05/10/2021
Piętnaście lat temu napisałam opowiadanie dla dzieci. Ukazało się ono m.in. w tomie „1989. Dziesięć opowiadań o burzeniu murów”, zbiorze opowiadań stworzonych przez dziesięcioro europejskich autorów i autorek. Opowiadania pomieszczone w antologii wydanej z okazji dwudziestolecia upadku muru berlińskiego miały, pośród innych wartości, uświadamiać dzieciom, które urodziły się już po rozebraniu tej fizycznej i symbolicznej granicy pomiędzy światem zachodnich demokracji a obozem państw „socjalistycznych”, że jako ludzkość nie zaprzestaliśmy budować nowych murów. Utwory miały być wielogłosową przestrogą przed powrotem do tamtych czasów.
Dziś to małe opowiadanie okazało się prorocze.
Jako obywatelka Polski i Europejka, obserwując to, co dzieje się dzisiaj na wschodniej granicy Polski, widzę cierpienie ludzi za nowym, następnym murem. Czuję się bezradna. Jest we mnie gniew i wstyd. Chciałabym, żeby słowa mogły działać i zmieniać świat na lepsze.
Poniżej załączam Państwu to opowiadanie.
„Człowiek, który nie lubił swojej pracy"
Pewien człowiek bardzo nie lubił swojej pracy, kiedy więc stało się już pewne, że ją wkrótce straci, poczuł się mimo wszystko zadowolony.
Nie lubił swojej pracy dlatego, że wydawała mu się bezsensowna. Nie posuwała niczego do przodu, nie przynosiła żadnych konkretnych zysków, nie dawała radości, nic z tego nie powstawało. Polegała zaś na chodzeniu po górach (czasami jeździł też motocyklem) i wypatrywania wszystkiego, co mogłoby się wydać podejrzane. To wszystko składało się na patrolowanie granicy. Był strażnikiem.
Granica była tutaj dość chimeryczna – przecinała strumienie na pół, biegła stromym zboczem, czasami otaczała jakiś szczyt i wycinała w świerkowych młodnikach puste tunele, w których puszyły się białe graniczne słupki. Strażnik wiele razy rozmyślał o kosztach utrzymywania takiej linii, którą na wszystkich mapach przedstawia się przerywaną kreską, co przecież nie oddaje absurdu wycinki drzew, koszenia trawy, corocznego bielenia słupów.
Po co to wszystko, mówił do siebie. Tyle zamieszania, tyle ludzkiej pracy, tyle wydatków.
Mimo wszystko przez lata starał się wykonywać swą pracę starannie. Zawsze był z nim pies, owczarek niemiecki o imieniu Bruno, istota melancholijna i pełna naturalnej mądrości. Z Bruniem dobrze się rozumieli, penetrując przygraniczny pas. Zawsze skręcali w tę samą stronę, zawsze chcieli odpocząć w tym samym miejscu. Można powiedzieć, że pilnowali, by przez granicę nie prześlizgnęła się nawet mysz, choć oczywiście w tym przypadku to powiedzenie jest niemądre. Granice zostały przecież pomyślane dla ludzi, nie dla zwierząt. Wiele razy strażnik był świadkiem, jak zwierzęta za nic miały jego pilnie strzeżoną granicę. Sarny i lisy zupełnie ignorowały białe słupki i godła państwowe. Do pobliskiej wsi po drugiej stronie udawał się też regularnie polski kot i strażnik był pewien, ż chodził tam na kocie panny. Nad granicznym pasem pięknie kołowały jastrzębie.
Mrówki rozkładały swoje mrowiska po obu stronach i budowały maleńkie trakty, przenosząc przez granicę martwe gąsienice, skrawki liści, sosnowe igły – bez cła!
Czasami spotykał i ludzi. Na przykład zdezorientowanych grzybiarzy, którzy podnieceni grzybobraniem tracili poczucie kierunków świata i odnajdywali się w innym kraju. Albo drwali, którzy wypili za dużo i z pijacką brawurą, która nie zna żadnych ograniczeń, ruszali przed siebie, śpiewając patriotyczne pieśni.
Takich ludzi należało dyscyplinować i karać. Dlatego strażnik miał obowiązek wylegitymować intruzów, a następnie zgłosić przestępstwo i – jeśli trzeba – aresztować burzycieli porządku. No, oczywiście byli i tacy, co przemycali przez granicę różne rzeczy. Na przykład alkohol, papierosy i kiełbasę salami.
Ostatnio strażnikom granicy zrobiono szkolenie na temat jeszcze innych niebezpiecznych jednostek. Byli to ci, którzy uciekli z własnego kraju i teraz próbowali nielegalnie i bez pozwolenia dostać się do Europy.
Tego październikowego dnia, zeszłego roku, strażnik z psem wspinali się właśnie na górę granicznym pasem. Był piękny, przezroczysty poranek i słońce powoli dochodziło zenitu, żeby przejść na drugą stronę. Strażnik był zmęczony i cieszył się na wieczorną transmisję meczu. I cieszył się z tego, że już niedługo pójdzie na wcześniejszą emeryturę, a wtedy będzie oglądał tyle meczów, ile zechce, a po lesie będzie chodzić tak, jak inni ludzie, zupełnie niewinnie, bez podejrzliwości, rozluźniony i bez munduru.
