Katarzyna Rycharska - creativitybox.pl

Katarzyna Rycharska - creativitybox.pl

Udostępnij

Coach, nauczyciel akademicki. Ponad 6 tysiący osób kupiło ćwiczenia. Jestem nauczycielem akademickim, coachem, trenerem. Dziś dzielę się doświadczeniem.

Rezygnuj z toksycznych zależności, asertywność, autentyczność, świadomość, emocje. Ćwicz rozwój.
❗Kursy, ćwiczenia, konsultacje, zdjęcia, metaforyczne kupisz tu➡️ www.creativitybox.pl Uczę zarządzania emocjami, spokojnego, świadomego życia, asertywności, komunikacji. Motywuję do rozwoju osobistego oraz mówię o świadomym biznesie. Byłam w miejscu niekochania siebie, braku wiary i w niesatysfakcjon

02/06/2026

Ktoś przekracza twoje granice i robi to w białych rękawiczkach. Powoli, subtelnie, często w sposób trudny do uchwycenia dla otoczenia. Nie ma jednej wielkiej sceny, jednego oczywistego aktu przemocy emocjonalnej. Są drobne przesunięcia. Podważenia. Ignorowanie próśb. Umniejszanie emocji. Niby niewinne komentarze, po których zostaje w ciele napięcie i poczucie, że znowu trzeba tłumaczyć własną reakcję.
W końcu nie wytrzymujesz. Wybuchasz. Mówisz za dużo, za mocno albo w sposób, który nie jest zgodny z tym, kim chcesz być. A potem pojawia się ogromny wstyd i wyrzuty sumienia, ponieważ ta reakcja jest dla ciebie obca. Czujesz, że straciłaś/eś siebie.

Bardzo często właśnie wtedy druga osoba czeka na ten moment. Patrzy na twój wybuch i mówi: „widzisz, jaka jesteś”, „to z tobą jest problem”, „przesadzasz”, „nie da się z tobą rozmawiać”. I człowiek zaczyna już nie tylko wątpić w swoją reakcję, ale też w swoje postrzeganie rzeczywistości.
To może mieć cechy gaslightingu, ale ważne jest tutaj pewne rozróżnienie, bo internet bardzo często upraszcza dziś wszystko do jednego słowa i jednej diagnozy. Odpowiedzialność w relacji nie wygląda tak, że jedna strona jest całkowicie czysta, a druga całkowicie zła. Każdy człowiek odpowiada za swoje zachowanie.

Jedna strona odpowiada za intencje, za sposób traktowania drugiej osoby, za przekraczanie granic, manipulację, prowokowanie czy ignorowanie sygnałów bólu. Druga strona odpowiada za własną reakcję, nawet jeśli ta reakcja pojawiła się po długim czasie przeciążenia i emocjonalnego nacisku.
To rozróżnienie jest bardzo ważne, ponieważ brak odpowiedzialności za własne reakcje prowadzi do krzywdzenia innych, ale brak zobaczenia kontekstu prowadzi do ogromnej niesprawiedliwości wobec siebie. Nie można uczciwie oceniać czyjegoś wybuchu, ignorując miesiące albo lata napięcia, tłumionych emocji, podważania granic i życia w ciągłej mobilizacji układu nerwowego.

Człowiek doprowadzony do granic swoich możliwości czasem reaguje w sposób, którego sam się później boi. I to nie oznacza automatycznie, że jest „toksyczny”, „niestabilny” albo „szalony”. Czasem oznacza, że bardzo długo próbował zachować spokój kosztem siebie.

01/06/2026

A co jeśli nie umiem wybaczyć? Jeśli przetacza się przeze mnie ogromny żal?

Jestem przeciwna presji wybaczania, dlatego że wybaczenie nie polega na powiedzeniu sobie: „wybacz”. Nie pomagają też proste hasła pod tytułem „wybacz dla siebie”, choć oczywiście prawdą jest, że życie w ciągłym żalu wpływa na nasze samopoczucie, ciało i psychikę.

Tylko problem polega na tym, że kiedy ktoś dokona w człowieku ogromnej degradacji, kiedy zniszczy w nim poczucie bezpieczeństwa, godności czy zaufania do życia, same słowa bardzo często nie wystarczą.
I nie chcę sprowadzać tego wyłącznie do poziomu układu nerwowego czy procesów zachodzących w umyśle. Owszem, one istnieją. Zachodzą w nas różne mechanizmy. Ale mechanizm nie opowiada o cierpieniu. Nie czuje bólu. Opisanie reakcji organizmu nie jest jeszcze dotknięciem tego, co przeżywa człowiek.
Czasem mam wrażenie, że powiedzenie komuś: „to twój układ nerwowy”, zamyka historię w biologii i psychologicznych wyjaśnieniach, podczas gdy tam nadal istnieje realny żal, rozpacz i doświadczenie straty.

