasach stalinowskich przeplata z opowieściami starszych pokoleń, aktualnymi obrazkami i szczytnymi, ale mało realnymi propozycjami rozwiązań. Wszystko razem tworzy poruszający zapis rozgoryczenia i bezsilności autorki, o wiele bardziej przystępny w odbiorze niż jej liryka. Polecamy.

Ilustracją do postu jest zdjęcie, które ukazało się w 1985 roku w tygodniku „Zarzewie” obok artykułu „W czym na żniwa?”. Redaktorka zwracała w nim uwagę, że choć na polskim rynku nie istnieją „przyzwoite i kolorowe stroje robocze” (aczkolwiek projekty takowych kurzą się w magazynach Instytutu Wzornictwa Przemysłowego), można chociaż postarać się o praktyczny i estetyczny ubiór do pracy w polu.

„Wybór wierszy Maryny Cwietajewej w interpretacji Igi Cembrzyńskiej był trzecią z kolei pozycją, z jaką wystąpił u nas w...
06/08/2026

„Wybór wierszy Maryny Cwietajewej w interpretacji Igi Cembrzyńskiej był trzecią z kolei pozycją, z jaką wystąpił u nas warszawski teatr «Stara Prochownia». Mimo dżdżystej ostatnio kanikuły, na środowym spektaklu w refektarzu Muzeum Narodowego zjawiło się zaledwie ok. 30 widzów - widać ani radziecka poetka, ani też warszawska interpretatorka jej wierszy, nie osiągnęły jeszcze wyżyn popularności” - odnotował pod koniec lipca 1973 roku „Dziennik Bałtycki”.

Co ciekawe, trzy miesiące wcześniej w stolicy trudno było zdobyć bilety na recital „Cztery dialogi z sumieniem”. Jak widać nie cała Polska była gotowa na nowatorski pomysł artystki, której towarzyszył zespół jazzowy Sesja 72, czyli Andrzej Bieżan na pianinie, Andrzej Przybielski na trąbce, Wojciech Jagiełło na perkusji i Helmut Nadolski na kontrabasie.

„Mimo gromkich braw, jakie otrzymali wykonawcy, sądzę, że półgodzinny spektakl musiał rozczarować amatorów liryki Cwietajewej, Iga Cembrzyńska uznała widać, że z tych subtelnych i spokojnych wierszy wydobyć należy dramatyzm co najmniej na miarę jesieninowską.
Obejrzeliśmy przeto zamierzony, acz nie w pełni udany, fajerwerk możliwości aktorskich Cembrzyńskiej — zaprezentowane przez nią misterium szeptów, okrzyków i jęków, śmiechu i łkania, nie zawsze miało uzasadnienie w poetyckim tekście.”

A co o „Czterech dialogach z sumieniem” sądziła sama artystka?

„Bardzo lubię ten recital. Zaczęło się od tego, że Andrzej [Kondratiuk] podrzucił mi wiersze Cwietajewej. Widział, że szukam ciekawego, poruszającego repertuaru, wypatrzył tom w antykwariacie i zrobił mi wspaniały prezent. Jej twórczość, wrażliwa, liryczna, tak mnie zachwyciła, że zapragnęłam poznać bliżej Marinę, niezwykłą autorkę.” – wspominała cztery dekady później w rozmowach z Magdaleną Adaszewską („Mój intymny świat”, 2016).

„Akurat tak się złożyło, że musiałam wyjechać do sanatorium, podleczyć serce. Miałam sporo czasu na czytanie. Zaczęłam myśleć nad pomysłem, by śpiewać jej wiersze jak pieśni (…), zrobić z tego rodzaj spowiedzi. Ta myśl mnie całkiem opętała.”

Po powrocie z kuracji zwerbowała muzyków, z którymi przygotowała program. Na próbę zaprosiła dyrektora „Starej Prochowni”, który od razu zgodził się udostępnić im scenę.

Premiera miała miejsce 27 kwietnia 1973 roku. Dzień przedtem powstało nagranie, które udało się wydać, tyle że w Londynie, dzięki wytwórni „Apollo Sound”. Stąd angielski tytuł na okładce załączonej do postu. W opisie longplayu zaznaczono, że choć słowa są polskim przekładem rosyjskiej poezji, to brzmienie i nastrój wykraczają poza granice języka.

