I LO im. Tadeusza Kościuszki w Starachowicach

I LO im. Tadeusza Kościuszki w Starachowicach I Liceum ogólnokształcącego im. Tadeusza Kościuszki w Starachowicach

‼️Przypominamy o naszej wakacyjnej zabawie! Kilka fotek już otrzymaliśmy, na pozostałe czekamy do końca wakacji‼️🌞⛱😎⛱🌞⛱😎...
19/08/2026

‼️Przypominamy o naszej wakacyjnej zabawie! Kilka fotek już otrzymaliśmy, na pozostałe czekamy do końca wakacji‼️
🌞⛱😎⛱🌞⛱😎⛱🌞⛱😎⛱🌞

Samorząd Uczniowski zaprasza nauczycieli i uczniów Jedynki do wspólnej zabawy wakacyjnej!👇 😎 👇

Jubileusz 90-lecia I LO ➡️ Cykl Wspomnień cz. 13Uczennice i uczniowie Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego w Starachowica...
17/08/2026

Jubileusz 90-lecia I LO
➡️ Cykl Wspomnień cz. 13

Uczennice i uczniowie Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego w Starachowicach. Pochodzący ze Starachowic i Wierzbnika. Deklarujący jako miejsce stałego zamieszkania okoliczne wsie, a teraz pomieszkujący u rodziny lub wynajmujący stancje. Przybysze z daleka, którzy do miasta nad Kamienną ściągnęli wraz z najbliższymi, skuszeni perspektywą znalezienia dobrze płatnej posady dla głowy rodziny w przeżywających gospodarczy boom Zakładach Starachowickich. To dla nich właśnie garstka lokalnych zapaleńców przyoblekła w realne kształty śmiałą wizję stworzenia pierwszej w mieście szkoły średniej typu ogólnokształcącego. To tu - w szkole, której za patrona przydano marszałka Józefa Piłsudskiego nastolatkowie dostali szansę zdobywania wiedzy i rozwijania umiejętności, kultywowania pasji i zainteresowań, znajdowania przyjaciół i pierwszych miłości, uczenia się nowoczesnego patriotyzmu.

Grono młodzieży, która rozpoczęła edukacyjną przygodę ze starachowickim gimnazjum we wrześniu 1936 roku było pokaźne. W wyniku postepowania rekrutacyjnego przeprowadzonego w czerwcu i wrześniu 1936 roku utworzono dwie klasy pierwsze i jedną klasę drugą, do których uczęszczało łącznie 108 uczennic i uczniów. Zespoły klasowe były liczne. Do klasy Ia uczęszczało 40 uczniów, Ib – 39, zaś do klasy II – 29. W kolejnym roku szkolnym w Prywatnym Gimnazjum Koedukacyjnym w Starachowicach funkcjonowało już 5 zespołów klasowych, w których naukę pobierało łącznie 186 osób (klasy liczyły odpowiednio: Ia – 49 uczniów, Ib – 48, IIa – 33, II b – 35, III – 21). W ostatnim przed II wojną światową roku szkolnym do gimnazjum uczęszczało 242 uczniów tworzących 6 zespołów klasowych (klasa Ia - 49 uczniów, Ib – 49, IIa -39, IIb – 40, III – 49 i IV – 16).

Znakomita większość uczniów jedynej starachowickiej szkoły średniej typu ogólnokształcącego mieszkała w domu rodzinnym w Starachowicach lub Wierzbniku (w roku szkolnym 1936/1937 było to ponad 80% gimnazjalistów). Pewna grupa uczniów pochodziła z miejscowości oddalonych od Starachowic – Wierzbnika o 15-20 km (były to m.in. Ciepielów, Grabowiec, Iłża, Kochanówka, Klapacz, Koszary, Jadowniki, Świętomarz). A ponieważ szkoła nie posiadała internatu, a codzienne dojeżdżanie na zajęcia było co najmniej problematyczne, dlatego zmuszeni byli oni do wynajmowania stancji lub pomieszkiwania u krewnych.

Starachowickie gimnazjum było szkołą koedukacyjną. W klasach zdecydowanie przeważali jednak chłopcy. W pierwszym roku funkcjonowania placówki płeć piękna to zaledwie 37% uczęszczających do szkoły.

Symptomatyczne było także to, że struktura wyznaniowa uczniów Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego nijak miała się do kontekstu demograficznego populacji Starachowic – Wierzbnika. W momencie fuzji obojga ośrodków w jedno miasto (1 kwietnia 1939 roku) mniejszość żydowska liczyła ok. 16%. Tymczasem w roku szkolnym 1936/1937 do gimnazjum uczęszczało raptem 5 uczniów wyznania mojżeszowego (to ok. 5% wszystkich uczniów). Jeden z uczniów deklarował się jako grekokatolik, dla trzech brak jest stosownych danych. Zdeklarowanych katolików było zatem w szkole prawie 92%.

W latach 1937 – 1939 w starachowickim gimnazjum poza uczniami wyznania rzymskokatolickiego było: 2 uczniów wyznania mojżeszowego, 4 wyznania ewangelicko – augsburskiego oraz 1 prawosławny.