Dlatego wybaczenie jest procesem, który może się wydarzyć albo nie. I myślę, że nie mamy prawa narzucać go drugiemu człowiekowi.
Bo jeśli ktoś mówi matce, której zamordowano dziecko: „wybacz”, to warto zatrzymać się na chwilę i naprawdę pomyśleć, czy samemu byłoby się do tego zdolnym.

To są bardzo indywidualne historie.
Jednocześnie wierzę, że dobrze jest zająć się swoim cierpieniem, a nie jedynie w nim tonąć. Zająć się nim, czyli zaopiekować emocjami, swoim ciałem, psychiką, codziennością. Być dla siebie życzliwym. Robić dla siebie dobre rzeczy. Dbać o siebie nawet wtedy, gdy człowiek nie ma na to siły i wszystko wydaje się pozbawione sensu.

I choć brzmi to momentami banalnie wobec ogromu bólu, wiem, jak ogromne ma znaczenie. Czasem właśnie takie małe rzeczy nie pozwalają człowiekowi całkowicie pogrążyć się w ciemności.

31/05/2026

Jeżeli w dzieciństwie wyrażanie potrzeb kończyło się karą, wyśmianiem, chłodem, zawstydzaniem albo oceną, człowiek bardzo szybko uczy się, że bezpieczniej jest zrezygnować z części siebie niż ryzykować odrzucenie. Dziecko nie zastanawia się wtedy, dlaczego rodzic reaguje w taki sposób. Nie analizuje emocjonalnych braków dorosłych. Po prostu dostosowuje się, ponieważ od tych ludzi zależy jego bezpieczeństwo, bliskość i przetrwanie.

Wygląda to niewinnie. Przestaje płakać, wycofuje się, staje się bezproblemowe, spokojne, grzeczne. Choć bardzo często pod tym spokojem nie ma prawdziwego ukojenia, lecz napięcie i zatrzymane emocje, których nie można było bezpiecznie przeżyć. Organizm uczy się wyciszać wszystko to, co mogłoby sprowadzić zagrożenie: złość, smutek, sprzeciw, potrzebę bliskości czy uwagę skierowaną na siebie.

Wydaje się, że w dorosłości, niezależność wraca wszystko do normy...

ale często tak nie jest...

Mechanizm nadal działa, choć wiele osób nawet tego nie zauważa. Zamiast czuć ból, zaczynają wszystko analizować. Zamiast dopuścić złość, tłumaczą zachowanie innych. Zamiast powiedzieć: „to mnie zraniło”, pojawia się: „przesadzam”, „inni mają gorzej”, „nie ma sensu robić problemu”. Łatwiej jest wszystko sobie wyjaśnić niż naprawdę spotkać się z tym, co przez lata było zbyt trudne do uniesienia.

Problem polega też na tym, że wiele takich osób później trafia do relacji, które odtwarzają podobny schemat emocjonalny. Nie pojawia się przestrzeń na swobodę, bezpieczeństwo i autentyczność, lecz znów potrzeba ciągłego regulowania siebie pod drugiego człowieka. Schodzenia z drogi. Łagodzenia napięcia. Pilnowania cudzych emocji. Nierobienia problemu. Domyślania się nastrojów. Dopasowywania się tak, aby relacja przetrwała.
Organizm często wybiera to, co zna, nawet jeśli jest to bolesne. Nie dlatego, że ktoś „lubi cierpieć”, lecz dlatego, że dawny sposób funkcjonowania wydaje się znajomy i przewidywalny. Paradoks polega na tym, że dla części osób większy lęk wywołuje spokojna, bezpieczna bliskość niż napięcie, do którego przywykły przez lata.

Część osób myli takie odcięcie z siłą, dojrzałością albo opanowaniem. W rzeczywistości bardzo często jest to stara strategia przetrwania. Kiedyś pomagała utrzymać relację i zmniejszyć ryzyko odrzucenia. Problem pojawia się wtedy, gdy to, co kiedyś chroniło, zaczyna utrudniać bliskość z innymi i kontakt ze sobą.

