27/07/2026
"(...) początek pracy nad zmianą zachowania ucznia polega na tym, że nie wolno mi stracić do niego szacunku. Niezależnie od tego, co się dzieje, muszę ten szacunek i życzliwość zachować, bo jestem dorosły i rozumiem swoją zawodową rolę. (...) Można reagować stanowczo, a nawet bardzo stanowczo, ale zawsze z szacunkiem dla dziecka, które tego szacunku nam nie okazuje. (...) Pogarda, wrogość, złośliwość i wdawanie się w pyskówki nie są dobrym pomysłem. (...) Dla mnie są to reakcje z poziomu rówieśnika, a nie dorosłego. Brak szacunku wobec dziecka – niezależnie od tego, jak się zachowuje – eliminuje nas jako osoby mogące cokolwiek zmienić na lepsze." - Polecam tekst oraz najnowsze wpisy dotyczące m.in. tego, że w pracy nad trudnymi zachowaniami u uczniów, ważny jest zespół, składający się nie tylko nauczycieli, ale również z dyrekcji.
Przypominam sobie, ile razy w ostatnich trzech latach zostałem uderzony przez uczniów w twarz, ile razy oberwałem w brzuch, ile razy zostałem kopnięty, opluty, oblany moczem, ugryziony, wulgarnie zwyzwany, ile razy rzucono we mnie ciężkim przedmiotem, np. krzesłem. Nie umiem tego policzyć. Mam kontakt z uczniami ze szkół ogólnodostępnych i specjalnych, publicznych i niepublicznych, z którymi nauczyciele, psycholodzy i rodzice sobie nie radzą.
Wczorajszy tekst był o tym, że w takich sytuacjach początek pracy nad zmianą zachowania ucznia polega na tym, że nie wolno mi stracić do niego szacunku. Niezależnie od tego, co się dzieje, muszę ten szacunek i życzliwość zachować, bo jestem dorosły i rozumiem swoją zawodową rolę. Nie mogę schować się za procedurą. Boję się, że stracę oko, że uczeń złamie mi palec, wybije bark czy wyrwie włosy. To nie jest tylko teoria. Spotykam dzieci, które wcześniej zrobiły to już innym nauczycielom.
Nie oczekuję od nauczycieli, że będą pracować z uczniami zachowującymi się w tak skrajny sposób. Zwyczajnie aroganckie i prowokacyjne zachowania dzieci są w szkołach powszechne, o czym sami Państwo piszecie. Zasada „bycia dorosłym” w takiej relacji, polegająca na zachowaniu szacunku wobec ucznia, nadal obowiązuje. Chowanie głowy w piasek, ucieczka, ale też agresja słowna wobec ucznia (błędnie nazywana stawianiem granic) są wyrazem bezradności. Można reagować stanowczo, a nawet bardzo stanowczo, ale zawsze z szacunkiem dla dziecka, które tego szacunku nam nie okazuje.
Pogarda, wrogość, złośliwość i wdawanie się w pyskówki nie są dobrym pomysłem. Niektórzy z Państwa bronią takich reakcji nauczycieli, cytując odzywki uczniów. Według moich polemistów bezczelność dzieci usprawiedliwia bezczelność nauczycieli. Niektórzy wskazują nawet na rzekomo dobre wychowawczo skutki chamskich zachowań nauczycieli, którzy potrafią skutecznie „zamknąć uczniowi usta”. To ma być dla uczniów świetna lekcja życia. Dla mnie są to reakcje z poziomu rówieśnika, a nie dorosłego. Brak szacunku wobec dziecka – niezależnie od tego, jak się zachowuje – eliminuje nas jako osoby mogące cokolwiek zmienić na lepsze.
Ciekawe jest to, że równolegle inni nauczyciele twierdzą, iż obrażam nauczycieli, ponieważ ani oni, ani żaden znany im nauczyciel nigdy nie odzywa się do uczniów w sposób poniżający. Czyli według nich wywołałem ten temat wyłącznie po to, by zwiększyć zasięgi.
Nie mam nic przeciwko ciętym ripostom ani wielu innym stanowczym reakcjom, jeśli nauczyciel, reagując, nadal szanuje dziecko. Sam wielokrotnie odpowiadałem mocnym żartem lub bardzo stanowczym zachowaniem. Stanowczość i okazanie siły są czasem konieczne i można to zrobić na wiele sposobów, nie gubiąc przy tym szacunku do dziecka.
Wiele osób we wczorajszej dyskusji zarzuciło mi, że zgadzam się na bezczelne i chamskie zachowania uczniów. To dość zabawny zarzut. „Zgoda” lub „niezgoda” na takie zachowania to przecież puste hasła. Nie mam zgody na choroby dzieci, ale moja niezgoda nikogo nie wyleczy. Nawet gdyby wszyscy ludzie na świecie sprzeciwiali się chorobom i cierpieniu, chorób i cierpienia od tego nie ubędzie. Nawet jeśli wszyscy będą chórem powtarzać, że na takie zachowania uczniów „nie ma zgody”, niczego to nie zmieni. Potrzeba lekarzy, którzy potrafią leczyć, a nie ludzi, którzy jedynie sprzeciwiają się chorobom. Dzieci potrzebują dorosłych, którzy potrafią je wychowywać, a nie dorosłych, którzy jedynie nie zgadzają się na to, że dzieci są niewychowane.
Nauczyciel, ucząc, wychowuje. Nie da się tych procesów rozdzielić. To, jaki jest w relacji z dzieckiem i jakie ma do niego nastawienie, może dziecko budować albo niszczyć. Zachowanie nauczyciela nie jest neutralne i nie pozostaje bez wpływu na funkcjonowanie ucznia. Nauczyciele wychowują, bo mogą ranić albo wzmacniać. Chcą tego czy nie.
Okazywanie dziecku szacunku – także temu, które nie okazuje szacunku nauczycielowi – jest wyrazem dojrzałości oraz świadomości własnej roli zawodowej. Obrażanie się na dzieci za to, że nie spełniają naszych oczekiwań, jest dziecinne. Demonstrowanie oburzenia na to, że dzieci są źle wychowane, jest przejawem naiwności, a nie profesjonalizmu.
Jacek Kielin
17/07/2026
06/07/2026
04/07/2026
02/07/2026
30/06/2026
25/06/2026
20/06/2026
14/06/2026
13/06/2026