17/06/2026
Otóż to…
Taki komunikat jak na zdjęciu pojawił się na stronie SUS.
Mam czasem wrażenie, że część osób zajmujących się prawami uczniów doszła do bardzo ciekawego wniosku: uczeń ma prawa, a obowiązki to już jakiś niemiły dodatek, o którym lepiej nie wspominać.
Nie jestem od rozstrzygania sporów prawnych. Ale czy naprawdę to jest najważniejszy wniosek?
Bo ja mam inne pytanie. Skoro ktoś pożyczył książki, to dlaczego ich nie oddał? Skoro miał obowiązek się rozliczyć, to dlaczego tego nie zrobił? I dlaczego w całej tej dyskusji nagle znika zdrowy rozsądek?
Coraz częściej odnoszę wrażenie, że niektóre organizacje zamiast uczyć młodych ludzi odpowiedzialności, uczą ich szukania furtek. Nie „oddaj książki, bo tak należy”, tylko „sprawdźmy, czy szkoła może cię do tego skutecznie zmusić”. Nie „wywiąż się ze swoich obowiązków”, tylko „poznaj swoje prawa i walcz o nie do ostatniego paragrafu”.
To trochę tak, jakby ktoś pożyczył rower od znajomego, nie oddał go przez pół roku, a potem z dumą tłumaczył, że kolega nie ma prawa wejść mu do garażu i go zabrać. Gratulacje. Znajomość przepisów jest imponująca. Szkoda tylko, że rower nadal nie wrócił do właściciela.
I coraz częściej widać to nie tylko w takich skrajnych sytuacjach, ale w codziennym funkcjonowaniu szkoły. Uczeń ma coraz mniej „muszę”, a coraz więcej „nie muszę, bo mam prawa”. Nie musi być przygotowany, nie musi pamiętać o obowiązkach, nie musi ponosić konsekwencji wprost proporcjonalnych do swoich działań - bo zawsze gdzieś pojawia się argument, że przecież „ma swoje prawa”.
Tyle że gdzieś po drodze zaczęliśmy gubić proporcje. Szkoła przestała być miejscem, w którym uczeń uczy się nie tylko wiedzy, ale też odpowiedzialności za własne działania. Zamiast tego coraz częściej staje się przestrzenią, w której najważniejsze jest sprawdzenie, czego „nie można zrobić uczniowi”, a nie tego, co powinno być po prostu zrobione.
Najbardziej uderzające jest to, że w tej narracji odpowiedzialność zaczyna brzmieć jak coś podejrzanego. Jakby każde wymaganie było potencjalnym naruszeniem praw, a każde oczekiwanie -nadużyciem. A przecież bez wymagań nie ma edukacji. Jest tylko formalne uczestnictwo w systemie, który nikogo do niczego nie zobowiązuje.
Najbardziej bawi mnie jednak to, że ci sami ludzie często mówią o edukacji obywatelskiej. Tylko jaka to edukacja obywatelska, jeśli młody człowiek słyszy głównie o tym, czego szkoła nie może zrobić, a znacznie rzadziej o tym, co sam powinien zrobić?
Prawa są ważne. Bardzo ważne. Dzięki nim szkoła nie może traktować ucznia jak poddanego. Ale jeśli zaczynamy mówić wyłącznie o prawach, a całkowicie zapominamy o obowiązkach, to wychowujemy nie świadomych obywateli, lecz ludzi przekonanych, że odpowiedzialność jest opcjonalna.
I właśnie dlatego takie dyskusje trochę mnie irytują. Nie dlatego, że ktoś broni praw uczniów. Tylko dlatego, że coraz częściej wygląda to tak, jakby największym problemem nie było samo zachowanie ucznia, lecz to, czy da się je jakoś „unieważnić” przepisem. Jakby ważniejsze stało się znalezienie furtki niż zrozumienie sensu zasad.
Gubimy w tym wszystkim coś podstawowego - zdrowy rozsądek. I jeśli on znika, to nawet najlepiej napisane prawa przestają mieć sens, bo nie ma już równowagi między tym, co wolno, a tym, co po prostu wypada i trzeba zrobić.
www.biologia.szkolnastrona.pl