Powrót do siebie rzadko wygląda spektakularnie. Czasami zaczyna się od bardzo małych momentów: zauważenia, że coś zabolało, że czegoś mi brakuje, że mam prawo czegoś nie chcieć. Dla osoby, która przez lata uczyła się tłumić siebie, nawet takie chwile mogą budzić lęk i poczucie winy. Organizm potrzebuje czasu, aby nauczyć się czegoś nowego: że wyrażenie emocji czy potrzeby nie musi już kończyć się karą, odrzuceniem albo utratą bliskości.

30/05/2026

Pod moimi postami, szczególnie tymi dotykającymi trudnych, tematów, czasem pojawiają się komentarze w podobnym tonie: „to bardzo wartościowe treści, ale osoby toksyczne mogą je wykorzystać przeciwko innym”. Zawsze czuję w nich pewien niepokój, wewnętrzny zgrzyt, jakby wiedza sama w sobie była czymś niebezpiecznym, czymś, co lepiej dawkować ostrożnie albo wręcz ukrywać.

Patrzę na to jednak z innej perspektywy i widzę w takich reakcjach przede wszystkim lęk. Lęk przed zranieniem, przed wykorzystaniem, przed tym, że nie mam w sobie wystarczająco dużo siły, świadomości i zasobów, aby się obronić. Jakby w tle pojawiało się przekonanie, że jeśli ktoś pozna mechanizmy psychologiczne, schematy relacyjne czy język emocji, a ja nie będę wystarczająco „mocna”, to zostanę zrujnowana, a druga osoba dostanie do ręki broń.

Tymczasem doświadczenie pokazuje coś zupełnie odwrotnego. To nie wiedza czyni ludzi bezbronnymi, lecz jej brak. Bez świadomości nie rozpoznajemy manipulacji, przekraczania granic, przemocy emocjonalnej czy toksycznych gier relacyjnych. Czujemy jedynie dyskomfort, winę, zamieszanie i często bierzemy odpowiedzialność za coś, co wcale nie jest nasze. Dopiero język, zrozumienie mechanizmów i nazwanie tego, co się dzieje, daje realną możliwość postawienia granicy i zadbania o siebie.
Internet, książki i edukacja psychologiczna są powszechne i bardzo dobrze. Nawet jeśli te treści trafiają czasem do osób, które mogłyby próbować je nadużywać, równocześnie trafiają do ogromnej liczby ludzi, którzy dzięki nim zaczynają widzieć wyraźniej, wychodzą z uwikłań, odzyskują sprawczość i budują zdrowsze relacje. Świadomość nie odbiera mocy. Świadomość ją wzmacnia.

Jest jeszcze jeden ważny aspekt, o którym rzadko się mówi. Te treści nie służą wyłącznie temu, aby „bronić się przed toksycznymi ludźmi”. Służą również temu, aby każdy z nas mógł zobaczyć własne schematy, własne niezdrowe reakcje i sposoby komunikacji, które czasem, nawet nieświadomie, ranią innych. Prawie każdy nosi w sobie coś do przepracowania. Prawie każdy bywał po różnych stronach relacyjnych dynamik.

Rozwój polega na świadomej decyzji, aby funkcjonować zdrowiej, uczciwiej i bardziej odpowiedzialnie emocjonalnie. Aby wybierać bezpośrednią komunikację zamiast gier, granice zamiast cichego znoszenia oraz relacje oparte na szacunku, a nie na kontroli czy lęku.
Wiedza nie tworzy toksyczności.
Wiedza daje możliwość wyboru.
A brak wiedzy bardzo często utrzymuje ludzi w bezsilności, chaosie emocjonalnym i powtarzaniu tych samych bolesnych schematów.

29/05/2026

Diagnowanie bohaterów z "Love is Blind"

Im dłużej pracuję z ludźmi, tym większy mam sprzeciw wobec szybkiego diagnozowania człowieka. Podstawą mojej pracy jest ciekawość, słuchanie i próba rozumienia, a nie przyklejanie etykiet. W momencie, kiedy z góry „wiemy”, kim ktoś jest, przestajemy go naprawdę poznawać. Zaczynamy patrzeć przez filtr własnych interpretacji, doświadczeń i przekonań, a nie przez realny kontakt z drugim człowiekiem.