Potwierdza to recenzja zagranicznej korespondentki magazynu „Jazz Forum”, Handi Hultin, która „Czterech dialogów z sumieniem” wysłuchała na Jazz Jamboree ’73.

„Zafascynował mnie bardzo występ grupy Sesja 72. Iga Cembrzyńska była po prostu wspaniała. Oprawa sceniczna z efektami świetlnymi miała charakter bardzo dramatyczny, podobnie jak interpretacja artystki przypominała dramat operowy tworzony przy współudziale muzyków jazzowych, którzy z dużą wyobraźnią zbudowali wspaniałe tło dla jej niezwykłej ekspresji. Nie zrozumiałam ani słowa z tego co śpiewała – po prostu starałam się wczuć w tę fantastyczną atmosferę – i odgadłam, że miało to jakiś związek ze śmiercią” – pisała zachwycona Norweżka.

Tak się składa, że na tym samym festiwalu byli obecni rodzice niżej podpisanej. Mama przyjęła recital z równym entuzjazmem, co cytowana korespondentka, natomiast na Tacie, który jest bardziej wyczulony na brzmienie niż nastrój i efekty, nie zrobił żadnego wrażenia. Ponadto pamięta, że występ, zaplanowany na koniec wieczoru, nie cieszył się specjalnym zainteresowaniem, gdyż część publiczności wyszła zanim się rozpoczął.

Inaczej zupełnie niż na wrocławskich Spotkaniach Teatrów Jednego Aktora, gdzie jeszcze tej samej jesieni przyznano Idze Cembrzyńskiej za recital nagrodę specjalną.

Niezależnie od kontrowersyjnej oprawy muzycznej, „Cztery dialogi z sumieniem” to przełomowe przedsięwzięcie zmarłej niedawno artystki - przejmujący i osobisty hołd złożony poetce - o którym warto pamiętać.

a.sz.

Z biegiem lat z okazji rocznicy powstania warszawskiego przywoływane są coraz mniej oczywiste oblicza heroicznego zrywu....
02/08/2026

Z biegiem lat z okazji rocznicy powstania warszawskiego przywoływane są coraz mniej oczywiste oblicza heroicznego zrywu. Na przykład zwraca się większą uwagę na udział kobiet, albo walki w dzielnicach, których wcześniej nie kojarzono z powstaniem, jak Praga.

„Tak, powstanie na Pradze trwało krótko, ale jakiż to był kalejdoskop życia i śmierci, emocji…” – podsumował w jednej z zeszłorocznych publikacji okolicznościowych ppłk Henryk Kokosza, pseudonim „As”, najstarszy żyjący uczestnik sierpniowych walk.

Mało brakowało, a zginąłby już w pierwszych godzinach walki, i to z rąk dowódcy własnego plutonu. Należał bowiem do grupy, która szturmowała budynek tzw. małej PAST-y, czyli centrali telefonicznej na Ząbkowskiej (obecnie na Brzeskiej). Mimo ofiar, była to jedna z niewielu udanych akcji powstańców praskich, którzy ze względu na małą liczebność i słabe uzbrojenie nie mieli właściwie szans pokonania okupantów.

W zamieszaniu po zdobyciu praskiej PAST-y, stojący na balkonie porucznik „Lot” wziął „Asa”, obwieszonego zdobyczną bronią, za wycofującego się Niemca. Przed rzuceniem granatu powstrzymała go w ostatniej chwili sanitariuszka, która rozpoznała kolegę.

Ową sanitariuszką była siedemnastoletnia Zofia Szubiakiewicz (po mężu Radwanek), która, jakby na przekór nieco złowróżbnie brzmiącemu pseudonimowi „Nieznana”, przeżyła powstanie. Podobnie jak Henryk Kokosza, przez kilkadziesiąt lat dbała o pamięć o wydarzeniach, działając w Związku Powstańców Warszawskich i uczestnicząc w spotkaniach z uczniami praskich szkół.

Na stronie archiwum historii mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego można przeczytać zapis wywiadu, którego udzieliła w 2006 roku, pięć lat przed śmiercią.

Opisała w nim między innymi historię osobliwego pseudonimu. Choć przed oficjalnym przyjęciem do podziemnej organizacji przekazano jej, by przygotowała pseudonim, nie wzięła sobie tego zbytnio do serca. Gdy podczas zaprzysiężenia ksiądz zapytał, jakie imię wybrała, nie wiedziała co odpowiedzieć. Duchowny zdecydował więc za nią. „Będziesz «Nieznana»” orzekł, i tak już zostało.

