05/06/2026
W sprawie afery o lody i czerwony pasek wypowiem się i ja. Muszę powiedzieć, że jako rodzicowi nigdy szczególnie mi nie zależało, żeby moje dzieci miały czerwony pasek, tzn. jak miały to super, a jak nie miały to też ok. Akurat moje osobiste dzieci zazwyczaj nie miały/nie mają, bo nasza rodzinka jest adhdowa i ciężko przez to jest im mieć bdb z zachowania... Ja sama jako dziecko i nastolatka miałam jednakowoż presję czerwonego p***a i nie wyobrażałam sobie, żebym go nie miała, tak więc zarówno w sp jak i w liceum go miałam, a nawet ukończyłam szkołę średnią z wyróżnieniem. Co jakby niczego nie zmienia (z perspektywy czasu), ale to było bardzo ważne dla moich rodziców, i tu dochodzimy do sedna - 25 lat temu było inaczej. Wtedy nie było tematu czy czerwony pasek to rzeczywista nagroda za osiągnięcia, czy każde dziecko startuje z tego samego miejsca (spojler - nie) i co czuje dziecko, które się stara, ale pasek jest po prostu poza jego zasięgiem. Dlatego inicjatywa sprzed 25 lat była super i pomysł nagradzania wyróżnionych uczniów był git. Teraz jesteśmy w innym miejscu, wiemy już, że czerwony pasek po pierwsze życiowo nie ma większego znaczenia, a po drugie, że nie jest tak naprawdę wyznacznikiem niczego oprócz tego, że dane dziecko, w danej szkole jest w stanie zdobyć średnią powyżej 4,75 i bdb lub wzorowe zachowanie.
Cała afera, że przedsiębiorca może sobie sam decydować, i że rzecznik praw dziecka ma ważniejsze zadania niż ingerowanie w rozdawnictwo lodów pokazuje tylko, że może to był dobry ruch, bo sprawa stała się viralowa i dużo ludzi może choć przez chwilę zastanowi się nad tym, o czym jest ten czerwony pasek.
Chociaż na merytoryczną dyskusję trudno liczyć, patrząc na komentarze pod różnymi postami na ten temat...
Ja z tego miejsca chciałam tylko zwrócić uwagę, że ta rzeczywistość jest inna i mocno się zmieniła przez te 25 lat, i że nie wszystko co jest "tradycją" jest dobre, nawet przy dobrych intencjach - wystarczy wyobrazić sobie, że do lodziarni w Pszczynie idzie klasa po rozdaniu świadectw. I co, wtedy to jest spoko? Że część dzieci dostaje lody za darmo, a część... no może sobie kupić. Jako nauczycielka nie wyobrażam sobie takiego wyjścia. I również z tej pozycji powiem wam w zaufaniu, że oceny... nie są super ważne. Osobiście nie przepadam za tym momentem w roku (dobrze że w mojej szkole tylko 2 razy w roku), bo to jest często takie uśrednianie. Jak ocenić ucznia, który bardzo się stara, ale mu nie wychodzi? Albo takiego, co ma zdolności językowe i nieźle mu idzie, ale nie wkłada wysiłku? Albo czasem wkłada i napisze sprawdzian super, a czasem wcale i jeszcze przeszkadza? Nie jest to łatwe zadanie. Nie zapominajmy też, że oceny, pomimo najszczerszych chęci, są na swój sposób subiektywne, bo - in the end - nauczyciel też człowiek 🤷