I jeszcze jestem w stanie zrozumieć zwykłe osoby, które oceniają ludzi na podstawie fragmentów z internetu czy programów telewizyjnych. Nie każdy ma wiedzę psychologiczną, świadomość mechanizmów obronnych, wpływu montażu, kontekstu czy tego, jak bardzo zachowanie człowieka zmienia się pod wpływem stresu, kamery, presji i sytuacji społecznej. Ale kiedy psycholog ogląda program typu Love Is Blind i po kilku pociętych scenach zaczyna publicznie diagnozować ludzi, przypisywać im zaburzenia, oceniać ich osobowość czy intencje, pojawia się we mnie ogromny sprzeciw.

My naprawdę nie znamy tych ludzi. Nie znamy ich historii, mechanizmów, relacji, kontekstu życia ani tego, co zostało wycięte. Widzimy produkt telewizyjny skonstruowany tak, by budzić emocje, polaryzować i zatrzymywać uwagę odbiorcy. To nie jest pełny obraz człowieka.

Najbardziej niepokoi mnie to, jak łatwo dzisiaj psychologiczny język staje się narzędziem oceniania. Jak szybko z pojedynczego zachowania robi się „narcyza”, „toksyka”, „bordera” albo „socjopatę”. Przecież za tymi słowami stoją realni ludzie i realne konsekwencje. Czasami ogromny wstyd, stygmatyzacja i krzywda.

Nawet jeśli mam jakieś odczucia wobec czyjegoś zachowania, potrafię odróżnić swoją ocenę, swoją perspektywę i własne emocje od obiektywnej prawdy o człowieku. Potrafię dopuścić myśl, że mogę się mylić. I mam wrażenie, że właśnie tej pokory zaczyna dziś bardzo brakować.

28/05/2026

Czasem myślę sobie, że współczesny świat coraz bardziej odbiera ludziom przestrzeń do prawdziwego kontaktu emocjonalnego.

Żyjemy szybko. Scrollujemy szybko. Reagujemy szybko. Nawet rozmowy coraz częściej przypominają wymianę komunikatów niż rzeczywiste spotkanie z drugim człowiekiem. I może właśnie dlatego tak trudno dziś naprawdę zostać przy czyimś przeżyciu bez potrzeby natychmiastowego uspokojenia go, poprawienia albo znalezienia rozwiązania.

Człowiek mówi: „jest mi ciężko” i słyszy: „musisz myśleć pozytywnie” „inni mają gorzej” „będzie dobrze”.

Nie zawsze wynika to z braku serca. Welu z nas po prostu nigdy nie nauczono prawdziwej obecności emocjonalnej. Nie uczono nas, jak słuchać bez oceniania, jak wytrzymać cudzy smutek bez uciekania od niego, jak próbować rozumieć drugiego człowieka, nawet jeśli przeżywa coś inaczej niż my.

Dużo częściej uczyliśmy się przerywać emocje niż przy nich być. Szukać rozwiązań zamiast kontaktu. Reagować zamiast naprawdę słuchać. A przecież obecność nie polega na idealnej odpowiedzi. Czasem polega właśnie na tym, że ktoś nie próbuje odebrać człowiekowi jego przeżycia tylko dlatego, że sam czuje wobec niego dyskomfort.

Mam też wrażenie, że w tym całym pośpiechu coraz trudniej dostrzec, że po drugiej stronie naprawdę jest drugi człowiek. Ze swoją historią, wrażliwością, lękiem, przeciążeniem, doświadczeniami, których często nie widać na pierwszy rzut oka.

Dużo częściej uczymy się chronić siebie niż budować dojrzałą bliskość. Słyszymy też o zdrowym egoizmie, odcinaniu ludzi, stawianiu granic i wybieraniu siebie. I oczywiście część relacji rzeczywiście jest raniąca, przekraczająca granice czy emocjonalnie niszcząca. Problem zaczyna się wtedy, kiedy po wielu trudnych doświadczeniach człowiek przestaje już wierzyć, że bliskość może być bezpieczna.

Wtedy izolacja zaczyna dawać większe poczucie kontroli niż relacje. Samotność wydaje się spokojniejsza niż kolejne rozczarowanie, niezrozumienie albo konieczność tłumaczenia własnych emocji. Coraz więcej osób funkcjonuje więc obok ludzi, ale jednocześnie bardzo głęboko w samotności emocjonalnej.

A jednak pod tym całym hałasem współczesności bardzo wielu ludzi nosi w sobie ogromny głód bezpiecznej obecności. Takiej, przy której nie trzeba natychmiast wracać do normalnego funkcjonowania. Takiej, w której można na chwilę przestać być samemu ze swoim przeżyciem.