W świadectwie kombatantki nie zabrakło ciekawych szczegółów z życia codziennego jej rodziny podczas okupacji. Na przykład o skrytkach umieszczonych przez żydowskich właścicieli w mieszkaniu, do którego się wprowadzili, czy o króliku, którego długie tygodnie tuczyli na świąteczny pasztet, by ostatecznie nie mieć serca, by go zabić.

Wspominała również majówki, na które ówczesna młodzież jeździła tramwajem do Wawra. „Braliśmy podręczny patefon, kręciło się na korbkę i słuchaliśmy różnych melodii.” W pewnym sensie obraz ten jest o wiele bardziej poruszający niż niejedna dramatyczna relacja z walki.

Na zdjęciu - róża w wieńcu złożonym wczoraj pod tablicą pamiatkową na gmachu dawnej praskiej PAST-y.

„W niedzielę w południe odbyło się uroczyste otwarcie wystawy haftów makowskich, które uświetnione zostało tak licznem z...
30/07/2026

„W niedzielę w południe odbyło się uroczyste otwarcie wystawy haftów makowskich, które uświetnione zostało tak licznem zebraniem gości, że Zarząd pracowni zjednoczonych hafciarek w Makowie poczuwa się do miłego obowiązku podziękowania Szanownym panom i paniom, że raczyli obecnością swoją zaszczycić naszą skromną wystawę. (…) Za szczególne zainteresowanie się wyrobami makowskiemi […] w imieniu Zarządu pracowni zjednoczonych hafciarek makowskich składam wyrazy prawdziwej wdzięczności, prosząc o jak najsurowszą krytykę, gdyż od oceny Szanownych panów i pań zależy, czy w tym kierunku rozwijany przemysł hafciarski odpowiada wszelkim warunkom artystycznym i praktycznym, i jako taki, czy może mieć zastosowanie w przyszłości” - pisała do czytelników dziennika „Nowa Reforma” pod koniec maja 1898 roku Leona Bierkowska, lustratorka i fachowa opiekunka szkoły haftów w Makowie.

Pretekstem do przypomnienia początków podhalańskiej instytucji, która przez kilka dekad szlifowała miejscowe talenty, jest Światowy Dzień Haftu, od niedawna obchodzony 30 lipca.

Cytowaną wyżej wystawę, zorganizowaną w „Czytelni dla kobiet” w krakowskim „Domu pod Rakiem” przy Szpitalnej, chwaliła korespondentka „Bluszczu”, nazywając ją „miłą niespodzianką” dla „gromad” zwiedzających.

„Cała salka Czytelni zapełnioną i zawieszoną była najrozmaitszemi białemi i koloromi haftami, na kanwie, płótnie, suknie, batyście, a nawet jedwabiu i aksamicie; rozmaite więc torebki, woreczki, paski wyszywane, makaty i makatki, obrusy i serwety, chodniczki stołowe (tzw. Tischlaufer), serdaki, kurteczki dziecinne, ekrany nawet, kołnierze, chusteczki itp., itp., a wszystko takie jasne, wesołe, starannie, a czasem i bardzo delikatnie wykonane, że aż radość brała na myśl, jak to prędko i łatwo się przyjęło w skromnym zakątku ziemi naszej, zużytkowując ukrytą, a tak często zaniedbywaną zręczność włościan naszych.”

Wspominając gładkie przyjęcie kunsztownego rękodzieła autorka dotknęła kwestii, która dziś zapewne pociągnęłaby zarzuty o zapożyczenie, czy wręcz przywłaszczenie i narzucenie obcych tradycji. Nim do niej przejdziemy, należy zarysować kontekst.

„Haft od dawnych czasów był miejscowym przemysłem wśród góralek w Makowie. Z czasem znikł jednak jego charakterystyczny motyw góralski, bo ludność tamtejsza zarzuciła swój ubiór miejscowy, którego konieczną ozdobą był haft” – informowała gazeta „Rozwój” w grudniu 1898 roku. Makowianki chętnie wykonywały zamówienia dla pobliskich dworów i miast, tyle że według wzorów „czerpanych z bazarów i dzienników mody, które rzadko kiedy mogą zadowolić smak artystyczny.” Na dłuższą metę groziło to zupełnym zanikiem „swojskiej cechy miejscowego haftu”, co nie uszło uwagi galicyjskiej komisji krajowej do spraw przemysłowych. Aby ratować dziedzictwo kultury i otworzyć perspektywy zarobku dla ubogiej ludności, założono w podhalańskiej wsi jednoizbową szkółkę haftu.

