24/04/2026
Postanowiłam napisać, choć wiem, że nie wszystkim będzie wygodnie to czytać...
Piszę to dla siebie — żeby nie zostać w bezradności i traumie. Ale piszę też po to, żeby to WYBRZMIAŁO. Bo jeśli tego nie powiemy głośno, to nic się nie zmieni.
Przedwczoraj, na tej rurce, czułam się bardzo szczęśliwa w swoim ciele. Wczoraj - coś się odmieniło… To miał być prosty zabieg ginekologiczny. Jednodniowy pobyt w szpitalu.
Wyszłam z niego z doświadczeniem, które nosi w sobie przemoc. Nie seksualną a systemową. Ludzką. Ból fizyczny był ogromny. Ale to nie on zostawił najgłębszy ślad. To, co poraniło mnie naprawdę, to decyzje i działania ludzi… A co boli jeszcze bardziej - głównie kobiet.
Zaczęło się standardowo. Plastikowe krzesła na izbie przyjęć. Czekanie. Plastikowe krzesła na oddziale. Czekanie. Mgliste informacje.
Potem dziwnie… Kobieta goła od pasa w dół przemierzająca przestrzenie gabinetu pełnego ludzi, 8 osób debatujących o jej ciele, o możliwych rozwiązaniach. Nie z nią. Obok niej. Jakby jej tam nie było.
Decyzja zapada beze mnie: „to będzie dla pani lepsze”, „tylko trochę nieprzyjemne”.
Miałam wątpliwość, bo ufam mojemu Lekarzowi prowadzącemu, który właśnie dlatego nie zrobił mi zabiegu w gabinecie, tylko odesłał do szpitala: zabieg miał być w ogólnym. 10 min, szybko, bezboleśnie. Ostatecznie w chaosie zaufałam systemowi. Nie zawalczyłam o siebie…
Znów plastikowe krzesełka. Spytałam młodych pielęgniarek, czy mogę usunąć wenflon, skoro nie w ogólnym. Bezradnie rozłożyły ręce.
Jakiś czas później słyszę: „zaprowadzimy Panią, żeby mogła się przebrać”. Te same 2 młode dziewczyny. Pytam, „czy to oznacza rychły zabieg?”, bezradnie wzruszają ramionami i cisza. Co to jest… myślę sobie… strach? Nieśmiałość? Brak informacji?Dlaczego chowają się „do skorupek”, gdy tylko otwieram usta…
Nie było miejsca. Żadnej wolnej sali. Starsza Pani Pielęgniarka przepraszając, wskazała toaletę na korytarzu. Rozumiałam tą niemoc, żal mi się Jej zrobiło. O! Jest miejsce! Kozetka w zabiegowym. Z kotarką. Przez chwilę - jak w sklepie z ciuchami.
Poproszono mnie o oddanie rzeczy pod klucz. Wreszcie zabieg.
Sala jak na filmach, pani (anestezjolog?) z chusteczką kolorową na głowie - jak na filmach. Młody lekarz, lekarka i jeszcze parę osób, studentów - jak na filmach. Gdy pasami przypinali mi nogi do fotela, a potem usłyszałam: „jak tam Pani Hanno? Nie ma już Pani wyboru” - poczułam niepokój, nadchodzącą rzeczywistość.
Rozkminy lekarzy o narzędziach jakich użyją i w jaki sposób…. Potem ten przeraźliwy ból w najwrażliwszym miejscu. Mój krzyk. I pomimo kilku osób w sali - całkowita samotność, bezradność. Nie wiedziałam, co się dzieje. Próbowałam zapanować nad oddechem. Brak sił, by pytać. Tylko ciało, które cierpi i poczucie… że przestaję być człowiekiem.
…A samotny wenflon w żyle, gotowy na podanie leku przeciwbólowego - całkowicie niewidzialny. Uznany za niepotrzebny? Fakt, pasy skutecznie krępowały mi nogi.
Koniec. Zwlekając się z fotela przez łzy wydusiłam z siebie, że tak nie powinno być. Że powinni mi powiedzieć wcześniej, że ból może być tak silny. Że „nieprzyjemne” i „bolesne nie do wytrzymania” to przecież nie to samo…
Dygresja: w karcie praw pacjenta szpitala jest napisane: „pacjent ma prawo do leczenia bólu…”
Znów 2 ciche dziewczyny, plastikowe krzesełka. Po drodze Pani Pielęgniarka podała chusteczkę i zaproponowała lek przeciwbólowy do wenflonu. Teraz… Dobre i teraz… Dostałam po pól godzinie, lekarz musiał wystawić zlecenie. Procedura nie widzi cierpienia w czasie rzeczywistym.
Jedna z bliskich Osób napisała do mnie:
„Doświadczenie takiego złego dotyku w bezradności jest najgorsze”.
To dokładnie był: „zły dotyk”. Dotyk, który nie ma w sobie uważności, obecności. To nie było „trudne doświadczenie”. To było doświadczenie przemocy. Przemocy, jaka wydarza się w systemie, który ma leczyć… A lecząc ciało naruszył najwrażliwszą przestrzeń, choć nie seksualnie. Ludzko. Najtrudniejsze, że to nie wynika z braku wiedzy czy możliwości. Wszystko było dostępne: narzędzia, leki, kompetencje. Zabrakło czegoś podstawowego: czasu, kontaktu, zrozumienia, uznania faktu, że pacjent ma prawo znać możliwości i ich konsekwencje, a wtedy decydować, na co się zgadza.
Zobaczyłam, że żyję w innym świecie i zetknięcie się z czymś tak odmiennym łamie mi serce. W Stowarzyszenie Kolory hospicjum domowe stworzyliśmy to, czego brakuje w tamtym systemie: szacunek dla całości człowieka, dla niesienia ulgi i poszanowania godności w sferze tak samo fizycznej jak i psychicznej. Człowiek nie jest przypadkiem medycznym. Za jego reakcjami stoją różne doświadczenia, czasem ogromnie trudne. Empatia to nieodłączna część zawodu lekarzy i pielęgniarek. Gdy znika z systemu - człowiek staje się narządem.
I może właśnie dlatego tak bardzo czuję się potrzaskana…
Jeśli kiedykolwiek będziesz w podobnej sytuacji — proszę, pamiętaj o sobie. Pytaj. Zatrzymuj. Nie zgadzaj się na „trochę nieprzyjemne” pod presją czasu czy liczby „autorytetów”, jeśli czujesz, że może być inaczej. Twoje ciało to nie procedura. Twoje doświadczenie ma znaczenie. Nikt oprócz Ciebie nie wie, co przeżyło wcześniej Twoje ciało.
A jeśli jesteś lekarzem czy pielęgniarką nie stój po drugiej stronie. Nie lubię używać tego słowa, ale teraz jest konieczne: MUSISZ zdawać sobie sprawę, że masz w rękach coś więcej niż narzędzia i wiedzę. Masz wpływ na to, czy ktoś wyjdzie z zabiegu tylko z bólem ciała… Czy z traumą, która zostaje na długo.
PS. Największą empatię wczoraj oprócz jednej Pani Pielęgniarki, wykazała Pani ze stanowiska nr 3, która odbierała numerek i wklepywała mnie w system…
Dobrze byłoby mieć Ją wczoraj obok… na plastikowych krzesełkach w szpitalu na Polnej.