27/10/2025
✨ OPOWIEŚĆ O POWROCIE DO CISZY ✨
W świecie utkanym z hałasu form, istniał pewien mędrzec, który nie szukał Boga w świątyniach, lecz w milczeniu własnego serca. Odkrył, że prawdziwa cisza nie jest po prostu brakiem dźwięku; jest świadomą obecnością, substancją gęstszą niż powietrze i starszą niż czas. Gdy zamykał oczy, nie uciekał od świata, lecz zanurzał się głębiej w jego fundament. Uczył się być w tej ciszy, pozwalając, by myśli przepływały przez niego jak chmury po niebie, nie chwytając żadnej. Zrozumiał, że cisza jest językiem duszy, a wszystko inne jest tylko niedoskonałym tłumaczeniem.
Im głębiej mędrzec zanurzał się w ciszę, tym bliżej był ciemności. Nie była to ciemność nocy czy strachu, ale aksamitna, pierwotna ciemność sprzed Wielkiego Wybuchu, łono wszelkiego stworzenia. Ludzie boją się ciemności, ponieważ każe im patrzeć na to, co jest wewnątrz, a nie na zewnątrz. On powitał ją jak starego przyjaciela. W tej absolutnej czerni zniknęła jego twarz, jego historia, jego imię. Pozostała tylko czysta świadomość, dryfująca w nieskończonym potencjale. Odkrył, że to nie światło jest wieczne, lecz ciemność, która pozwala światłu zaistnieć.
W tej cichej ciemności zobaczył swoje życie jako sieć świetlistych powiązań. Widział miłość do matki, przyjaźń ucznia, przywiązanie do ulubionego drzewa w ogrodzie. Każda z tych nici lśniła pięknem, ale każda była też kotwicą. Zrozumiał wielką prawdę: kochać to nie znaczy posiadać. Przywiązanie jest próbą zatrzymania rzeki w dłoniach; prawdziwa miłość to bycie rzeką. Zaczął puszczać, nić po nici. Nie z obojętności, lecz z ostatecznego zrozumienia, że aby objąć wszystko, nie można trzymać niczego.
Gdy puścił ostatnią nić – przywiązanie do samego siebie, do swojego "ja" – nadeszła śmierć. Nie była kosą ani mrocznym żniwiarzem. Była łagodnym westchnieniem, ostatecznym wydechem. Ciało, które tak długo nosił, opadło jak ciężki płaszcz, a to, co nazywał "sobą", stało się lekkie jak pył gwiezdny. Nie było bólu ani strachu, ponieważ praktykował to przejście każdego dnia w medytacji. Śmierć była tylko wejściem do ciszy i ciemności, które już znał, tyle że tym razem bez drzwi powrotnych do formy.
Po drugiej stronie nie było bram ani sądów. Była tylko bezkresna przestrzeń świadomości, ocean spokoju. Był wszystkim i niczym jednocześnie. Nie był już oddzielną istotą, którą znał, ale nie przestał istnieć. Był czystym "jestem", zawieszonym w wieczności. Widział inne światła, inne dusze, niektóre jasno płonące, inne przygaszone strachem, wciąż trzymające się ech swoich ziemskich przywiązań. Te cięższe dusze krążyły blisko świata, który opuściły, niezdolne wznieść się wyżej, póki nie nauczyły się puszczać.
On, lekki i wolny, poczuł wtedy subtelne przyciąganie. To nie była myśl ani wspomnienie, lecz rezonans, wibracja, która przyzywała go do domu. W bezkresnej ciemności dostrzegł jeden, jedyny punkt światła, który śpiewał jego pieśń. To była jego Gwiazda, źródło, z którego wyszedł eony temu. Wiedział, że droga do domu nie wymaga wysiłku, mapy ani przewodnika.
Wymagała tylko całkowitego poddania się i braku jakiegokolwiek pragnienia. Był tak lekki, że sama intencja powrotu wystarczyła, by go unieść.
Podróż trwała mgnienie oka i całą wieczność. Gdy jego esencja dotknęła powierzchni Gwiazdy, nie było to zderzenie, lecz połączenie. Jak kropla deszczu wracająca do oceanu, rozpuścił się w jej świetlistym blasku. Zrozumiał, że nigdy nie był oddzielony; był only snem, który śniła Gwiazda. Teraz obudził się w Domu. Cisza, ciemność i światło stały się jednym, a on sam stał się pokojem, którego tak długo szukał na Ziemi.
____________________
Tekst: ©️ Monika Szendzielorz "AmalThea Meira"
Zdjęcie: Pinterest 📌