Szczytna inicjatywa początkowo nie przyciągała wielu uczennic. Zwrot nastąpił w 1896 roku, kiedy to honorową lustratorką mianowano krakowską artystkę Leonę Bierkowską, zaś kierownictwo objęła Ewa Antoniewiczówna, absolwentka lwowskiej szkoły przemysłowej. Placówkę przekształcono w szkołę zawodową z rozszerzonym, trzyletnim programem nauki, obejmującym - oprócz hafciarstwa i rysunku - przedmioty ogólnokształcące. Co ciekawe, w 1925 roku do tychże przedmiotów zaliczano religię, język polski, historię i geografię Polski, stylistykę i rachunki przemysłowe (kolejność zgodna z objaśnieniami Ewy Antonowiczówny przesłanymi redakcji „Świata Kobiecego”).

„Dzięki umiejętności, zamiłowaniu i pełnemu taktu postępowania z uczennicami, nowa kierowniczka wpłynęła najkorzystniej na rozwój szkoły, tak, że w przeciągu kilku miesięcy liczba uczennic z siedmiu wzrosła do 45-ciu, w rysunkach zaś i robotach tak widoczny był postęp, że znaleziono na wyroby szkoły chętnych nabywców” donosił pod koniec 1898 roku „Bluszcz”.

I tu właśnie zastosowano zabieg, który współcześnie wzbudziłby kontrowersje. „Wobec tak pomyślnego rozwoju przemysłu miejscowego, nasunęła się kwestya, czyby mu nie można nadać odrębnej cechy, opartej na swojskich, staro-góralskich zabytkach. I w tym to celu, wyprawione kosztem Wydziału krajowego panie: Bierkowska i Antonowiczówna, udały się do Zakopanego, gdzie w zbiorach p. Dembowskiej znalazłszy odpowiedni materyał, powróciły z tekami pełnemi stosownych, w stylu staro-góralskim wzorów i motywów do haftu.”

„Stosowne” i „swojskie” desenie szybko zadomowiły się w Makowie, stając się jego rozpoznawalnym towarem eksportowym. Aby ułatwić hafciarkom sprzedaż wyrobów oraz uchronić je przed spekulantami (a według późniejszych insynuacji „Głos Narodu” - „wyzyskiem przedsiębiorców żydowskich”), przy szkole utworzono „Pracownię Zjednoczonych Hafciarek”. Owoce ich pracy prezentowano na pokazach w Krakowie i Lwowie, a nawet w Paryżu, gdzie na Wystawie Powszechnej w 1900 roku uhonorowano dyplomem pochwalnym dwie lniane torebki z kolorowym haftem.
Obiekty te przetrwały do dziś w kolekcji Muzeum Narodowego w Krakowie. Kilka lat temu, podczas II Międzynarodowego Akademickiego Biennale Akcesoriów Ubioru, przypomniała o nich Joanna Regina Kowalska, kustoszka kolekcji tkanin MNK. Prelegentka zwróciła uwagę, że trudno stwierdzić, do czego właściwie miały służyć, gdyż na przełomie wieków damy z rzadka nosiły torebki. Przypuszcza, że może stanowiły element wyposażenia letnich pikników. Ja podejrzewam, że właścicielki podobnych akcesoriów w ogóle nie wynosiły ich z domu, tylko przechowywały w nich robótki.
W każdym razie wydaje się, że wdzięczne te przedmioty nie wywodziły się z żadnej rodzimej tradycji ani też nie miały większego praktycznego zastosowania, w przeciwieństwie do innych makowskich wyrobów.

„Specjalnością Makowa jest haft biały, wykonywany rzeczywiście prześlicznie, tak, że bielizna osobista czy stołowa, firanki itp. to prawdziwe cacka. Nic też dziwnego — że w Makowie bywały zamawiane całe wyprawy ślubne z Warszawy i innych stron Polski” – zapewniał „Dzwon Niedzielny” w 1934 roku.

