23/06/2026
Pienińska epopeja - czyli legendarna opowieść o wielkich podbojach, zdobytych szczytach i spienionych wodach Dunajca.
Nie tak dawno temu, jakby mogło się wydawać (a dokładniej był to czerwiec roku pańskiego 2026), po roku szkolnym pełnym trudów i zmagań, żądza przygód zapaliła serca naszej drużyny ( wywodzącej się z klas 1b, 1a i 1f ). Wyruszyliśmy więc na podbój nieznanych lądów. Pierwszym bastionem, który stanął na naszym szlaku był gród rządzony przez tajemniczego Ojca Mateusza - starożytny Sandomierz. Tam, pośród wąwozów i wiekowych murów, śmiałkowie musieli uważać na grasujących na rowerach strażników prawa. Tam też zjedliśmy pierwsze zapasy prowiantu, by chwilę później ruszyć ku sercu dzikich Pienin...
Naszą warownią i miejscem spoczynku stało się Krościenko. Stąd każdego ranka, po spożyciu obfitego jadła, ruszaliśmy na spotkanie z przeznaczeniem. Naszą pierwszą próbą była wspinaczka na podniebny bastion Trzech Koron, gdzie deszcz smagał utrudzone twarze wędrowców, wiatr targał szatami, a lęk wysokości testował męstwo najodważniejszych. Pomimo ogromnych przeciwności losu, misja zakończyła się spektakularnym sukcesem.
Kolejnym wyzwaniem, które zostało postawione przed dzielną drużyną była walka z rzecznym, nieprzewidywalnym żywiołem. Śmiałkowie odbyli wyprawę na gumowych smokach ( lub jak to mówią niewtajemniczeni - pontonach) przez rwące odmęty Dunajca pod wodzą nieustraszonych sternickich magów. Zakończyła się ona pełnym i bezkrwawym zwycięstwem. Wieść niesie, że gdyby słynny zbójnik Janosik żył w owych czasach i widział naszą uciechę oraz odwagę, porzuciłby grabieże panów, by tylko móc raz spłynąć z nami na takowych potężnych, napełnionych powietrzem smokach. Zapewne też z zazdrości zzieleniałby mocniej niż pienińskie lasy.
Po zwycięskim starciu dzielnej drużynie należał się odpoczynek. Wybrała się więc na wielki i gwarny tatrzański jarmark - Krupówki, gdzie tubylcy ( zwani góralami) kusili wędrowców oscypkami oraz pamiątkami sprowadzanymi zza siedmiu gór, siedmiu rzek i jednego Wielkiego Muru.
Wrażeń już było co nie miara, pozostał tylko ostatni mrożący krew w żyłach punkt wyprawy - Niedzica - zamek, w którym straszy. Legenda głosi, że tamtejszy duch - Biała Dama nocami snuje się po murach. Ku rozczarowaniu niektórych ( i uldze większości), zjawa nie odważyła się stanąć oko w oko z naszą rozkrzyczaną kompanią. Zamiast tajemniczych skarbów znaleźliśmy za to tabliczki z napisem ,,Zakaz dotykania eksponatów " oraz budki z lodami, co nasza drużyna i tak uznała za spory sukces. Bez strat w ludziach opuściliśmy te nawiedzone progi.
Żadna, nawet najwspanialsza pieśń, nie może zakończyć się bez podziękowań tym, którzy tę wyprawę powołali do życia - Wybitnym Strategom. To ich niezłomna wola, anielska cierpliwość i logistyczna magia sprawiły, że bezpiecznie powróciliśmy w rodzinne strony.