04/09/2024
4 wrzesień, początek szkoły i nauki… Formalnie, niektórzy bowiem twierdzą (mój syn), że w edukacji domowej wakacje w głowie trwają prawie cały rok. Radością jest bowiem działanie, kiedy podąża się za swoimi pasjami, kiedy człowiek uczy się, bo jest ciekawy świata, za niedogodność uporczywą mając w tej prawdziwej nauce przyswojenie podstawy programowej (przyswajamy ją w tzw. międzyczasie, jako dokumentnie odklejoną od rzeczywistości dzieci i dorosłych XXI wieku).
Na nowy rok szkolny mam dla Was kilka przemyśleń Marii Montessori – nic nie straciły na aktualności, a wręcz przeciwnie: ponad 100 lat po ich napisaniu są równie aktualne, jak szacunek do dziecka w pismach Janusza Korczaka.
Przez wiele lat „mówiłam prozą”: syna uczyłam zgodnie z metodyką Marii Montessori, nie mając pojęcia o jej dorobku. Wydawało mi się naturalne, że podążam za zainteresowaniami dziecka, zamiast narzucać mu moje widzenie świata. Każdy dzień wypełniony własnymi odkryciami synka był fascynujący dla nas obojga. W efekcie takiego podejścia syn w wieku pięciu lat płynnie czytał, pisał, znał tabliczkę mnożenia i był w nieustannym ruchu. Nauka nie była przymusem, zawsze dobrą zabawą. Kiedy znalazłam szkołę, która wzięła nas pod skrzydła w ramach edukacji domowej (MMS), dowiedziałam się, że „moje” metody edukacyjne… są znane od ponad 100 lat. I zawdzięczamy je Marii Montessori.
Według Marii Montessori dziecko do prawidłowego rozwoju potrzebuje swobody wewnętrznej, która mobilizuje je do rozwijania się. W publikacjach wskazywała na ławkę szkolną jako symbol zniewolenia uczniów: „Nadal wierzymy, że w szkole niezbędna jest ciężka ława szkolna, niemalże przygwożdżona do podłogi. Wszystko to bierze się z przeświadczenia, że dziecko powinno rosnąć w bezruchu”. A jest przeciwnie. Jak wiele znacie dzieci, które – genialne w piaskownicy – w wieku lat siedmiu tracą entuzjazm i swobodę z poznawania świata?
Nauka powinna sprawiać radość, nie może być przymusem. Wystarczy popatrzeć, ile radości daje dzieciom wizyta w Centrum Nauki Kopernik. Właśnie te zachwyty i fascynacje sprawiają, że odkrywamy naszą „iskrę” i w dorosłość podążamy za marzeniami z dzieciństwa.
Słynna sentencja z pedagogiki Marii Montessori „Pomóż mi zrobić to samemu!” zawiera głębokie przekonanie autorki, że wyręczając dzieci w robieniu tego, czego mogą się nauczyć, robimy im krzywdę. Nie pozwalamy się rozwinąć, rozłożyć skrzydeł, tłumimy ich naturalny rozwój.
Lubimy wędrować po górach. Młodszy syn wszedł pierwszy raz na Skrzyczne mając 4,5 roku. Samodzielnie, w lipcowym upale, w swoim tempie, z radością i zapałem małego człowieka robiącego liczne przerwy na obserwowanie mrówek i polnych kwiatów. Radość dziecka na szczycie, satysfakcja z własnego osiągnięcia: niesamowita. I równie wielkie oburzenie, kiedy tata zaproponował mu, że w drogę powrotną możemy zjechać kolejką linową.
– Sam wszedłem, sam zejdę! Ale ty możesz zjechać, jak jesteś zmęczony, mamusia ma więcej siły, zejdzie ze mną.
Maria Montessori tłumaczyła, że kary i nagrody pochodzą z zewnątrz. A chodzi o budowanie siły wewnętrznej człowieka, wynikającej ze swobody i poczucia wolności. Nagroda nie pozwala się rozwijać, kara upokarza. Na jakich ludzi chcemy wychować dzieci? Odpowiedzialnych, uczciwych, podążających za swoimi marzeniami i wartościami, empatycznych, samodzielnie myślących? Każdy z nas ma taką listę w głowie. To są cechy i zachowania, które wypływają z siły wewnętrznej człowieka, nie wykształcimy ich za pomocą nagród i kar.
Obserwuję, jak mój młodszy syn wraca z treningu karate i w skupieniu zabiera się za powtarzanie tego, czego się właśnie nauczył. Mikołajowi nikt nie każe po raz kolejny powtarzać tej samej sekwencji ruchów: pozycja, skupienie, oddech, jeszcze raz. I jeszcze. Ta potrzeba wypływa z jego chęci rozwijania się. Kolejny kolor pasa jest wyłącznie potwierdzeniem nabytych już umiejętności, nigdy – celem do osiągnięcia.
Dla mnie lektura prac Marii Montessori stała się inspirującym doświadczeniem: potwierdzeniem działań, które podejmowałam zgodnie ze swoją wiedzą i wykształceniem, ale przede wszystkim zgodnie z wewnętrzną radością, jaką każdego dnia czułam, podążając za synami. Wskazując, nie żądając, wspólnie się bawiąc i zachęcając do samodzielnych poszukiwań stałam się świadkiem wspaniałego rozwoju moich dzieci.
Maria Montessori stworzyła spójny system pedagogiczny, w którym dzieci wzrastając w poczuciu własnej wartości i siły wewnętrznej, stają się samodzielne, wolne, niezależne, świadomie rozwijają swoje talenty, pasje i zainteresowania. Niestrudzenie tłumaczyła, że wolne dzieci wyrastają na wolnych, silnych i niezależnych dorosłych.
Jeśli macie ochotę dowiedzieć się więcej: sięgnijcie do materiału źródłowego, czyli książek Maria Montessori (fotki poniżej), a po zwięzłe przybliżenie zapraszam Was do lektury mojego artykułu w „Kredzie” nr 13 (link w komentarzu).