„Swojska”, choć nieco sztucznie wykreowana tradycja haftu makowskiego przetrwała II wojnę światową i PRL, częściowo za sprawą prężnie działającej Spółdzielni Rękodzieła Ludowego i Artystycznego „Makowianka”. Obecnie atrakcją makowskiego rynku jest pomnik hafciarki, która przycupnęła ze swym tamborkiem na brzegu fontanny.

Może to i dobrze, że tej współczesnej rzeźby nigdy nie ujrzy lustratorka Leona Bierkowska (1855-1925), która zdobyła staranne wykształcenie plastyczne w Krakowie i w Paryżu i, zanim trafiła do Makowa, nauczała rysunku i zdobnictwa ornamentów w Muzeum Techniczno-Przemysłowym, równolegle wystawiając swe obrazy w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych. Oprócz tego tworzyła rzeźby i figurki przedstawiające „szereg typów ludowych galicyjskich”, które, według tygodnika „Świat” (1906, nr 14), charakteryzowała nie tylko „oryginalna fizjonomia” ale i stroje „z etnograficzną ścisłością wykonane”.

Lecz niezwykły życiorys i liczne talenty Leony Bierkowskiej i jej równie zdolnej siostry Karoliny to już temat na osobny post. Póki co, polecamy odszukać zdjęcia reprodukcji ich dzieł, no i oczywiście pamiętać, by wyprawy ślubne zamawiać tylko w Makowie.

Zdjęcie załączone do postu przedstawia uczennice Szkoły Hafciarskiej w Makowie Podhalańskim podczas zajęć praktycznych w 1931 roku. Źródło: NAC.

Miasto opustoszałe –Szum odjeżdżających autzawieszony w powietrzu –Stężały upałwykuwa ciężkiekamienne stopniepo których ...
26/07/2026

Miasto opustoszałe –
Szum odjeżdżających aut
zawieszony w powietrzu –

Stężały upał
wykuwa ciężkie
kamienne stopnie
po których wstępuję –

Ściana oddycha
i poci się
Widać bladoróżowe
pęcherzyki płuc
Ubywa im tlenu –

Poza mną okno
pulsuje światłem
Skurcz na przypomnienie
Rozkurcz to bezpamięć
coraz dłuższa
wplątana w powietrze –

Przesączam się
Wyparowuję
Oddzielam
od stężałej ciszy
do której przyrosłem już
jednym ramieniem –

To wiersz „Nostalgia niedzielna” Teresy Truszkowskiej (1925-1992), który ukazał się w 1979 roku w zbiorze o tym samym tytule.

Jego autorka, doktora filologii angielskiej, jest znana przede wszystkim z przekładów poezji Sylwii Plath i Teda Hughesa. W 1976 roku wydała poczytną antologię współczesnych poetów amerykańskich „Wizjonerzy i buntownicy”. Tłumaczyła również prozę, m.in. Dylana Thomasa, Khalila Gibrana, Vladimira Nabokova i opowiadania Isaaca Bashevisa Singera.

Jej własny dorobek twórczy był równie bogaty. Od początku lat sześćdziesiątych publikowała wiersze i krótkie formy prozatorskie na łamach różnych czasopism (m.in. „Życia Literackiego”, „Literatury na świecie”, „Przekroju” i „Fantastyki”) i w osobnych tomikach.

W „Nostalgii niedzielnej” znalazł się także utwór „Rzeźbiarka”, pamięci Aliny Szapocznikow. Z kolei zbiór „Życie drzewa nocą” (1982), oprócz wierszy, zawiera kilka haiku, a także sugestywne „Deliria”, czyli szkice wizji z pograniczu snu i jawy, w których płoną pałace i ożywają czarne rękawiczki.
Polecamy.