Ciekawie wygląda również pochodzenie społeczne gimnazjalistów. W pierwszym roku funkcjonowania szkoły zdecydowanie najwięcej uczniów pochodziło z rodzin inteligenckich (ojcowie to z reguły inżynierowie, technicy i urzędnicy Zakładów Starachowickich) – ok. 39%. Kolejną grupę stanowiła młodzież deklarująca proweniencję robotniczą – 32%. Pochodzenie chłopskie zgłaszało 13%. Reszta to uczniowie deklarujący „inne zawody” uprawiane przez rodziców (m.in. gajowy, leśnik, organista, kupiec).

W czerwcu 1939 roku Prywatne Gimnazjum Koedukacyjne w Starachowicach opuściło pierwszych 9 absolwentów. Warto wymienić ich wszystkich. Byli oni wszakże pierwszymi w historii szkoły i jedynymi przed wojenną zawieruchą absolwentami szkoły średniej typu ogólnokształcącego w Starachowicach.

Absolwenci: Andrzej Barański, Krystyna Chlebosz, Anna Czerne, Zbigniew Gorzkowski, Tadeusz Jastrzębski, Janina Kocia, Nela Nowakowska, Tadeusz Pełczyński i Barbara Wysokińska.

Jubileusz 90-lecia I LO➡️ Cykl Wspomnień cz. 12Z początkiem września 1937 roku próg Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego ...
10/08/2026

Jubileusz 90-lecia I LO
➡️ Cykl Wspomnień cz. 12

Z początkiem września 1937 roku próg Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego przekroczył Zbigniew Czeszejko – Sochacki. Z pochodzenia Warszawianin, mieszkający w mieście nad Kamienną raptem od kilkunastu miesięcy (pracę w świetnie prosperujących Zakładach Starachowickich znalazł jako inżynier jego tata). Obawy, artykułowane głównie przez mamę nastoletniego Zbyszka, że starachowickie gimnazjum to „słabiutka szkoła z przypadkowym składem nauczycielskim” rychło okazały się bezprzedmiotowe. Niedoszły uczeń renomowanego Gimnazjum Górskiego w Warszawie, pasjonat ornitologii i fotografii, znalazł w prosperującym ledwo od roku starachowickim gimnazjum dobry klimat do rozwijania swoich talentów i pasji. Tak oto wspominał po latach:

„Skład osobowy naszej klasy był mniej więcej wyrównany pod względem liczby dziewcząt i chłopców. Inaczej było w zakresie, który można nazwać „intelektualnym”, co wynikało głównie z podziału ówczesnych Starachowic. Według mojej pamięci nie wpływało to na stosunki koleżeńskie. O ile wiem, to ojców inżynierów w mojej klasie było tylko dwóch: mój i Bolka Papiego. Reszta to dzieci majstrów, urzędników, rolników i osób wykonujących wolne zawody.

Bardzo istotną cechą każdego z nas były wrodzone zdolności. Wśród dziewcząt wyróżniała się Krystyna Drożdżówna, a wśród chłopców chyba przede wszystkim Bolek Papi – późniejszy bohater narodowy (bez cudzysłowu).

Z Bolkiem poznaliśmy się na wspomnianych kompletach u pani Śliwińskiej, a związało nas wspólne zainteresowanie ornitologią. Przez ponad cztery lata prowadziliśmy zapiski w dzienniczkach, robiliśmy zdjęcia fotograficzne dziko żyjących ptaków i przede wszystkim prowadziliśmy Ochronę Ptaków – rozwieszaliśmy skrzynki doktora Sokołowskiego, zakładaliśmy karmniki. Działalność taka, związana z niemal codziennymi wędrówkami do lasu, powodowała, że nie interesował nas udział w harcerstwie, który chciał później dopisać mi jeden z ówczesnych działaczy harcerskich, „zobaczywszy” mnie na jednym ze zdjęć fotograficznych.

Oczywiście każdy z uczniów inaczej odbierał grono nauczycielskie. Ja osobiście najbardziej doceniam profesora Jana Kajfasza, byłego (podobno) oficera armii austro-węgierskiej, mimo że ciągle groziła mi z łaciny nota niedostateczna. Zgoła inaczej rzecz się miała z wykładaną również przez prof. Kajfasza historią starożytną, na której trzeba było prowadzić tzw. „preparacje” – zeszycik, w którym rysowało się różne szkice jak np.: szyk legionów rzymskich, wieżę oblężniczą etc. Prowadzenie takiego szkicownika było warunkiem koniecznym przystąpienia do odpowiedzi.