27/05/2026

NIE WSZYSCY LUDZIE BĘDĄ SZANOWAĆ TWOJE GRANICE. I TO NIE ZAWSZE JEST O TOBIE.

Jednym z trudniejszych doświadczeń w relacjach bywa moment, w którym człowiek zaczyna rozumieć, że samo spokojne tłumaczenie, proszenie, wyjaśnianie czy nazywanie swoich granic nie zawsze prowadzi do zmiany. Można mówić łagodnie, dojrzale, jasno, krzyczeć, przeklinać, a mimo to druga osoba nadal będzie przekraczać, ignorować albo podważać to, co dla nas ważne.

To rodzi ogromne poczucie bezsilności i niesprawiedliwości. W głowie pojawia się wtedy wiele pytań: „dlaczego to nie dociera?”, „czy naprawdę proszę o aż tak wiele?”, „może przesadzam?”, „może powinnam powiedzieć to inaczej?”.

I właśnie tutaj bardzo łatwo zacząć brać cudze zachowania do siebie. Podważać własne emocje, potrzeby i granice. Minimalizować własny dyskomfort tylko dlatego, że ktoś obok go nie uznaje albo reaguje na niego irytacją, manipulacją, ciszą czy odwracaniem odpowiedzialności.

Tymczasem ludzie przekraczają granice z różnych powodów. Czasami stoją za tym własne mechanizmy obronne, niedojrzałość emocjonalna, potrzeba kontroli, trudność z konfrontowaniem się ze sobą albo wzorce relacyjne wyniesione z wcześniejszych doświadczeń. I choć źródła tych zachowań mogą być różne, nie zmienia to faktu, że cudze mechanizmy nie są naszą winą ani odpowiedzialnością.

Nie wszystko da się wyjaśnić, naprawić czy uzdrowić samą cierpliwością i empatią. Są relacje, w których człowiek przez długi czas próbuje zasłużyć na szacunek do własnych granic, aż w końcu zaczyna tracić szacunek do samego siebie.

Dlatego czasami największą ulgę przynosi nie dalsza walka o bycie zrozumianym, lecz przyjęcie do wiadomości, że nie mamy wpływu na gotowość drugiego człowieka do refleksji, zmiany czy zobaczenia naszego bólu.

A to, że ktoś nie potrafi uszanować naszych granic, nie oznacza automatycznie, że nasze granice są nieważne, przesadzone albo zbyt trudne.

26/05/2026

„Gdyby miał/a zdrowe dzieciństwo, dawno by odszedł/odeszła.”
„To przez traumę.”
„To przez rany z dzieciństwa.”

Psychologia internetu bardzo często próbuje tłumaczyć relacje jednym kluczem. Problem polega na tym, że człowiek rzadko jest aż tak prosty.

Oczywiście historia życia ma ogromne znaczenie. Doświadczenia emocjonalnego opuszczenia, chaosu, przemocy, parentyfikacji czy niestabilnych więzi mogą wpływać na to, co uznajemy za „normalne”, jak reaguje nasz układ nerwowy, czego boimy się bardziej i jakie mechanizmy budują się w relacjach. Mogą wpływać na sposób przeżywania bliskości, odrzucenia, konfliktu czy samotności.
Ale jednocześnie nie wszystko sprowadza się wyłącznie do historii i traumy.

Na to, dlaczego ktoś zostaje w trudnej relacji, wpływa naprawdę wiele czynników. Znaczenie mają również temperament i biologiczna wrażliwość emocjonalna, które częściowo mają podłoże wrodzone. Ważna jest także osobowość rozwijająca się w wyniku cech biologicznych, doświadczeń i środowiska. Nie możemy też zapominać o aktualnych zasobach psychicznych, sytuacji życiowej, zależności ekonomicznej, samotności, lęku przed destabilizacją czy potrzebie utrzymania więzi.

Wpływ mają również wartości i przekonania. Niektórzy zostają, ponieważ wierzą w odpowiedzialność, rodzinę, wytrwałość albo możliwość naprawy relacji. Inni bardzo długo próbują zrozumieć drugiego człowieka, zanim postawią granicę. Nie zawsze dlatego, że są „uzależnieni od cierpienia”, ale dlatego, że ich sposób funkcjonowania jest bardziej nastawiony na podtrzymywanie relacji niż szybkie odcięcie.

Czasem ktoś zostaje dla „dobra” dzieci, czasem z przyzwyczajenia, czasem z powodu silnej więzi traumatycznej, która z czasem może mieć charakter uzależniający. Powodów może być naprawdę wiele.