„Droga Kaziu,Wybacz, że piszę dopiero dzisiaj. Załatwiłam formalności związane z pobytem w uzdrowisku, zwiedzałam Solice...
23/07/2026

„Droga Kaziu,
Wybacz, że piszę dopiero dzisiaj. Załatwiłam formalności związane z pobytem w uzdrowisku, zwiedzałam Solice i – co prawda – rozleniwiłam się. Poznałam tu kilku młodych wczasowiczów, wśród których jest i młody nauczyciel z Koszalina. (…) Jestem oczarowana pięknem tutejszych stron. W naszym pensjonacie nie wszystko jest przyjemnie. Wyżywienie jest dość skąpe i niezbyt smaczne. Ale najgorzej jest z myciem, bo często brak wody bieżącej w kranach i musimy prosić o podanie wody w wiadrach. (…) Odpisz mi proszę, co słychać u nas w pracy, czy kierownik pomaga Ci w zastępowaniu mnie, albo lepiej nie pisz wcale o tym – chcę oderwać się od tych spraw, żeby zupełnie wypocząć.
Ciebie całuję, a kolegów pozdrawiam.
Zofia”

W związku z sezonem urlopowym – cytujemy fragmenty przykładowego listu z wczasów z popularnego poradnika sprzed sześćdziesięciu lat.

Książka „Jak pisać listy i podania” Katarzyny Wolskiej ukazała się nakładem Ludowej Spółdzielni Wydawniczej po raz pierwszy w 1959 roku i doczekała się dwóch kolejnych wydań, w 1962 i w 1965 roku.

Zbiór zawiera 220 przykładów korespondencji prywatnej i urzędowej: od listów rodzinnych (np. list syna z wojska do rodziców, list rodziców do córki pracującej w PGR-ze, list męża do żony pisany z uzdrowiska), przez listy do kolegów i przyjaciół; rozmaite listy miłosne; zaproszenia, zawiadomienia, życzenia, kondolencje i telegramy; listy w sprawach pieniężnych; podania do władz administracyjnych, urzędów i instytucji, MO i władz wojskowych; wzory życiorysów, podania o pracę; po listy do prasy oraz pisma w sprawach sądowych, testamenty i umowy.

Jego redaktorka wykazała się nie tylko opanowaniem poprawnej i klarownej polszczyzny, ale i znajomością codziennych realiów, ogromną inwencją, empatią i zdrowym poczuciem humoru (np. podanie w sprawie zmiany nazwiska pióra Kazimierza Świnki).

„Autorka nie łudzi się, że zamieszczone tu wzory listów i podań będą całkowicie odpowiadać wymaganiom czytelników. Kierowała nią chęć przyjścia z pomocą tym wszystkim, którzy z trudnością wyrażają słowami swe myśli i uczucia” – pisała we wstępie do pierwszego wydania. „Przebywając przez dłuższy czas na wsi i pracując w redakcji pisma dla wsi, poczyniła autorka wiele obserwacji i nabyła doświadczenia, które pozwoliły jej zebrać materiały stosowne do tego zbiorku.”

Kompendium poprzedziła krótkim rozdziałem o narodzinach pisma i poczty oraz ogólnymi zasadami poprawnego pisania listów. Wśród tych najciekawsze są przykłady wyrazów i zwrotów, których należy unikać, tj. wyrażeń gwarowych (np. „witro” = jutro, albo „kizior” = pijak) i błędnych („nizinier” = inżynier, „myntryka”=metryka, „mgleć” = mdleć). Katarzyna Wolska zalecała trzymać się zdań prostych i zwięzłych, przestrzegając przed kwiecistymi piętrowcami w rodzaju: „czy nie mógł zaistnieć fakt, że list zaginął w drodze?”, „proszę dokonać zważenia” czy „wyjechał po linii skupu zboża”.

Publikację uzupełniają praktyczne ilustracje wzorów adresowania i wypełniania druków pocztowych, zaś strawy dla ducha dostarcza część trzecia – „Listy w literaturze” - czyli fragmenty korespondencji sławnych ludzi. Oprócz klasyków takich jak Mickiewicz, Orzeszkowa, Konopnicka czy Sienkiewicz, redaktorka sięgnęła również do listów Róży Luksemburg do Soni Liebknecht pisanych z wrocławskiego więzienia. W jednym z nich rewolucjonistka odnosi się do przesłanej jej relacji z wizyty w ogrodzie botanicznym, przypominając sobie własny zachwyt nad „rubinowymi kotkami świerków” i tłumaczy adresatce różnicę między kwiatami żeńskim a męskimi.

Choć jej porady i przykłady są mocno osadzone w specyficznym kontekście prowincjonalnej Polski Ludowej, redaktorka korzystała z dorobku epistolografii XIX i początku XX wieku. Układ opracowania przypomina listownik Karola Kozłowskiego „Jak pisać listy, czyli Nowy sekretarz polski, zawierający naukę o pisaniu listów, liczne wzory na listy prywatne i handlowe, na kwity, rewersa, świadectwa, plenipotencye, kontrakty, weksle, cessye itd., z dodatkiem listów znakomitych pisarzów” z 1902 roku.

