13/02/2024
Lepszej recenzji: nie tylko filmu, ale i istoty relacji rodzic-dziecko, nie przeczytacie. Polecam ♥️
Łkała. Siedziała z tyłu na kanapie w samochodzie i łkała...
*****
Kilkanaście minut wcześniej wyszliśmy z kina. Oglądaliśmy przedpremierowo film "Chłopiec z burzy" - chwytającą za sercę historię małego Michaela, który zaopiekował się trzema osieroconymi pelikanami. Rodziców piskląt zabili kłusownicy. Bez pomocy z zewnątrz zdechłyby z głodu i chłodu.
Chłopiec zabrał je do domu. Karmił, ogrzewał, bawił się z nimi. One dorastały razem z nim.
Tu trzeba dodać, że Michael był półsierotą. Mama i siostra zginęły w wypadku samochodowym. Mieszkał z ojcem nad brzegiem oceanu. Żyli niczym odludkowie: jedli to, co tata złowił, tata go uczył, tata go chronił. Zbudowali ze sobą relację silną, choć nierówną - tata był tym, który w domu decydował.
Jednak gdy Michael przyniósł pisklaki, coś się w nim zmieniło. Zobaczył, że wraz z tymi bezbronnymi ptakami do ich domu zawitała radość. Jakieś takie poczucie sensu, wykraczające ponad banalne iść, jeść, spać. Dodatkowo dostrzegł, że Michael dojrzał. Wziął na siebie odpowiedzialność za życie i był gotów do poświęceń. No i najważniejsze - tata dawno nie widział Michaela tak szczęśliwego. :)
[SPOILER ALERT!]
Jednak po jakimś czasie ptaki dorosły i musiały się usamodzielnić. Zdecydował o tym tata. Michael buntował się, ale powoli docierało do niego, że tak będzie dla nich lepiej.
Na szczęście ojciec nie napierał. Dał chłopcu czas na oswojenie się z myślami, ale i na uporządkowanie emocji. Spokojnie czekał na moment, aż Michael będzie gotowy na rozstanie.
Wreszcie nadszedł ten moment. Jednak jeden z pelikanów nie chciał odlecieć. Wrócił do Michaela. Nazywał się Pan Percival. Postanowił spędzić resztę życia u boku chłopca. Niestety, na jego drodze stanęli kłusownicy...
[KONIEC SPOILER ALERT]
*****
No więc łkała. Milcząco, bez słów. Po prostu co jakiś czas pociągała nosem i wydawała jęk. Przeszywający, drapiący w serce mnie, jej ojca.
- Mogę jakoś ci pomóc? - zapytałem.
- Nie...
- Czy coś się stało?
- Nie.
- No przecież widzę, że coś się dzieje.
- Nie! - podniosła głos.
Odpuściłem.
Przypomniałem sobie, że ojciec Michaela w trudnych dla niego momentach też odpuszczał. Zamiast moralizować, milczał. Zamiast dawać rady, był tuż obok. Reagował, gdy Michael dał wyraźnie znać, że tego chce i potrzebuje. Dzięki temu emocje chłopca były uporządkowane, a decyzje przemyślane.
Postanowiłem też tak zrobić w stosunku do swojej córki.
Być.
Trwało to jakieś 3 godziny. Siedziałem z nią, przytulałem, odchodziłem, wracałem, siedziałem, przytulałem...
Byłem.
W pewnym momencie zaczęła się ze mną przekomarzać. Jakoś tak banalnie, na zasadzie przepychania się, kto silniejszy. Wciąż trochę opuchnięta od łez, ale już z uśmiechem na ustach. Wróciła.
Wciąż nie wiem, czy jej smutek był prostą reakcją na obejrzany film. A może ta historia wyzwoliła w niej jakieś głębiej ukryte wspomnienia, doświadczenia czy przeżycia? Nie wiem, nie chciała mówić. Uszanowałem to.
Opowie, kiedy zechce. Ja będę czekać. Tuż obok.
PS: Idźcie z dziećmi do kina na "Chłopca z burzy" albo przeczytajcie z nimi książkę pod tym samym tytułem. Może dzięki temu zrobicie krok bliżej: bliżej własnych serc albo bliżej siebie nawzajem. Albo tu i tu. Warto!