Najbardziej kontrowersyjną osobą był dla mnie profesor Wincenty Jasiewicz. Podobno przeżycia I wojny światowej wpłynęły na to, że robił wrażenie osoby niezrównoważonej. Miał on zapewne jak najlepsze chęci przekazywania swojej wiedzy – uczył wierszy „Wer Reiter zo spet durch Nacht und Wind”, śpiewu „Rösslein, Rösslein, rot…”, ale wychodziło mu to nie najlepiej. Po prostu mimo jego zaangażowania, nie powinien pracować z młodzieżą. Uczył w czasach okupacji w szkole zawodowej zapuściwszy (dla niepoznaki) potężną brodę.
Profesor Henryk Zwierzycki, matematyk, stosował często dość oryginalną metodę nauczania, np. dla zapamiętywania sposobu obliczania procentów, rysował na tablicy, a my w zeszytach „kapelusz na stole”. Takie to były metody nauczania – bez komputerów i internetu.

Wykładający geografię i przyrodę profesor Stanisław Cholewa zwracał szczególną uwagę na jakość prowadzonych zeszytów. Wklejaliśmy do nich, kolorując je odpowiednio, mapki omawianych obszarów. Tu trochę zabawna uwaga: na lekcji geografii prof. Cholewa, omawiając aspekt polityczny, narysował, a nam to pozostało w zeszytach, „ruch armii niemieckiej w ewentualnej przyszłej wojnie” – poprzez Holandię, Belgię na „zawiasie” Linii Maginota w głąb Francji. Niestety, generałowie francuscy nie byli uczniami naszego gimnazjum i nie przewidzieli tego ruchu, co pozwoliło im bezbłędnie przegrać tę wojnę. Profesor Cholewa dość szybko zorientował się, że w uczonych przez niego dziedzinach ma „poważnych konkurentów” – mnie i Bolka Papiego, tak, że przez cały rok mieliśmy zapewniony stopień bardzo dobry. Zresztą pomagaliśmy mu w dużym stopniu przy prowadzeniu pracowni przyrodniczej opiekując się np. sową błotną, czy przygotowując materiały do zajęć w klasie.
Trochę inaczej powodziło mi się na lekcjach języka polskiego, które prowadziła jego żona – profesor Felicja Cholewa. Dość często w zeszycie miałem adnotacje tej treści: tematycznie bardzo dobry, ortografia niedostatecznie, nota łączna dostateczny plus. Ortografia pozostała po dziś dzień moją piętą achillesową. Ratowała mnie wrodzona łatwość wymowy i nie najgorsza pamięć. Gimnastyka dla chłopców prowadzona przez profesora Władysława Szopskiego nie była dla mnie polem sukcesów, zwłaszcza kiedy doświadczyłem na sobie „uroków” nauki boksu. Za to na lekcjach rysunków byłem nie do pokonania.

Dzielący ze mną ornitologiczną pasję Bolek Papi lekko się jąkał, ale jego wygląd zewnętrzny (przystojny, obdarzony wysokim wzrostem) robił wrażenie na nauczycielach. Był zresztą starszy o dwa lub trzy lata od pozostałych uczniów, co był spowodowane przechodzoną przez niego gruźlicą.
Wśród dziewcząt wyróżniała się urodą i uzyskiwanymi wynikami Krystyna Drożdżówna, siedząca tuż przy katedrze w pierwszym rzędzie dziewcząt. Wpatrzony od samego początku w nią był siedzący w pierwszym rzędzie chłopców Rutkowski. Była to jedyna - o ile mi wiadomo - klasowa para, która wstąpiła w związek małżeński.

Przez pierwszy miesiąc, czy dwa w klasie egzystowali dwaj repetenci – Rzepecki i Sar, potem zniknęli. Odnośnie tego pierwszego, poeta klasowy Jerzy Indra ułożył nawet krótki wierszyk: „Pan Rzepecki człowiek znany i powszechnie szanowany”.

Po ukończeniu klasy pierwszej, co nie było wcale łatwe, część uczniów odpadła, a przybyli nowi repetenci. Takie to były koleje uczniowskiego losu.

Pewnym urozmaiceniem tygodnia (wolnych sobót wtedy nie było) była zbiórka i wymarsz na obowiązkową niedzielną mszę. Wtedy spotykano się z tym czy z tamtą. Uczniowie niemieszkający w Starachowicach musieli przynosić zaświadczenia od proboszcza ze swojej parafii. Byliśmy wychowywani w przeświadczeniu, że żyjemy w państwie silnym, stabilnym i że w wypadku wojny wynik może być tylko jeden – bezwarunkowe zwycięstwo.
Zresztą tak wtedy myślała duża część narodu. Nie przeczuwaliśmy, że się stać może to, co się stać miało. Dlatego zbliżający się wrzesień 1939 roku był oczekiwany niemal radośnie, zwłaszcza ze względu na przesunięcie rozpoczęcia zajęć szkolnych”.

Na zdjęciu: uczniowie klasy, do której uczęszczał autor wspomnień na wycieczce w Ćmielowie – 1938 rok.

