13/07/2026
zaskoczone i zmieszane.
- Ale ta postać wygląda, jakby ktoś ją delikatnie ułożył do snu - komentuje zdjęcie Renata. I rzeczywiście, coś w tym jest. Postać kobiety z dzieckiem znaleziona głęboko w jaskini Ostuni uderza czułością pochówku sprzed 28000 lat a jednocześnie - w zestawieniu z brutalną rzeczywistością współczesnego systemu ochrony zdrowia - obnaża najtrudniejszy paradoks ludzkiego postępu. Pokazuje jak wraz ze wzrostem technologicznego zaawansowania i bogactwa jako społeczeństwo potrafimy zatracić to, co najbardziej podstawowe - czystą, bezwarunkową empatię wobec najsłabszych.
Skąd to przemyślenie? Od dwóch tygodni w lokalnych mediach i grupach społecznych widzimy absurd sytuacji z Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach i kryzys, jaki nastąpił na oddziale neuroonkologii. Z historii o kobiecie w Ostuni przenosimy się do świata, który posiada nieograniczone (z perspektywy paleolitu) zasoby: zaawansowaną technologię, miliardowe budżety, szpitale z lądowiskami dla helikopterów i wiedzę medyczną pozwalającą ratować życie, które dawniej gasło w kilka godzin.
I w tym właśnie świecie, w obliczu kryzysu kadrowego czy biurokratycznego klinczu, zapada decyzja: zamykamy dobrze funkcjonujący oddział onkologii dziecięcej, na którym leczymy jedne z najsmutniejszych jednostek chorobowych - guzy mózgu, a dzieci rozsyłamy po kraju, ponieważ nowo utworzona jednostka w Zabrzu nie została wyposażona w odpowiednie narzędzia do sprawowania wielospecjalistycznej opieki nad dziećmi z guzami.
Mały pacjent onkologiczny przestaje być centrum wszechświata dla otoczenia, a staje się „przypadkiem do relokacji”. Urzędniczy język bez problemu maskuje tragedię ludzką terminami takimi jak „optymalizacja świadczeń” czy „Zarządzenie nr...”. Sytuacja, w której chore dzieci i ich rodziny są zmuszone do migracji medycznej w popłochu po całym kraju, pokazuje, że stworzyliśmy cywilizację genialną technicznie, ale potwornie niewydolną emocjonalnie. Ludzie z jaskini w Ostuni, nie mając nic, dali młodej dziewczynie i jej nienarodzonemu dziecku wszystko, co mogli – godność, pamięć i najwyższy szacunek. Współczesny system, mając wszelkie narzędzia, by nieść pomoc na miejscu, potrafi bezradnie rozłożyć ręce i odesłać chore dziecko dalej, bo nie zgadza się arkusz kalkulacyjny lub brakuje systemowego wsparcia dla personelu.
Komu zależało na tym aby stworzyć w Zabrzu centrum, czyje to ambicje? Na mój gust ośrodek przejmujący dziecięce oddziały zyskuje wyższą wycenę kontraktów z NFZ, silniejszą pozycję negocjacyjną oraz argumenty za dalszą rozbudową infrastruktury ze środków celowych. Lobby powiązane z Zabrzem, w strukturach uniwersyteckich silna pozycja szkoły zabrzańskiej konkurowała z ośrodkiem katowickim o prestiż, granty badawcze i prawo do prowadzenia kluczowych procedur. Rozbicie kompleksowości GCZD, gdzie pod jednym dachem znajdują się niemal wszystkie specjalizacje dziecięce – choćby SOR, onkologia litych guzów mózgu oraz neurochirurgia - i przeniesienie guzów do Zabrza, przerywa ciągłość opieki wielodyscyplinarnej. Żeby doszło do takich przenosin, kluczowe są opinie konsultantów krajowych i wojewódzkich w danych dziedzinach medycyny.
To takie moje spostrzeżenia. PTOHD jest zaskoczone i reaguje na kryzys... Ale czy cała reorganizacja działa się poza ich wiedzą? O niczym nie wiedzieli? Kto był osobą ostatecznie decydującą o połączeniu i takiej strukturze?
Właśnie w takim stanie jest systemowe leczenie guzów mózgu u dzieci w naszym kraju. A potem następuje zdziwienie, że rodzice leczą dzieci za granicą, w standardach europejskich, które odbiegają jednak od polskich.
