27/10/2021
Najbardziej ujęły mnie w uniwersytetach ludowych pozornie niezauważalne drobiazgi:
Szacunek dla każdego i docenienie każdej pracy. Podczas uczestnictwa w tygodniowym kursie w Danii, przed posiłkiem pani kucharka przedstawiła przygotowane potrawy, mówiła o nich, opowiedziała jak je przygotowała i życzyła smacznego. Dyrektor placówki znalazł zawsze czas, aby się przywitać, poopowiadać o placówce, planach na bieżący dzień i wysłuchać propozycji uczestników. Wszyscy mówią sobie po imieniu i pozdrawiają się z uśmiechem. Do osoby siedzącej w kucki pod regałem i czytającej książkę zawsze można podejść i porozmawiać. Jeśli chcesz opowiedzieć o swoim kraju, albo podzielić się swoimi wrażeniami to po prostu wstajesz i mówisz, albo zapraszasz zainteresowanych po południu na ławkę w bibliotece. Kiedy przyjeżdża nowa osoba to na pierwszym posiłku zawsze jest przedstawiana i społeczność mówi: „witamy w domu Alen /Pol lub George/”. Do każdej napotkanej osoby możesz się zwrócić z pytaniem lub poprosić o pomoc. Każdego dnia wszyscy uczestnicy zbliżają się w jednym miejscu na wspólne śpiewanie. To stały element funkcjonowania uniwersytetów ludowych - wspólne śpiewanie. Wszystkie pracownie dostępne. Pomieszczenia nie są zamykane na klucz. Nie telewizorów. Biblioteka jest zawsze otwarta. Dostęp do napojów. Chcesz pomóc w kuchni, albo zaproponować własny posiłek, to zawsze jesteś mile widziany. W każdym zakamarku przytulne siedzisko, książki i prace uczestników kursów.
Bardzo mnie ujęło w Danii i Niemczech, opowiadanie niektórych osób o swoich uniwersytetach ludowych. Mówili „mój dom…”, „w moim domu…”