Wtedy zobaczył tych ludzi. Siedzieli na ziemi w milczeniu, może drzemali. Tylko kobieta, która karmiła dziecko, kołysała się w przód i w tył. Szybko ogarnął ich wzrokiem, czując, jak rośnie mu ciśnienie krwi. Policzył ich w myślach – sześcioro: dwóch mężczyzn, kobieta i trójka dzieci. Wyglądali na zmęczonych, ich twarze wydawały się ciemniejsze, jakby przed chwilą wyłonili się z mroku. Mieli plecaki i zniszczone ubrania. Strażnik już wiedział – odkrył nielegalnych ludzi, uchodźców, przychodźców, uciekinierów, włóczęgów, którzy przed chwilą przekroczyli granicę. Nigdy by nie pomyślał, że mu się to przydarzy, i to jeszcze w ostatnich dniach pracy.
Miał przed nimi tę przewagę (oprócz broni w kaburze wiszącej u pasa), że to on widział ich, a oni jego nie. Patrzył na nich z góry i zastanawiał się, co ma teraz zrobić. Według dobrze mu znanej instrukcji powinien zawiadomić bazę i ściągnąć tu innych; przyjechaliby wielkim terenowym mercedesem i zabrali przestępców do strażnicy. Poddano by ich przesłuchaniom i trzymano pod kluczem. Możliwe, że potrzebny byłby tłumacz. Potem okazałoby się pewnie, że nie mają paszportu ani wizy, ani niczego, co pozwalałoby im tu zostać. W końcu odbyłaby się rozprawa sądowa, zostaliby uznani za winnych nielegalnego przekroczenia granicy i deportowani tam, skąd przybyli. Tak się właśnie dzieje, kiedy ludzie łamią prawo.
Strażnik włączył walkie-talkie. Zatrzeszczało. Jeden z mężczyzn niespokojnie poruszył się, otworzył oczy i rozejrzał się dookoła. Nie popatrzył jednak w górę. Strażnik zobaczył dokładnie jego twarz i zrozumiał, że mężczyzna się boi. Domyślił się, że prawdopodobnie zabłądzili i są ledwie żywi ze zmęczenia i niepokoju, co będzie dalej. Tam w dole, gdzie siedzieli, było ciemnawo, jakby nocny chłód przyczaił się tylko w paprociach i leśnym poszyciu. Mężczyzna naciągnął na głowę kaptur i próbował wyczytać coś z mapy, którą rozłożył na ziemi. No tak, zabłądzili, pomyślał strażnik i wyłączył walkie-talkie. Bruno spojrzał na niego znacząco, jakby mu mówił: Zastanów się dobrze, co teraz zrobić.
Ruszył w ich stronę. Patrzyli na niego przerażeni. Czuł ich napięcie, byli jak sprężyny, które zaraz wystrzelą z ogromną siłą w mrok lasu. Kiedy kucnął przy nich i spojrzał przyjaźnie, kobieta z dzieckiem po dłuższej chwili odpowiedziała mu niepewnym uśmiechem. Powiedział do nich, żeby się nie bali, bo chce im pomóc, i był pewny, że go rozumieli.
– Gdzie my jesteśmy? – zapytali go w języku, którego nie znał, ale rozumiał każde słowo.
– W Polsce – powiedział. – Dokąd idziecie?
– Do Niemiec – odpowiedzieli i dodali po chwili: – Jesteśmy w Unii?
– Tak – odpowiedział z jakąś nagłą dumą.
Jasne, wahał się jeszcze przez chwilę, ale w gruncie rzeczy nie było tu już nic do myślenia. Niczego, nad czym trzeba by się było zastanawiać. Potrzebowali pomocy. Rzucił okiem na ich byle jaką, niedokładną mapę i zrozumiał, dokąd idą. Domyślał się, że tam będzie na nich czekać ktoś, kto ich zabierze i poprowadzi dalej do wymarzonego kraju, gdzie będą bezpieczni, syci i może – szczęśliwi. Cóż było w tym złego? Że przechodzą bez pozwolenia pas zaoranej ziemi?
Wziął od nich mapę i pokazał im jednym ruchem, żeby szli za nim. Popatrzyli na niego nieufnie. To kobieta zrobiła pierwszy krok. Obwiązała się w pasie pasiastą chustą i włożyła tam niemowlę, które najedzone zaraz usnęło. Mężczyźni wzięli dzieci za ręce i ruszyli za nią. Bruno prowadził. Poszli dołem, przy strumieniu, wydeptaną przez zwierzęta ścieżką, omijając w ten sposób wszelkie możliwe posterunki. Po jakieś godzinie zeszli na szosę i tam strażnik zostawił ich przy parkingu, który na ich mapie był zaznaczony czerwonym krzyżykiem. Widział zaparkowany na leśnej drodze samochód. To dobrze, że ktoś na nich czekał.
– Skąd jesteście? – zapytał ich na koniec, choć właściwie ta wiedza nie była mu do niczego potrzebna.
Mężczyzna wskazał ręką wschód, a może południe i zamachał nią kilka razy, co znaczyło, że z daleka. Oczy drugiego mężczyzny wypełniły się łzami i wytarł je rękawem. Strażnik dłonią zrobił gest, który wydał mu się zrozumiały na całym świecie – podniósł do góry kciuk i uśmiechnął się do nich szeroko, potem odwrócił się na pięcie i wrócił na swój patrolowy szlak.
Wracając do strażnicy, szedł szybkim krokiem skrajem asfaltowej szosy, a Bruno biegł obok niego truchtem, bez smyczy i przepisowego kagańca. Strażnikowi było lekko na sercu i jeszcze nigdy dotąd nie miał tak oczywistego wrażenia, że mógłby polubić swoją pracę.
Słońce przeszło już dawno na drugą stronę i powoli barwiło to jesienne popołudnie na pomarańczowo. Jak się pospieszą, człowiek i pies, to jeszcze zdążą na mecz.
Fot. Łukasz Giza