W latach pięćdziesiątych o dotkliwej potrzebie wtajemniczenia w sztukę pisania listów pierwsze dowiedziały się księgarnie. W ramach wystawy z okazji dziesięciolecia Nowej Huty, Dom Książki zebrał materiały obrazujące rozwój zainteresowań czytelniczych miejscowych pionierów, z których wynikało, że w 1952 roku klienci księgarni pytali przede wszystkim o poradnik pisania listów miłosnych. Dopiero druga na liście była „Trędowata” Mniszkówny, a tuż po niej – sennik egipski*.

Kilka lat później, po ukazaniu się pierwszego wydania listownika Katarzyny Wolskiej, Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Krakowie przeprowadziła badania na zbiorami zakupionymi przez dwadzieścia placówek wiejskich w 1960 roku. Analiza ta jasno wykazała, że poradnik „Jak pisać listy i podania” był jednym z zaledwie pięciu tytułów „z zakresu literatury niebeletrystycznej”, które wypożyczono więcej niż dziesięć razy w ciągu roku. Listownik doczekał się 20 wypożyczeń, na drugim miejscu (17 wypożyczeń) plasowały się „Byłem w Lourdes” Zbigniewa Stolarka i „Mała encyklopedia zdrowia”, na trzecim (14 wypożyczeń)– „Bądź zawsze piękną” Lilo Aureden, a na czwartym „Walka nauki ze śmiercią” Paula de Kruifa (10 wypożyczeń)**.

„Jak pisać listy i podania” do dziś pozostaje pouczającą lekturą, pełną ponadczasowych zaleceń oraz „smaczków” z epoki. Polecamy.

* „Głos Nowej Huty”, 1959, nr 20
**„Bibliotekarz” 1963, nr 2

“Łąka szmaragdowa, jasna i przezroczysta, ujęta w ramy aksamitnego żywopłotu. Na łące (…) dwie dziewczynki siedzą zapatr...
19/07/2026

“Łąka szmaragdowa, jasna i przezroczysta, ujęta w ramy aksamitnego żywopłotu. Na łące (…) dwie dziewczynki siedzą zapatrzone w błękitnawą panoramę i niebo (…). Spod ich purpurowych czepeczków wymykają się pasma złotych włosów. Siedzą ciche, skromne jak w świątyni w chwili kazania księdza proboszcza. Niewinne te i proste duszyczki zdają się być pogrążone w kontemplacji natury i oderwane od złości i powszedniości charakterów ludzkich.
(…) Nagle deszcz padać zaczyna. Szukamy schronienia. Znajdujemy je po drugiej stronie żywopłotu, pod dwiema jasnymi brzozami. (…) Zanim zdołaliśmy się opamiętać, spada na nas grad kamieni, kawałków drewna, patyków.
To anielskie dziewczęta rozmodlone w świątyni natury (…), zabawiają się w ten sposób, pragnąc wypędzić nas z chwilowego schronienia rzucaniem gradu kamieni (…).

A jednak, pomimo to wszystko, w dziesięć dni później, w atelier Pawła Serusier, na zielonej jak szmaragd łące, siedzą dwie małe dziewczynki zapatrzone w niebo (…). Małe Bretonki siedzą spokojne, rozmodlone, zasłuchane w ciszę. (…) Talent malarza uwięził te dwie istoty na płótnie i własny stan duszy szlachetny, piękny, ludzkość całą kochający w spokoju najwyższym, w zwierzęce swe modele przelał.
Oto symbolizm w prawdziwym tego słowa znaczeniu.”

Powyższa przygoda przytrafiła się Gabrieli Zapolskiej jesienią 1893 roku w Bretanii. Opisała ją w jednym z listów, które podczas pobytu we Francji słała do redakcji warszawskiego „Przeglądu Tygodniowego”.

Pretekstem do przypomnienia tej korespondencji jest otwarta kilka dni temu w Podchorążówce w Łazienkach Królewskich wystawa „Nabiści. Prorocy nowej sztuki”, na której można obejrzeć dzieła m.in. wspomnianego w cytowanych fragmentach Paula Sérusiera.