I czasem warto pamiętać o czymś jeszcze.
Ludzie często zostają dlatego, że oprócz cierpienia istnieją też momenty bliskości, czułości, nadziei, wspólnej historii i realnego przywiązania. Właśnie ta mieszanka dobra i bólu bywa jednym z najsilniej wiążących mechanizmów.

To dlatego ocenianie ludzi z zewnątrz bywa tak łatwe, a wychodzenie z takich relacji tak trudne.

25/05/2026

„Ludzie śmieją się nawet wtedy, gdy temat trafia dokładnie w ich ranę.”

I właśnie dlatego treści psychologiczne tak często spotykają się nie ze smutkiem czy refleksją, ale z żartem, ironią albo wyśmianiem.
Śmiech nie zawsze jest oznaką rozbawienia. Czasami staje się sposobem rozładowania napięcia, ucieczką od dyskomfortu albo próbą odzyskania kontroli nad czymś, co porusza bardziej, niż ktoś chce pokazać.

Łatwiej obrócić coś w żart niż skonfrontować się z własnym poczuciem odrzucenia, samotnością, wstydem czy bezradnością. Szczególnie wtedy, gdy od dzieciństwa człowiek słyszał, że emocje są „przesadą”, wrażliwość jest słabością, a trudne rzeczy trzeba obśmiać, zanim ktoś wykorzysta je przeciwko niemu. Humor może stać się wtedy mechanizmem przetrwania.

Oczywiście nie każdy śmiech jest obroną. Czasami ludzie po prostu widzą uproszczenia, pseudogłęboką psychologię albo manipulacyjne treści i reagują dystansem. Czasami też nie mają zasobów, by wejść głębiej w dany temat.

Jednak jeśli śmiech staje się sposobem przykrywania trudnych emocji, a ironia chroni przed kontaktem z bólem, bezsilnością czy zranieniem, wtedy rzeczywiście może pełnić funkcję mechanizmu obronnego.

24/05/2026

To nie jest szanowanie czyjegoś „nie”.
Osoba A: - Nie jestem zainteresowana spotkaniem. Mam dużo problemów i nie mam teraz do tego głowy. Proszę usunąć to.
Osoba B - Cześć, ale kawa to chyba nie problem.

Drugi przykład.
- Nie chcę dzisiaj iść na miasto.
- Oj weź, przestań, rozerwiesz się.
- Jestem zmęczona i chcę się położyć.
- Daj spokój, zawsze nawalasz.

Trzeci przykład.
- Nie chcę dzisiaj seksu, boli mnie głowa.
- Zawsze boli cię głowa, gdy chodzi o seks. A co z obowiązkami małżeńskimi?

Przekonywanie, naciskanie, podważanie czyjejś decyzji, ignorowanie granicy albo wywoływanie poczucia winy, dopóki druga osoba nie zacznie wątpić we własne prawo do odmowy....

nie jest szanowaniem czyjegoś „nie”.

Bardzo często ludzie przekraczają granice w sposób subtelny. Nie krzyczą. Nie grożą. Nie używają przemocy w oczywisty sposób. Robią to żartem, „dobrą radą”, obrażaniem się, naciskiem, przekonywaniem, że wiedzą lepiej, co komu zrobi dobrze.
„No chodź.” „Nie przesadzaj.” „Namawiam cię dla twojego dobra.” „Zawsze masz wymówkę.” „Przecież nic się nie stanie.”

Oczywiście samo przekonywanie, proponowanie czy zachęcanie kogoś do czegoś nie zawsze jest czymś złym. Relacje naturalnie zawierają wpływ, rozmowę i perswazję. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś jasno komunikuje odmowę, a druga osoba nie potrafi jej przyjąć i dalej walczy z cudzym „nie”.
I właśnie w takich momentach wiele osób zaczyna tracić kontakt z własnymi granicami. Nie dlatego, że ich nie ma, ale dlatego, że zostały nauczone, że cudzy komfort, potrzeby albo oczekiwania są ważniejsze niż ich własne „nie”.

Dojrzałość emocjonalna to również umiejętność przyjęcia odmowy bez naciskania, negocjowania i walki z cudzą granicą.

Bo czyjeś „nie” nie jest zaproszeniem do dalszego przekonywania.

Chcesz aby twoja szkoła była na górze listy Szkoła w Bydgoszcz?

Kliknij tutaj, aby odebrać Sponsorowane Ogłoszenie.

Lokalizacja

Telefon

Adres


Bydgoszcz