Jubileusz 90-lecia I LO ➡️ Cykl Wspomnień cz. 111 września 1938 roku w Prywatnym Gimnazjum Koedukacyjnym w Starachowicac...
03/08/2026

Jubileusz 90-lecia I LO
➡️ Cykl Wspomnień cz. 11

1 września 1938 roku w Prywatnym Gimnazjum Koedukacyjnym w Starachowicach naukę pobierało łącznie 186 uczniów podzielonych na 5 zespołów klasowych. Zdecydowanie najliczniejsze były klasy pierwsze – 1a i 1b – liczące odpowiednio 49 i 48 uczniów. To właśnie w klasie 1b, którą poruczono wychowawczej pieczy Marii Wlazłowskiej, znaleźli swoje miejsce Halina Dziubińska, Bogdan Szczepanik i Zbigniew Czeszejko – Sochacki. Swoje szkolne lata w starachowickim gimnazjum powspominali już nieco Halina Dziubińska i Bogdan Szczepanik. Pora na gimnazjalne retrospekcje Zbigniewa Czeszejko – Sochackiego.

„Pod koniec sierpnia 1937 roku, po zdaniu egzaminu wstępnego, zostałem przyjęty do klasy pierwszej Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego w Starachowicach.

Starachowic nikt w tych czasach nie nazywał miastem, ale tym, czym były w rzeczywistości - „Osadą Fabryczną”. Miasto to był Wierzbnik, o zupełnie innym profilu niż Starachowice – małe z dużą domieszką ludności żydowskiej. Miasteczko ze sporą ilością sklepów, z cotygodniowymi targami na rynku, opierające swój byt głównie na Starachowicach, które były miejscem pracy ludzi dość dobrze zarabiających, na stałych i „pewnych” posadach. Co prawda w Starachowicach Dolnych istniało parę sklepów i zakładów usługowych (np. fotograf, szewc), ale zakupy robiono głównie w Wierzbniku. Prawdopodobnie jedynym sklepem w Starachowicach Górnych, na tak zwanej Małej Kolonii Urzędniczej, był sklep „Społem”. Był tam też fryzjer, zbudowany w stylu zakopiańskim drewniany kościół i maleńki Urząd Pocztowy z licznymi skrzynkami na przesyłki dla mieszkańców, którzy je opłacili. I tu pewna uwaga. Poczta „przychodziła” dwa razy dziennie: o godzinie 700 i 1600 tak, że np. gazety z Warszawy docierały w tym samym dniu. Wiązało się to z faktem, że na maleńkiej stacyjce – baraku stawały wszystkie pociągi, w tym np. międzynarodowy Warszawa – Bukareszt. Było to wynikiem znaczenia ówczesnych zakładów produkujących m.in. kotły – piecyki „Reck”, stolarkę budowlaną, ba! nawet terpentynę. Wszystko niby po to, żeby nie ujawnić, że produkowały naprawdę wspaniałe jak na owe czasy działa armatnie, zwłaszcza licencyjne, przeciwlotnicze „Boforsy”.

Wszystko to napisałem, aby umożliwić lepsze zrozumienie klimatu, w jakim działało gimnazjum w owych czasach. I jeszcze jedno wyjaśnienie – do Starachowic z Warszawy przeprowadziliśmy się w lecie 1935 roku. Piątą i szóstą klasę ukończyłem na tak zwanych prywatnych kompletach Marii Śliwińskiej. W lipcu 1937 roku zdawałem egzamin wstępny do renomowanego Gimnazjum Górskiego w Warszawie. Wynikało to z dwu powodów: moja matka nalegała ciągle, aby powrócić do Warszawy, a poza tym „dobrze poinformowani” twierdzili – jest tu w Starachowicach od roku gimnazjum, ale bardzo słabiutkie z przypadkowym składem nauczycielskim. Egzamin do warszawskiej szkoły zdałem, ale na szczęście nie zostałem przyjęty. Tak oto trafiłem do tego „słabiutkiego gimnazjum”, które, jak wtedy mówiono, ma nosić imię marszałka Józefa Piłsudskiego, czego oczywiście późniejsza „władza ludowa” zdzierżyć nie mogła.

„Słabiutkie gimnazjum” mieściło się w dwóch równolegle ustawionych parterowych, murowanych barakach, rozdzielonych placem, mogącym w lecie spełniać rolę boiska szkolnego. Baraki odsunięte od ulicy (mającej zupełnie inny charakter jak prawdziwa ulica) przylegały z jednej strony do parcel zajmowanych przez Dyrekcję Zakładu, z drugiej do zabudowań fabrycznych Wydziału Armatniego i wreszcie do specjalnie wybudowanej na ten cel hali szkoły zawodowej. Do każdego z baraków prowadziły dwa wejścia. W baraku od strony ulicy przy jednym poprzecznym korytarzu mieściły się dwie sale lekcyjne, przegrodzone toaletą. Na korytarzu wisiały szaragi (wieszaki) na wierzchnie odzienie uczniów. Moja klasa usytuowana była od strony ulicy. Drugie wejście prowadziło do liczniejszych pomieszczeń: sali na zajęcia praktyczne, pracowni przyrodniczej, pokoju nauczycielskiego i gabinetu dyrekcji z sekretariatem.