Zapolska początkowo nie rozumiała awangardowych nurtów, szybko jednak zorientowała się, że wraz z rozwojem fotografii malarstwo realistyczne straciło sens.

„Hej, panowie artyści, bracia moi po duchu, obudźcie się i nie wierzcie tym, którzy mówią, że nowe prądy to chorobliwy rozkład, to wynik degeneracji, to deprawacja artyzmu! Deprawacja – to rutyna, pleśń – to zadręczenie i zabicie ducha wyrobieniem w sobie owej techniki w artyzmie, która jest fałszem, obłudą i negacją sztuki! (…) Dosyć ciemnych szmat robiących konkurencję fotografii, dajcie nam coś z siebie, ze swej duszy (…)” – apelowała znad Sekwany w lipcu 1894 roku.

Nie poprzestała na słowach. Za namową charyzmatycznego Sérusiera, z którym łączyły ją dość zażyłe stosunki – posłużył zresztą za pierwowzór francuskiego malarza z powieści „Janka” - zaczęła kolekcjonować dzieła różnych pionierów. Trafnie przewidziała, że wkrótce doceni je szersza publika. „W mojej pracowni wisi także płótno van Gogha, klejnot, który za lat kilkanaście nie będzie mieć ceny, na którym drzewa są oranżowe, liście szafirowe, ziemia czarna, a w głębi jakaś postać kobieca niknie w mgle błękitnawej” – perorowała z właściwym sobie entuzjazmem.

Po powrocie z Francji zaprezentowała swą kolekcję postimpresjonistów i nabistów na wystawie w salach lwowskiego Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych. W zbiorze Zapolskiej znalazły się dzieła m.in. Gauguina, van Gogha, Sérusiera, Pisarra, Seurata, a także Boznańskiej i Pankiewicza. W broszurze, którą sama zredagowała, nazywała po prostu „Indywidualistami”. Co ciekawe, próbowała spolszczyć słowo „pointiliste”, pisząc o „kropkarzu” Seuracie, ale rodzimy termin się jakoś nie przyjął.

Wracając do ścisłego grona nabistów – nie było w nim żadnej artystki. Wprawdzie niektóre źródła wspominają Marguerite Gabriel-Claude, uczennicę, a później żonę Sérusiera, twórczynię między innymi pięknego parawanu z japonizującym pejzażem, jednak poznała ona nabistów już po rozpadzie grupy w 1899 roku.

Na obecną wystawę w Podchorążówce załapała się natomiast Mela Muter – jako jedna z polskich twórców, którzy inspirowali się płótnami nabistów. Jednak zestawienie jej obrazu „Bretonka” z 1905 roku z dziesięć lat wcześniejszym płótnem Serusiera o tym samym tytule wyraźnie dowodzi, że w jej przypadku były to inspiracje bardzo odległe.

Drugą bohaterką pokazu jest Maria Zofia Natansonowa, czyli Misia Godebska – nazywana muzą pisma „La R***e Blanche”, które promowało nabistów. Po więcej informacji na tej fascynującej i złożonej postaci, warto sięgnąć np. po biografię „W stronę Misi Godebskiej” autorstwa Ewy K. Kossak. Rozdział przedstawiający działalność „La R***e Blanche” i jego powiązania m.in. z Sérusierem i Zapolską jest dostępny w cyfrowym archiwum „Przekroju” („Wachlarz Tadeuszowej Natansowej”, 1978, nr 1728).

Pozostałymi bohaterkami wystawy są modelki uwiecznione przez malarzy. Choć często anonimowe, stanowią grupę bardzo zróżnicowaną i barwną – dosłownie i w przenośni – której warto się przyjrzeć.

Ilustracją do postu jest obraz „Dwie Bretonki pod kwitnącą jabłonią” Paula Sérusiera z 1890 roku. Nie znalazłam reprodukcji odpowiadającego opisowi Zapolskiej z Huelgoat z 1893 roku. Obraz jest więc albo mało znany, albo zaginął, albo w ogóle istniał tylko w wyobraźni Zapolskiej, która dopisała puentę przygody, by podkreślić rozbieżność między rzeczywistością a kreacją symbolisty.

Adres

Warsaw

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Archiwum Kobiet umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Ta Szkoła

Wyślij wiadomość do Archiwum Kobiet:

Skróty

Udostępnij

Kategoria