Niespełna kilka miesięcy temu internet obiegły zdjęcia spektakularnych zbiórek Wielkiej Orkiestry i z cancer FIGHTERS Byliśmy świadkami pięknego oddolnego zrywu społeczeństwa, czyli widzieliśmy właśnie takie współczesne „plemię” działające z empaią, której brakuje systemowi. Kiedy system odwraca się plecami, uruchamia się naturalny mechanizm obronny: oddolna solidarność. Zwykli ludzie poruszeni czystym współczuciem oddają własne zasoby, by zbudować ochronny pancerz wokół śmiertelnie chorych dzieci. Łatają w ten sposób gigantyczne, systemowe dziury, których państwo od lat nie potrafi naprawić.
W tym miejscu pojawia się jednak brutalny kontrast. Do tej czystej, oddolnej energii natychmiast podłączają się elity, politycy i część influencerów, marki, dla których ludzka tragedia staje się walutą wizerunkową. Politycy prześcigają się w postach pełnych oburzenia lub dumy, chętnie fotografują się na tle nowoczesnego sprzętu kupionego przez fundacje albo składają puste deklaracje w świetle kamer. Rosną zasięgi budowane na empatii. Część influencerów traktuje obecność na oddziałach onkologicznych czy publiczne gesty solidarności jako idealne paliwo do generowania zasięgów. Ogrzewają się w cieple zbiórek, które zjednoczyły miliony, bo wiedzą, że sprzeciw wobec raka u dzieci to jedyny temat, który w spolaryzowanym świecie bezdyskusyjnie klika się pozytywnie.
Gdy gasną czerwone lampki kamer na streamach i kończą się konferencje prasowe, teatr się kończy. Emocjonalny zysk został skonsumowany, a pacjenci wracają do szarej rzeczywistości.
Najbardziej porażający jest kompletny brak długofalowej, strukturalnej refleksji. Żadna, nawet najbardziej rekordowa zbiórka publiczna nie zastąpi sprawnego państwa, ponieważ pieniądze to tylko jeden z elementów układanki. Prawdziwe przyczyny upadku oddziałów takich jak neuroonkologia w Katowicach leżą głęboko w zarządzaniu systemem. Sprzęt kupiony z charytatywnych milionów nie będzie leczył sam. W Polsce brakuje lekarzy specjalistów, a ci, którzy zostali, są skrajnie przeciążeni psychicznie i fizycznie. System nie oferuje im godnych warunków ani zaplecza. Finansowanie procedur medycznych, skomplikowane i nieprzyjazne procedury badań klinicznych oraz brak elastyczności w zarządzaniu kryzysowym sprawiają, że szpitale wolą zamknąć oddział, niż walczyć z wiatrakami.
Naprawianie systemu ochrony zdrowia to nudny, wieloletni proces wymagający reform strukturalnych. Nie da się go streścić w 15-sekundowym tiktoku, naprawić jedną rolką, nie da się na nim zrobić szybkiej kampanii wyborczej ani zebrać lajków. To praca niewidoczna dla kamer, więc nikt u władzy nie ma motywacji, by realnie się nią zająć.
Stworzyliśmy świat potwornego absurdu. Z jednej strony potrafimy jako naród zebrać ćwierć miliarda złotych w dziewięć dni, wykazując się empatią godną najwyższego podziwu, z drugiej pozwalamy, by te same dzieci, na których leczenie zrzucili się obywatele, były pakowane w karetki i przewożone na drugi koniec Polski, ponieważ bezduszny system doprowadził do ewakuacji jedynego specjalistycznego oddziału w regionie.
Ludzie z paleolitu, dysponując jedynie kamieniem, muszlami i ochrą, potrafili dać umierającej dziewczynie pełne zaangażowanie wspólnoty, godność i bezwzględne pierwszeństwo przed wszystkim innym. Współczesna machina państwowa, dysponując miliardami i technologią kosmiczną, rozkłada ręce i mówi przerażonym rodzicom: „Proszę szukać miejsca w innym województwie, u nas nie zgadza się arkusz kalkulacyjny”.
Guzy mózgu u dzieci TVN UWAGA! TVP3 Katowice Bedoes 2115