22/09/2026
„Jesteś bambinistką”.
To określenie słyszałam już wielokrotnie. Podobne komentarze trafiają również do innych osób pracujących ze zwierzętami, między innymi do Kamili z Sowiarstwo
Tylko gdzie właściwie kończy się więź ze zwierzęciem, a zaczyna bambinizm?
Nadajemy imiona psom i kotom. Mówimy do nich, głaszczemy je, znamy ich charaktery. Wiemy, kiedy szukają kontaktu, a kiedy chcą świętego spokoju.
Dlaczego więc, kiedy podobna więź powstaje między człowiekiem a sową, papugą czy innym nieudomowionym zwierzęciem, nagle zaczynamy mówić o „bambinizmie”?
Ptak, który ma dobrowolnie wracać do człowieka, musi mu ufać. Relacja nie powstaje od samego trzymania rękawicy. Buduje się ją przez czas, obserwację, konsekwencję i setki wspólnych doświadczeń.
I nie, nie oznacza to traktowania sowy jak małego człowieka w piórach.
Dla mnie granica przebiega tam, gdzie zaczynamy ignorować biologiczne potrzeby zwierzęcia na rzecz własnych emocji.
Ubranie zwierzęcia dla naszego kaprysu to coś zupełnie innego niż ubranie zwierzęcia, które ze względów zdrowotnych potrzebuje ochrony przed zimnem. Wózek pomagający przetransportować chorego lub starszego psa nie robi z niego dziecka.
Tak samo nazwanie sowy, mówienie do niej czy rozpoznawanie zmian w jej zachowaniu nie odbiera jej natury.
Czasem mówię, że moja sowa „ma focha”. Oczywiście nie oznacza to, że siedzi wieczorem w wolierze i planuje zemstę za brak myszy na kolację. 😂 To potoczne określenie realnej zmiany zachowania. Zwierzę jednego dnia może szukać kontaktu, a innego go unikać. Może mieć swoje preferencje, granice i indywidualny charakter.
Można mówić do sowy „Bubuś”, kochać ją całym sercem i jednocześnie szanować fakt, że nie jest człowiekiem.
I można z dumą mówić, że „nie uczłowiecza się zwierząt”, a jednocześnie kompletnie ignorować ich potrzeby.
Dlatego nauczmy się odróżniać bambinizm od więzi.
Bo dla mnie problem zaczyna się nie wtedy, kiedy kochamy zwierzę.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy bardziej kochamy własne wyobrażenie o nim niż to, czym naprawdę jest. 🦉