W drugim budynku – mieściły się klasy starsze (w 1937 roku – druga i trzecia) i dosyć duże pomieszczenie na świetlicę, w której odbywały się różne zajęcia, jak np. wyświetlanie epidiaskopem przeźroczy, ćwiczenia gimnastyczne w zimie itp.

W sumie nie podzielaliśmy opinii pana kuratora z 1938 r. o fatalnych warunkach lokalowych. Oczywiście wiedzieliśmy o rozpoczęciu budowy nowego gimnazjalnego gmachu, ale za przenosinami do nowego locum nikt z nas specjalnie nie tęsknił.

Na zdjęciu: uczniowie klasy, do której uczęszczał autor wspomnień na wycieczce w Ćmielowie – 1938 rok.

Jubileusz 90-lecia I LO ➡️ Cykl Wspomnień cz. 10Czwartek  1 września 1938 roku był typowym dla późnego lata dniem z ciep...
27/07/2026

Jubileusz 90-lecia I LO
➡️ Cykl Wspomnień cz. 10

Czwartek 1 września 1938 roku był typowym dla późnego lata dniem z ciepłą i słoneczną aurą. Wielu osobom, za sprawą eskalacji napięcia politycznego w Europie, trudno przychodziło ze spokojem i nadzieją spoglądać w przyszłość. Hi**er, ukontentowany niedawnym Anschlussem Austrii, pewnie zmierzał po kolejny cel. W swojej alpejskiej rezydencji w Berghofie, przyjął właśnie przywódcę separatystycznej Partii Niemców Sudeckich, Konrada Henleina. Rozmowy dotyczyły zaognienia konfliktu z rządem w Pradze, co miało posłużyć III Rzeszy jako pretekst do późniejszego rozbioru Czechosłowacji. Tzw. kryzys sudecki, który wydatnie przybliżył perspektywę wybuchu II wojny światowej był już na wyciągnięcie ręki.

Nie wszystkich, rzecz jasna, absorbowała bez reszty wielka polityka. Za Wielką Wodą stacja radiowa CBS przygotowywała się do emisji legendarnego słuchowiska „Wojna światów”, które miesiąc później wywoła powszechną panikę w kraju. Polscy kinomani żyli zapowiadanymi premierami. Lada dzień na ekranach kin miała się pojawić „Druga młodość” – głośny dramat obyczajowy z Kazimierzem Junoszą-Stępowskim w roli głównej i zgoła inna charakterem głośna produkcja - „Paweł i Gaweł” z legendarnym duetem komików: Adolfem Dymszą oraz Eugeniuszem Bodo w rolach głównych.

Fani sportu, zwłaszcza piłki nożnej, mając w pamięci dobry występ narodowej reprezentacji na niedawnych Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej we Francji (cztery bramki Ernesta Wilimowskiego w przegranym 5:6 meczu z Brazylią!), odliczali już dni do rozpoczęcia ligowych rozgrywek. Emocje były gwarantowane. Futboliści Ruchu Hajduki Wielkie buńczucznie zapowiadali przecież obronę mistrzowskiego tytułu.

Tymczasem w Starachowicach swój kolejny rok szkolny w murach Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego im. Józefa Piłsudskiego rozpoczynała Halina Dziubińska. Po lęku i niepewności, który towarzyszył jej rok temu nie było już śladu. Świeżo upieczona gimnazjalistka dobrze odnalazła się w szkolnej rzeczywistości, dlatego o jedynej w mieście szkole średniej typu ogólnokształcącego mówiła z dumą i przekonaniem: „moja szkoła”. Zjawiwszy się w czwartkowe dopołudnie na inauguracji roku szkolnego cieszyła się widokiem kolegów i koleżanek. Czuła, że jest gotowała była na nowe edukacyjne wyzwania.

Co przyniósł czternastoletniej wówczas Halinie nowy rok szkolny? Tak o tym opowiadała z perspektywy kilkudziesięciu lat.

„Rok szkolny 1938/39

Po wakacjach koleżanki i koledzy wrócili do szkoły wypoczęci, uśmiechnięci i z nowymi siłami do nauki. Nauczyciele w klasie II b pozostali ci sami.

Na lekcjach języka polskiego mieliśmy nowe lektury. Musieliśmy przeczytać m. in. „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza, „Ludzi bezdomnych” i „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego. Pisaliśmy wypracowania na tematy z lektur. A w naszych wypowiedziach – pamiętam - prof. Felicja Cholewa zwracała uwagę na prawidłowe wysławianie się i właściwe akcentowanie wyrazów.
Naszą wychowawczynią była nadal prof. Maria Wlazłowska. Uczyła nas rysunku, a na pracach ręcznych nowej specjalności- metaloplastyki. Wykonywałyśmy m. in. bransoletki z miedzianej blachy, świeczniki, tacki, a nawet małe śmietniczki. Taki przedmiot każda z nas formowała i ozdabiała według własnej koncepcji.
Z lekcji łaciny zapamiętałam zabawne zdarzenie. Któregoś dnia prof. Jan Kajfasz wyrwał do odpowiedzi ucznia, który był słaby w nauce, a w dodatku się jąkał. Nie wiedział o co chodzi, więc siedzący za nim podpowiedział szeptem „Inter pedes puellarum…” (między nogami dziewcząt…). Pytany to wydukał. Więcej nie zdołał, bo nauczyciel zerwał się z krzesła i krzyknął wzburzony: „Coś ty powiedział?!”, a większość klasy gruchnęła śmiechem.
W klasie były uczennice i uczniowie, którzy mieli szczególne zamiłowania i uzdolnienia. Dostrzegając je, nasza wychowawczyni podpowiadała kierunek przyszłych studiów lub upewniała się, czy dokonaliśmy właściwego wyboru. I tak Bolek Papi i Zbyszek Sochacki interesowali się ornitologią: dużo czytali o ptakach i podpatrywali je, robiąc cykliczne obserwacje, których wyniki zapisywali. Podziwiał ich nawet prof. Stanisław Cholewa, mówiąc: „Życie ptaków znacie lepiej ode mnie”.

