11/08/2026
Czyli po co chodzić szlakiem, skoro można się z niego zejść.
Sześć osób. Jeden weekend. Tatry. Kilka kilogramów szpeju i przekonanie, że skoro pogoda jest dobra, to trzeba ją wykorzystać do ostatniego metra.
Sobota na rozgrzewkę. Darek zabiera nas w skałki, które zna od lat. Podobno właśnie tutaj, zamiast grzecznie siedzieć w szkole, przychodził się wspinać z bratem na wagary ;) . Historia brzmi wiarygodnie, dlatego lokalizacji oczywiście nie zdradzimy. Nie będziemy przecież psuć tradycji.
Skała, trening, kilka konkretnych przejść i można było szykować sprzęt na niedzielę.
Niedziela. Pobudka o godzinie, o której normalni ludzie dopiero przewracają się na drugi bok. Pogoda idealna. Tatry wyglądają tak, jakby ktoś specjalnie zamówił nam okno pogodowe. :D
Kierunek: Kościelec.
Podejście mija szybko, choć plecaki z każdym krokiem robią się dziwnie cięższe. Niby zabraliśmy tylko najpotrzebniejszy sprzęt. Tyle że „najpotrzebniejszy” w świecie wspinaczkowym oznacza mniej więcej pół sklepu.
Pod Kościelcem dzielimy się na dwa zespoły: młodszy i ten „bardziej” doświadczony. Cudzysłów pozostawiamy, bo nie chcemy wywoływać niepotrzebnych dyskusji.
Wbijamy się w ścianę.
I od tego momentu kończy się zwykła wycieczka. Zaczyna się wspinanie. Lina, uprzęże, karabinki, asekuracja, komendy i kolejne metry w górę. Skała robi swoje, człowiek też. Jest koncentracja, trochę zmęczenia i przede wszystkim ogromna satysfakcja.
W końcu oba zespoły, choć w innym czasie zdobywają Kościelca.
Jest moment na oddech, panoramę i tradycyjne „no dobra, teraz już tylko w dół”.
I tym razem naprawdę tylko w dół.
Schodzimy szlakiem w kierunku Zakopanego. Nogi zaczynają przypominać, że mają swoje prawa, plecaki nagle nie chcą ważyć ani grama mniej, a każdy kolejny krok przybliża nas do jedynego rozsądnego planu na wieczór: samochód, powrót do domu i łóżko.
Tatry zostają za nami.
Do zobaczenia na kolejnej wyprawie!