15/04/2026
Mistrz w nauczycielskim fachu, Marek Golka, opowiada o swoim warsztacie dzięki któremu przez pół wieku, w Radomiu a potem w Szczecinie, wypuszczał jeden za drugim roczniki uczniów zarażonych miłości do fizyki…
🔵 Młody człowiek jest dla mnie, jak nieoszlifowany diament – zaznaczam – każdy młody człowiek. Po oszlifowaniu dopiero wiedziałem, co to będzie za „brylant”. Przez „oszlifowanie” rozumiem swój ogromny wkład w zaprzyjaźnienie się ucznia z fizyką, później w jej zrozumienie, a następnie w jej zastosowanie do rozwiązywania problemów tego świata.
🔵 W każdej szkole, w której pracowałem organizowałem laboratorium fizyki, z mniejszą lub większą przychylnością dyrekcji szkół, w których pracowałem. Do tej pracy zapraszałem uczniów i ich rodziców.
🔵 Cały mój prywatny czas był dla uczniów i dlatego byli przy mnie. Sami chyba nie wiedzieli, kiedy byli już w finale Olimpiady Fizycznej. Gdybym ograniczył się do dwóch godzin lekcyjnych przeznaczonych na tzw. laboratorium, nic byśmy nie osiągnęli. Wniosek nasuwa się zatem sam, oddałem czas moim uczniom. (…) Oddałem soboty, niedziele i co tam gadać – oddałem siebie!
🔵 Moje założenie było jedno – cała klasa w roczniku matematyczno-fizycznym, to najzdolniejsi uczniowie w tej dziedzinie, skoro wybrali ten profil. Nikomu nigdy nie powiedziałem, żeby nie przychodził na koło fizyczne do laboratorium. To moi uczniowie z każdego rocznika odpowiadali sobie na pytanie: czy to jest moja pasja?
🔵 Na pytanie jaki podręcznik kupić, odpowiadałem macie mnie pod tablicą: możecie nagrywać, robić zdjęcia, notować, może z tego stworzymy podręcznik. I tak powstały podręczniki nigdy niewydane Zeszyty z wykładami Marka Golki.
🔵 Kiedy moi uczniowie przekraczali granicę standardowego zaciekawienia fizyką i osiągnęli odpowiedni ich zdaniem poziom, wkraczaliśmy w świat zadań olimpijskich. Jeśli to słabo zabrzmiało poprawię się: w rozwiązywanie problemów olimpijskich zaszyfrowanych w treści zadania olimpijskiego. (…) czułem się wtedy jak dyrygent najlepszej orkiestry. To oni grali. A mnie się wydawało, że słyszę każde drganie, które zabrzmiało nieprawidłowo.
🔵 Wyznawałem zasadę „nie gasić płomienia”, wspierać, pomagać i wierzyć, że moi uczniowie dadzą radę „dźwignąć” nawet kilka olimpiad równocześnie. A jeśli coś poszło nie tak, mawiałem: to do następnego razu młody przyjacielu.
🔵 W każdej szkole, w której uczyłem zaczynałem od zrobienia, dosłownie własnymi rękami mebli laboratoryjnych, doprowadzenia zasilania do stanowisk laboratoryjnych oraz wyposażenia ich w sprzęt. (...) Otóż podczas gdy jedni likwidowali pracownie fizyki, ja wraz z uczniami woziłem swoim samochodem wszystko do placówki, w której w danym czasie pracowałem. Bardzo dużo sprzętu kupowałem za własne pieniądze, ale w domu do tego się nie przyznawałem. Bardzo pomagała mi Politechnika Warszawska.
🔵 Nasze laboratorium pełniło jeszcze jedną funkcję, może nawet ważniejszą, sam do końca nie wiem. Tam tworzyła się malutka Rodzina Fizyków, których łączyła pasja, a nie rywalizacja.
🔵 Liczba życzeń świątecznych i pozdrowień, które dostaję jest niezwykła. Nie mam odwagi chwalić się moimi wychowankami, to często wielcy ludzie na renomowanych stanowiskach. Powiem o jednym, który mieszkając w Warszawie raz w miesiącu przyjeżdża do Szczecina, aby mnie odwiedzić i zobaczyć czy czegoś nie potrzebuję, czy w czymś może mi pomóc (a ma już 38 lat, więc to już trwa parę lat).
🔵 Mam dużo do powiedzenia, bardzo wiele przemyśleń, ale proszę zrozumieć, że po spacerze w przeszłość mojej pracy zawodowej, co tam gadać – mojego życia, nie dam rady teraz wylać goryczy i rozczarowania, czy też znaleźć przepisu na uzdrowienie szkolnictwa. Uważa Pan Redaktor, że kogoś to interesuje, że ktoś wyciągnie jakieś wnioski, czy ktoś skorzysta z mojego doświadczenia?
autor zdjęcia: Bartek Syta/POLSKA