Krysia Drożdżówna i Halina Knedlerówna miały zdolności polonistyczne. Gertruda Nadolska i Renia Olszynówna ładnie rysowały - pani Maria doradzała im podjęcie po maturze studiów na Akademii Sztuk Pięknych. Ja (Halina Dziubińska) miałam zdolności manualne, więc wychowawczyni uznała, że powinnam kształcić się w przyszłości w Szkole Sztuki Stosowanej.
Nie tylko nauka

W czasie karnawału urządzano młodzieży zabawy. Z braku miejsca (w baraku nie mieliśmy sali gimnastycznej) zabawy odbywały się w klasach, w których się uczyliśmy. Odstawialiśmy ławki pod ściany, a środek służył do tańca. Na patefonie nastawiano płyty z nagraniami muzyki tanecznej. Trójka profesorów czuwała nad nami. Ponieważ dziewcząt było mniej, bawiłyśmy się przez cały czas. Gorzej z chłopcami - część z nich „podpierała ściany”, niektórzy z wrodzonej nieśmiałości. Zabawę kończył skromny poczęstunek.
Nauczyciele organizowali nam też wycieczki krajoznawcze. Nasza klasa udała się pociągiem do Ćmielowa, by zwiedzić fabrykę porcelany. Jako opiekun pojechał z nami prof. Stanisław Cholewa - geograf. Były też wycieczki do Krakowa i Częstochowy. Niestety, ze względów finansowych, nie wszyscy mogli pojechać. Rodzice nasi płacili czesne i składki na nowo budujący się gmach gimnazjum.
Pochodziliśmy z różnych środowisk. Były wśród nas córki inżynierów, nauczycieli, urzędników, robotników i rolników. Dwie koleżanki mieszkały na wsi. Jedna z nich dojeżdżała rowerem z Jasieńca koło Iłży. Obie dobrze się uczyły. Wszystkie czułyśmy się jak jedna rodzina, nie tylko dlatego, że nosiłyśmy jednakowe mundurki i pończochy. Żadna się nie wywyższała. Tu się liczyła pracowitość i wyniki nauczania.

Wśród dziewcząt modne były pamiętniki, do których koleżanki i koledzy wpisywali różne sentencje, złote myśli czy życzenia: „abyś o mnie pamiętała”. Niektórzy ozdabiali wpisy rysunkami wykonywanymi ołówkiem, pastelami lub farbami. Bywało, że stanowiły one małe arcydziełka!

Byłyśmy wesołymi dziewczynami. Ponieważ lubiłyśmy śpiewać, a niektóre z nas potrafiły rymować, więc powstała humorystyczna piosenka, śpiewana na melodię: „Legiony to żołnierska nuta…”:

Nie wolno nam na randki chodzić,
Nie wolno nam spotykać się.
Nie wolno nam chłopców uwodzić,
Nie wolno nam całować się.
Ref.: My się nie boimy,
na randki chodzimy,
bo nasz profesor sam,
na randki chodzi tu i tam.

Piosenka powstała, gdy podpatrzyłyśmy, jak lekko szpakowaty prof. Henryk Zwierzycki spacerował ulicami z dużo młodszą panną Marią Wlazłowską.

W czerwcu 1939 r. koniec nauki. Dostałam promocję do trzeciej klasy. Pożegnanie z koleżankami: „Pa, pa!. Do zobaczenia po wakacjach 1 września!”.

