15/04/2025
Mamy nie mają przerw.
Nie ma chorobowego, nie ma końca zmiany. Nie wylogujesz się z bycia mamą jak z systemu, którego nie chcesz już obsługiwać do końca dnia.
Zmywamy naczynia z dzieckiem na biodrze, ogarniamy dom, karmimy dzieci, zapisujemy je na wizyty, do przedszkola, wozimy na terapię, konsultacje i dodatkowe zajęcia.
Walczymy z praniem, zabawkami i resztkami jedzenia, które próbują przejąć kontrolę nad przestrzenią i naszym czasem. Często im się udaje.
Walczymy z nocnymi koszmarami, tuląc przed snem jak i nocami, by finalnie zapaść w głęboki sen na kilka minut na skraju łóżka, po to by być znów wybudzonym płaczem i sprintem ratować przed potworami, piratami, morzem czy kometami, przychodzącymi do dziecka przed snem.
Nasze wsparcie trwa od rana do rana. Od nocy do nocy. Zapętla się wszystko, obowiązki i potrzeby dziecka z tym, co trzeba także zrobić by utrzymać siebie przy zdrowiu i w jakimkolwiek kształcie by funkcjonować.
I jeszcze oczekuje się od nas, że damy radę — jakby to było nic.
Ale prawda jest taka, że jesteśmy zmęczone.
Przeciążone. Przebodźcowane.
Nasze prywatne problemy jako kobiet nie znikają nagle, bo zostałyśmy mamami. Zyskujemy nowy wymiar, poziom życia - płaszczyznę do ogarnięcia. A wydaje mi się, że to ogarnięcie nie jest możliwe, bo bałagan to nieodłączna definicja wielu jego obszarów.
Pomimo uśmiechu, który wielu z nas tak mocno przywarł do twarzy.
Nauczyłyśmy się chować łzy.
Ten uśmiech to wyraz obojętności i odpuszczenia, bo o wiele łatwiej jest nauczyć się uśmiechać pomimo bólu, niż opowiedzieć o nim i znów usłyszeć, że "przesadzasz", "inni mają gorzej", "poradzisz sobie", "nie wymyślaj" "jesteś sama sobie winna", "sama tego chciałaś".
Wewnątrz nas wraz z narodzinami dziecka umarła część... jaka? nie wiem... w każdej coś innego.
Codziennie stajemy do walki, nawet kiedy jesteśmy na granicy wyczerpania.
Ludzie mówią: „jesteś silna, dasz sobie radę”.
Ale siła nie znaczy, że nie potrzebujemy wsparcia.
Czasem wystarczy, żeby ktoś zapytał: „hej, wszystko okej?” I czasami odpowiedź na to jest tak długa, że chyba potrzeba by było sztabu ludzi, by wszystkie supełki naszego życia rozwiązać.
Z doświadczenia wiem, że pomaga oddychanie, nie papieros.
Zdrowe odżywianie, nie szybkie jedzenie kupione w nagrodę bądź na ukojenie nerwów.
Odpowiednie nawodnienie, nie alkohol.
Najlepsze jest to, że to my mamy tę sprawczość, by uratować same siebie.
Chciałabym by każda mama doceniona została za to, co robi, a czego nie widać. By ludzie, którzy tak oceniają zobaczyli faktycznie, ile naprawdę dźwigamy.
Czy to jest możliwe?
Nie wiem.
Wierzę, że słowa krytyki, negatywnych ocen ludzi oceniających samotne mamy zastąpi mądrość i skłonność do refleksji.
Samotne macierzyństwo to nie przekleństwo ani użalanie się nad sobą. To nieustanna walka ze sobą samą, by w dzień i w nocy w jednym ciele matki zmieścić energię i sposób podejścia do dziecka, do wychowania, do opieki także ojca.
Bo każda z nas robi absolutnie wszystko, co w jej mocy, by zapewnić dziecku byt. Zapominamy jednak często w tym wszystkim, że w życiu nie chodzi o przetrwanie, lecz o obecność.