19/07/2026
Kiedy zwrócenie uczniowi uwagi stało się problemem?
Od pewnego czasu mam wrażenie, że w edukacji dzieje się coś bardzo niepokojącego.
Czytam relacje nauczycieli z różnych części kraju. Rozmawiam z dyrektorami. Śledzę dyskusje w mediach społecznościowych i coraz częściej odnoszę wrażenie, że wielu nauczycieli zaczyna bać się robić to, co jeszcze do niedawna było naturalnym elementem pracy wychowawczej - spokojnie, ale stanowczo reagować na niewłaściwe zachowanie ucznia.
Nie twierdzę, że tak wygląda każda szkoła. Na szczęście w wielu placówkach nadal współpraca z rodzicami opiera się na wzajemnym szacunku.
Ale trudno nie zauważyć, że podobne historie pojawiają się coraz częściej.
Nie chodzi o to, że dzieci się zmieniły. Każde pokolenie miało swoich buntowników, klasowych żartownisiów czy uczniów testujących granice.
Zmieniliśmy się my - dorośli.
Coraz częściej boimy się reagować.
Bo zwykłe:
„Proszę odłożyć telefon.”
„Nie przeszkadzaj kolegom.”
„Nie odzywaj się w taki sposób do nauczyciela.”
„Usiądź i wykonuj polecenie.”
…potrafi uruchomić lawinę.
Telefon od rodzica.
Mail z prośbą o wyjaśnienia.
Pretensje, że dziecko poczuło się zawstydzone.
Skarga, bo nauczyciel zwrócił uwagę przy całej klasie.
A przecież bardzo często na tym się nie kończy.
Coraz więcej nauczycieli opowiada o wiadomościach od rodziców wysyłanych późnym wieczorem z oczekiwaniem natychmiastowej odpowiedzi.
O mailach pisanych o 22.00 czy 23.00 z żądaniem wyjaśnień.
O zapowiedziach:
„Zgłoszę to dyrektorowi.”
„Napiszę do kuratorium.”
„Ta sprawa tak się nie skończy.”
Jeszcze bardziej niepokoi mnie jednak to, co dzieje się czasem w samej klasie.
Uczeń zamiast przyjąć uwagę zaczyna dyskutować z nauczycielem.
Przerywa.
Przegaduje się.
Podważa każde zdanie.
Zdarza się, że słyszymy:
„I co mi pani zrobi?”
„I tak mi nic nie możecie.”
„Zaraz zgłoszę to dyrektorowi.”
Jeszcze kilka lat temu takie słowa były czymś niewyobrażalnym.
Nie dlatego, że dzieci kiedyś były idealne.
Nigdy nie były.
Ale autorytet nauczyciela był czymś oczywistym.
Pamiętam szkołę ze swoich lat.
Nie była idealna.
Nie wszystko było wtedy dobre i wiele rzeczy na szczęście się zmieniło.
Moje czasy minęły już dawno temu.
Świat się zmienił.
Dzieci się zmieniły.
Szkoła również.
Ale to nie oznacza, że dorosły ma bać się postawić granicę.
Coraz częściej spotykam się z przekonaniem, że każdą uwagę należy poprzedzić długą rozmową, wyjaśnianiem emocji i negocjacją.
Tylko że w klasie siedzi jeszcze dwadzieścia kilka innych dzieci.
Co ma zrobić nauczyciel, kiedy jeden uczeń przez dziesięć minut komentuje każdą wypowiedź, rzuca papierkami, przeszkadza innym lub rozmawia przez pół lekcji?
Wyprowadzić go na indywidualną rozmowę?
A reszta klasy ma w tym czasie czekać?
Są sytuacje, w których potrzebna jest krótka, spokojna, ale stanowcza reakcja.
To nie jest brak szacunku.
To odpowiedzialność za wszystkich uczniów.
Coraz częściej słyszę również, że zwrócenie uwagi narusza poczucie bezpieczeństwa dziecka.
Ale czy pomyśleliśmy o bezpieczeństwie pozostałych uczniów?
O tych, którzy naprawdę chcą się uczyć, a przez ciągłe zakłócanie lekcji tracą kolejne minuty?
O nauczycielach, którzy każdego dnia próbują pogodzić indywidualne potrzeby uczniów z odpowiedzialnością za całą klasę?
Empatia jest niezwykle ważna.
Ale empatia nie oznacza braku granic.
Można jednocześnie rozumieć emocje dziecka i jasno powiedzieć:
„Nie zgadzam się na takie zachowanie.”
Można później porozmawiać.
Można wspólnie szukać rozwiązania.
Ale najpierw trzeba zatrzymać zachowanie, które przeszkadza innym.
Coraz częściej odnoszę wrażenie, że dzieci doskonale znają swoje prawa.
I bardzo dobrze.
Problem pojawia się wtedy, gdy zapominamy rozmawiać również o obowiązkach.
Bo prawo do nauki jednego ucznia kończy się tam, gdzie zaczyna się prawo drugiego do spokojnej lekcji.
Prawo do wyrażania emocji nie oznacza prawa do obrażania innych.
Prawo do własnego zdania nie oznacza prawa do lekceważenia nauczyciela.
Nie uczymy dzieci odpowiedzialności wtedy, gdy usprawiedliwiamy każde niewłaściwe zachowanie stresem, zmęczeniem czy gorszym dniem.
Oczywiście - takie sytuacje się zdarzają.
Ale odpowiedzialność również jest elementem wychowania.
Najbardziej martwi mnie nie to, że dzieci testują granice.
Robiły to od zawsze.
Martwi mnie to, że coraz więcej dorosłych zaczyna zastanawiać się, czy w ogóle warto reagować.
Bo jeśli nauczyciel przed zwróceniem uwagi bardziej myśli o możliwej skardze niż o dobru całej klasy, to znaczy, że gdzieś po drodze zachwialiśmy właściwe proporcje.
Szkoła nie przygotowuje wyłącznie do egzaminów.
Przygotowuje również do życia.
A w dorosłym świecie każdy z nas usłyszy kiedyś:
- proszę poprawić ten raport,
- spóźnił się Pan,
- to zadanie zostało wykonane nieprawidłowo,
- obowiązują określone zasady.
Jeżeli dziecko nigdy wcześniej nie nauczy się przyjmować konstruktywnej uwagi i ponosić konsekwencji swoich decyzji, będzie mu znacznie trudniej odnaleźć się w dorosłości.
Nie potrzebujemy powrotu do szkoły opartej na strachu.
Ale nie możemy również stworzyć szkoły, w której dorośli boją się powiedzieć zwykłe „stop”.
Bo dzieci nie potrzebują dorosłych, którzy będą bali się stawiać granice.
Potrzebują dorosłych, którzy zrobią to spokojnie, mądrze i z szacunkiem.
Autorytet nie rodzi się z krzyku.
Rodzi się z odwagi, konsekwencji i odpowiedzialności.
I mam coraz większą obawę, że jeśli będziemy bali się wymagać od dzieci, to za kilka lat to one zapłacą za to najwyższą cenę.
Inspiracją do tej refleksji był punkt widzenia Jacka Suligi, który skłonił mnie do własnych przemyśleń na temat roli autorytetu, odpowiedzialności i granic we współczesnej szkole.