Na zdjęciu: gimnazjaliści z klasy II b na wycieczce w Ćmielowie – rok szkolny 1938/1939

Jubileusz 90-lecia I LO ➡️ Cykl Wspomnień cz. 9Halina Dziubińska, Zbigniew Czeszejko – Sochacki i Bogdan Szczepanik. Tró...
20/07/2026

Jubileusz 90-lecia I LO
➡️ Cykl Wspomnień cz. 9

Halina Dziubińska, Zbigniew Czeszejko – Sochacki i Bogdan Szczepanik. Trójka nastolatków tak od siebie różnych. Odmienne pasje i zainteresowania, nieco inna optyka postrzegania świata i kryteria doboru ludzi, którymi lubili się otaczać. Różna wreszcie estetyka, kulinarne gusta i talenty którymi zostali obdarzeni. Wzmiankowaną trójkę młodych ludzi coś jednak łączyło. Wszyscy mieli szansę dorastać w wolnej Polsce. Cała trójka miała szczęście posiadać rodziców, dla których edukacja postrzegana była jako jeden z życiowych priorytetów. A ponieważ Halina, Zbigniew i Bogdan nie zamierzali zarzucić edukacji po szkole powszechnej, a na dodatek opatrzność nie poskąpiła im talentów, dlatego we wrześniu 1937 r. cała trójka zasiliła klasę I b, której wychowawczynią pozostawała profesor Maria Wlazłowska.

Swoje gimnazjalne lata powspominał już nieco Bogdan Szczepanik. Pora oddać głos Halinie Dziubińskiej. Z perspektywy kilkudziesięciu tak oto pisała:

„NASI NAUCZYCIELE
Wychowawczynią klasy I b była profesor Maria Wlazłowska, ulubienica nas wszystkich. Uczyła rysunku i prowadziła prace ręczne. Mieliśmy z nią lekcje wychowawcze, na których omawiała sprawy samorządu klasowego, uczyła zasad dobrego wychowania, poczucia obowiązku i patriotyzmu. Będąc opiekunką harcerstwa w szkole, zachęcała nas do wstąpienia w jego szeregi. Większość dziewcząt, między innymi ja, zapisała się do ZHP.

Język polski wykładała profesor Felicja Cholewa. Duży nacisk kładła na czytanie książek. Obowiązkowo trzeba było przeczytać „Trylogię” Henryka Sienkiewicza, „Starą baśń” Józefa Kraszewskiego, „Lato leśnych ludzi” Marii Rodziewicz. Na pamięć uczyliśmy się wielu wierszy. Profesor Wincenty Jasiewicz był wielkim oryginałem, ale lubianym przez uczniów. Uczył języka niemieckiego oraz pisania gotykiem. Bardzo lubił śpiewać i dlatego uczył nas niemieckich piosenek oraz kolędy „Stille nacht”. Śpiewaliśmy chętnie.

Profesor Henryk Zwierzycki, matematyk, uczył precyzyjnego myślenia. Trzeba było w lot pamięciowo podać wynik mnożenia dwucyfrowych liczb przez dwucyfrowe.

Prof. Stanisław Cholewa - nauczyciel przyrody i geografii. Musieliśmy znać na pamięć nazwy rzek Afryki, Azji czy Europy, stolice państw itp. i wszystko pokazać na mapie. Wpajał w nas miłość do ojczystej przyrody i do Ojczyzny.

Prof. Jan Kajfasz wykładał historię i język łaciński. Łaciny zbytnio nie lubiliśmy, ale uczyć się trzeba było. Mogła się przydać jak nie na medycynie, to na farmacji lub studiach prawniczych.

Prof. Władysław Szopski- nauczyciel gimnastyki. Lubiłyśmy te lekcje, bo zachęcały do ruchu i pozwalały odpocząć od książek. Grałyśmy w siatkówkę, wykonywałyśmy różne ćwiczenia gimnastyczne, skakałyśmy na skakankach. Zimą podczas lekcji jeździłyśmy na łyżwach lub z górki na sankach. Latem – bywało - pływałyśmy kajakami po stawie pod opieką nauczyciela. Jednego razu nasz profesor, płynąc na czele o mało co nie „dostał” wiosłem od wędkarzy za… płoszenie ryb.

Ks. Stanisław Zdąbłasz- bardzo kochany kapłan. Wykładał liturgikę, ciekawie opowiadał o historii Kościoła Katolickiego, uczył pieśni religijnych. Lekcja zaczynała i kończyła się modlitwą.

Dyrektor szkoły Stanisław Francuz był nauczycielem historii. Nas nie uczył, jednak darzyłyśmy go wielkim szacunkiem”.

Na fotografii wieczorek taneczny klasy II b, do której uczęszczała autorka wspomnień – 21 lutego 1939 r.

‼️WAŻNA INFORMACJA DLA PIERWSZOKLASISTÓW‼️🎉 Pierwszoklasiści!Serdecznie witamy Was w społeczności naszej Jedynki! 🥰📚 Wyk...
17/07/2026

‼️WAŻNA INFORMACJA DLA PIERWSZOKLASISTÓW‼️

🎉 Pierwszoklasiści!
Serdecznie witamy Was w społeczności naszej Jedynki! 🥰

📚 Wykaz podręczników obowiązujących w I LO od 1 września 2026 r. znajdziecie na naszej stronie internetowej: www.lo1.starachowice.pl

Informujemy również, że w pierwszych tygodniach września w naszej szkole odbędzie się giełda podręczników używanych. Będzie to doskonała okazja, aby kupić potrzebne podręczniki w atrakcyjnych cenach.

