20/08/2026
Jest od jakiegoś czasu w psiej części internetu taki „treser-magik”. Jeden z tych, którzy „naprawiają” psy w dwie godziny. Jego metody od początku budziły we mnie bardzo konkretne skojarzenie – nie ze szkoleniem zwierząt, behawioryzmem czy terapią zachowania, ale raczej z metodami podporządkowywania ludzi znanymi z więzień albo czasów wojskowej „fali”. Zastraszyć, złamać, wymusić podporządkowanie, a potem pokazać w internecie „efekt”. Pies już się nie rzuca, nie protestuje, nie podejmuje działania. „Naprawiony”.
Ten człowiek pojawiał się kiedyś również na naszym profilu, próbując podważać nasze metody pracy i przy okazji reklamować swoje usługi. W swoich social mediach chwalił się kopiowaniem uszu u swoich psów, a publikowane przez niego filmy dotyczące traktowania zwierząt od dawna budziły moje ogromne wątpliwości dotyczące tego, czy nie przekraczają granicy, za którą kończy się „metoda szkoleniowa”, a zaczyna zwyczajne znęcanie się nad zwierzęciem.
I teraz dochodzimy do części tej historii, która jest tak absurdalna, że gdyby ktoś wymyślił ją na potrzeby filmu, uznałabym scenariusz za przesadzony. Jak informuje TVP3 Bydgoszcz, Dariusz M. był już wcześniej skazany za zabójstwo. W latach 90. w Sadkach podłożył ładunek wybuchowy pod samochód człowieka, którego zamierzał zabić. Przez przypadek do samochodu wsiadł brat niedoszłej ofiary i to on zginął w zamachu. W 1998 roku Dariusz M. został za to skazany na 25 lat pozbawienia wolności.
Po wyjściu na wolność dopuścił się kolejnego przestępstwa. Tym razem jego ofiarą było zwierzę. Według ustaleń prokuratury 14 kwietnia 2025 roku w Sadkach wielokrotnie kopał kota, powodując u niego uszkodzenia wielonarządowe skutkujące śmiercią zwierzęcia. Sąd w Nakle skazał go za to na 5 miesięcy pozbawienia wolności oraz nakazał wpłatę 3 tys. zł na rzecz Schroniska dla Zwierząt w Bydgoszczy. Wyrok nie jest jeszcze prawomocny.
I wiecie co? Jest coś, co chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Taka patologia, jawna przemoc wobec zwierząt i ludzie bez elementarnej wiedzy, empatii czy jakiegokolwiek przygotowania zawsze znajdą w internecie ogromną grupę fanów. Wystarczy być odpowiednio głośnym, pewnym siebie i pokazać spektakularne „przed i po”. Tymczasem naprawdę dobrzy trenerzy, którzy uczą się latami, aktualizują wiedzę, rozumieją mechanizmy uczenia się, emocje i zachowanie psa, często nie są w stanie przebić się przez ściek, który zalewa trenerską część internetu.
Bo wiedza jest mało widowiskowa. Proces wymaga czasu. Dobra terapia zachowania rzadko wygląda spektakularnie na trzydziestosekundowej rolce. Za to przemoc sprzedaje się znakomicie. Pies przed „treningiem” szczeka, rzuca się, protestuje, a po dwóch godzinach stoi nieruchomo. Internet krzyczy: „Ale efekt!”. Tylko że złamanie psa nie jest jego naprawieniem. Stłumienie zachowania nie oznacza rozwiązania problemu, bezruch nie oznacza spokoju, a podporządkowanie osiągnięte strachem nie jest terapią.
Najsmutniejsze jest to, że nawet po tej historii zapewne znajdą się ludzie, którzy nadal będą tego człowieka bronić. Kiedy wróci do social mediów, prawdopodobnie znowu pojawią się klienci gotowi oddać mu swoje psy, a ci, którzy będą zwracać uwagę na sposób traktowania zwierząt, znowu mogą usłyszeć wyzwiska czy groźby.
Ale wiecie co? Właśnie dlatego trzeba zgłaszać. Każdą groźbę, każdy film, który może dokumentować znęcanie się nad zwierzęciem, każde podejrzenie popełnienia przestępstwa w tym naruszenie dóbr osobistych. Nie tylko pisać oburzony komentarz pod rolką. Zapisywać linki, robić screeny, zabezpieczać nagrania, daty i zgłaszać je tam, gdzie powinny trafić. Bo może za pierwszym razem nikt nie zareaguje. Może za drugim też nie. Ale w końcu ktoś zobaczy to, co my widzimy od dawna.
Popularność nie jest dowodem kompetencji, tysiące obserwujących nie są świadectwem wiedzy, a przemoc psychiczna nie staje się metodą szkoleniową tylko dlatego, że człowiek stosujący ją wobec zwierzęcia nazywa siebie trenerem psów i ma kilka tysiecy fanów.