26/12/2024
„Prawdziwemu Jonathanowi, który żyje w każdym z nas”
Większości mew nie zależy na tym, by nauczyć się o lataniu czegoś więcej ponad to, co najprostsze - jak dostać się z brzegu do pożywienia i jak powrócić. To nie latanie, lecz jedzenie ma dla nich największe znaczenie. Dla Jonathana jednak właśnie sztuka latania była najistotniejsza. Nade wszystko uwielbiał latać.
Taki sposób myślenia, jak się przekonał, nie przysparzał mu popularności wśród innych mew. Nawet jego rodziców ogarniała konsternacja, kiedy eksperymentując, spędzał samotnie całe dnie na wykonywaniu setek ślizgów na małej wysokości.
Nie wiedział, na przykład, dlaczego tak się dzieje, że gdy leci na wysokości mniejszej niż połowa rozpiętości skrzydeł, jest w stanie utrzymać się w powietrzu dłużej i z mniejszym wysiłkiem. Wykonywane przez niego loty ślizgowe nie kończyły się zwyczajnym pluskiem opuszczonych nóg o wodę, lecz długą, płaską smugą, gdy z nogami ciasno przylegającymi do tułowia dotykał powierzchni morza. Gdy na plaży zaczął ćwiczyć podchodzenie w ślizgu do lądowania na brzuchu, a potem mierzył krokami długość śladu na piasku, konsternacja jego rodziców dosięgła szczytu.
— Dlaczego, Jon, dlaczego? — spytała go matka. — Dlaczego nie możesz upodobnić się do reszty stada? Dlaczego latania na małej wysokości nie zostawisz pelikanom i albatrosom? Dlaczego nie jesz? Jon, zostały z ciebie przecież same pióra i kości!
— Nie zależy mi na tym, jak wyglądam, mamo. Chcę tylko dowiedzieć się, czego potrafię dokonać w powietrzu, a czego nie. Chcę wiedzieć.
— Posłuchaj, Jonathanie — rzekł życzliwie ojciec. — Zima już niedaleko. Łodzi rybackich będzie coraz mniej, a ryby zaczną schodzić coraz głębiej. Jeśli chcesz się uczyć, ucz się jak zdobywać pożywienie. Nie mamy nic przeciwko twojemu lataniu, ale nie najesz się szybowaniem, prawda? Nie zapominaj, że latasz po to, żeby jeść.
Jonathan przytaknął posłusznie. Przez kilka następnych dni usiłował zachowywać się tak jak inne mewy; starał się bardzo, pokrzykując i walcząc wraz ze stadem wokół pomostów i łodzi rybackich, nurkując w pogoni za resztkami ryb i kawałkami chleba. Ale nie mógł się w tym odnaleźć.
Przecież to nie ma najmniejszego sensu, pomyślał, celowo upuszczając z trudem zdobytą sardelę tak, żeby złapała ją goniąca go stara, wygłodniała mewa. Mógłbym poświęcić cały ten czas na naukę latania. Muszę się przecież jeszcze tyle nauczyć.
Upłynęło niewiele czasu, a Jonathan Gull znów latał samotnie nad pełnym morzem, szczęśliwy, głodny, pochłonięty nauką(…)
(…) Późno w nocy Jonathan dołączył do Stada. Czuł się bardzo zmęczony, kręciło mu się w głowie. Mimo to, podchodząc do lądowania, zatoczył z przyjemnością pętlę i zakręcił szybką beczkę tuż przed przyziemieniem. Kiedy im opowiem o dzisiejszym wyczynie, pomyślał, oszaleją z radości. Teraz dopiero warto żyć! Koniec z tym przepełnionym szarością, mozolnym fruwaniem do łodzi rybackich i z powrotem, nasze życie zyska nowy sens! Możemy wyzwolić się z ciemnoty i spojrzeć na siebie jak na istoty pełne zalet, inteligentne i uzdolnione. Możemy stać się wolni! Możemy nauczyć się latać!
Przyszłość mieniła się i jaśniała obiecująco. Kiedy wylądował, wszystkie mewy uczestniczyły w zebraniu Rady. Wyglądało na to, że radzono już od pewnego czasu, w rzeczywistości jednak czekano na niego.
— Jonathanie Livingston Seagull! Stań na Środku! — słowa Starszego brzmiały niezwykle uroczyście.
Wystąpienie na Środek oznaczało wielką hańbę lub wielki zaszczyt. Wyjściem na Środek, by dostąpić Zaszczytu, wyróżniano jedynie wybitnych przywódców. Na pewno, pomyślał, poranny Zlot dostrzegł mój dzisiejszy wyczyn! Ale ja nie potrzebuję zaszczytów,nie pragnę zostać przywódcą. Chcę tylko podzielić się tym, co odkryłem, otworzyć przed nami nowe horyzonty. Uczynił krok naprzód.
— Jonathanie Livingston Seagull — rzekł Starszy. — Stań na Środku! W obecności twoich współbraci okrywamy cię hańbą...
Poczuł się, jakby dostał obuchem w głowę. Nogi się pod nim ugięły, pióra opadły z rozpaczy, zaszumiało w uszach. Hańbą?! — pomyślał. Nie, to niemożliwe! A dzisiejszy wyczyn?! Nic nie rozumieją! To nie tak, nie tak!
— ...za swoją lekkomyślność, nieodpowiedzialność — recytował poważny głos — pogwałcenie godności i tradycji Rodziny Mew...
Publiczne potępienie równało się wykluczeniu ze społeczności Stada i skazaniu na samotne życie na Dalekich Skałach.
..pewnego dnia, Jonathanie, zrozumiesz, że nieodpowiedzialność nie popłaca. Życie jest niewiadomą i jest niepoznawalne. Wiemy jedynie, że zostaliśmy umieszczeni na tym świecie, by jeść i by utrzymywać się przy życiu tak długo, jak to możliwe.
Radzie Stada nie wolno odpowiadać, jednak podniesiony głos, który teraz zabrzmiał, należał do Jonathana.
— Nieodpowiedzialność?! Bracia! Kto jest bardziej odpowiedzialny niż ten, kto odnajduje i wierzy w głębszy sens życia. Przez tysiące lat uganialiśmy się za rybimi łbami, a teraz nasze życie ma nowy sens. Możemy poznawać, odkrywać, odnaleźć wolność. Dajcie mi szansę, pozwólcie pokazać sobie to, czego się nauczyłem...
Stado równie dobrze mogło być skałą.
— Więź Braterska została zerwana — wyrecytowały chórem mewy, przestały słuchać Jonathana i odwróciły się od niego.
Resztę swoich dni Jonathan spędził samotnie, za to wylatywał hen poza Dalekie Skały. Jedynym jego zmartwieniem była nie samotność, ale to, że inne mewy nie chciały uwierzyć we wspaniałość latania; że nie chciały przejrzeć i zrozumieć…
Richard Bach - Mewa