Do zobaczenia we wrześniu! ❤️

Jubileusz 90-lecia I LO ➡️ Cykl Wspomnień cz. 8Gimnazjalnych reminiscencji ciąg dalszy. Wspomina Bogdan Szczepanik – od ...
13/07/2026

Jubileusz 90-lecia I LO
➡️ Cykl Wspomnień cz. 8

Gimnazjalnych reminiscencji ciąg dalszy. Wspomina Bogdan Szczepanik – od roku 1937 uczeń Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego w Starachowicach.

LEKCJA JĘZY KA NIEMIECKIEGO
Już po dzwonku na lekcję. Wszyscy w klasie, jest cicho i spokojnie. Czekamy na profesora Jasiewicza, który miał zwyczaj przychodzić trochę później. Wreszcie wchodzi, wszyscy wstajemy. Ubrany, jak zwykle. „Guten Tag Herren und Damen”. Odpowiadamy: „Guten Tag Herr Professor”. Idąc dalej do katedry mówi: „Bitte setzen się”. Wszyscy siadamy. To był stały rytuał. Wszedł na podium i spojrzał na salę. Wszyscy trzymaliśmy ręce na stolikach. Tak trzeba było zawsze postępować, kiedy spoglądał na salę. Trzymaną w ręce walizkę postawił na pierwszym stoliku, przy którym siedzieli koledzy. Wiedzieliśmy, co to znaczy. Był to patefon. Będziemy słuchali opowiadanych po niemiecku bajek dla dzieci. „Kinder‑und Hausmärchen”. To dobrze. Będziemy również słuchać wierszy i piosenek. Kolega obsługiwał patefon i zmieniał płyty. Myśmy słuchali. Profesor Jasiewicz w tym czasie przeglądał jakieś papiery wyciągnięte z teczki. Od czasu do czasu mówił „hören Sie” - słuchajcie. Czasem tak mocno był zajęty przeglądaniem tych papierów, że dopiero dźwięk dzwonka ogłaszającego przerwę przywoływał go do rzeczywistości. Wtedy zaczynał wykład, albo przepytywał z zadanej poprzednio lekcji. Bywało tak, że dyrektor Francuz otwierał drzwi i mówił „panie profesorze Jasiewicz, już przerwa, trzeba kończyć”.

Był to typowy profesor posiadający swoje zalety, ale też trochę dziwaczne, nieszkodliwe wady, które się pamiętało, a niekiedy były one wskazówkami dla dalszego postępowania w późniejszym życiu. Zapamiętałem taki oto moment. Wywołał mnie kiedyś do odpowiedzi i zadał po niemiecku pytanie. Odpowiedziałem: „panie profesorze, nie wiem”. Sądziłem, że dostane dwójkę, ale jej nie zanotował w dzienniku. Powiedział natomiast co następuje: „dobrze, że nie wiesz, bo są tacy, którzy nie wiedzą, że nie wiedzą”. Byłem zdziwiony, ale po przemyśleniu tej wypowiedzi, doszedłem do wniosku, że tkwi w tym powiedzeniu głęboka myśl. Ileż bowiem jest wokół nas ludzi, którzy nie wiedzą, albo nie zdają sobie sprawy, że są nieświadomi tego, ze źle postępują, bo nie wiedzą, że źle robią.

Lubił młodzież i pracę z nią. Po lekcjach uczył nas śpiewania pieśni patriotycznych. Sam ułożył słowa i melodię pieśni na okoliczność imienin dyrektora. Sam ją zaśpiewał i nas uczył śpiewać. Miała być ona wykonana przez wszystkich uczniów na dziedzińcu w dniu imienin dyrektora. Był reżyserem tej uroczystości. Wszystkie klasy miały utworzyć szpaler, a w momencie, kiedy w nim ukaże się dyrektor, na dany przez profesora Jasiewicza znak, trzeba było zacząć śpiewać wyuczoną pieśń. Jej słowa brzmiały:
Niech żyje nam, niech żyje nam, niech żyje nam!
Niech żyje nam, niech żyje nam, wiwat, niech żyje nam!
Wiwat, niech żyje nam.

Niech żyje nam dla ojczyzny i dla chwały, niechaj żyje nam!
Kiedy śpiewanie wychodziło nam anemicznie, denerwował się i mówił, że trzeba ją śpiewać tak głośno, żeby się mury trzęsły. Kiedy sam ją zaśpiewał głośno, to trzeba było uznać, że miał rzeczywiście potężny głos. Nadszedł wreszcie dzień imienin dyrektora. Wszystko przebiegało według ustalonego wcześniej scenariusza. Wypadło dobrze, prof. Jasiewicz był zadowolony. My też.

Na zdjęciu: uczniowie i grono profesorskie Prywatnego Gimnazjum Koedukacyjnego w Starachowicach na wycieczce w Częstochowie (rok szkolny 1938/1939).

Adres

Starachowice
27-200

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy I LO im. Tadeusza Kościuszki w Starachowicach umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Ta Szkoła

Wyślij wiadomość do I LO im. Tadeusza Kościuszki w Starachowicach:

Skróty

Udostępnij

Kategoria