13/06/2026
TWÓRCZOŚĆ ROTHKI ŚMIE MI SIĘ PODOBAĆ!!!
Po powrocie z wystawy „Rothko we Florencji” po raz kolejny przekonałam się, że twórczość artysty-abstrakcjonisty wywołuje nie tylko emocje estetyczne, ale także zaskakująco silne reakcje społeczne. Mam wręcz wrażenie, że jestem atakowana przez niektórych ludzi za sam fakt, że zdecydowałam się wydać kasę na wyjazd i obejrzenie obrazów złożonych – jak mówią – z samych prostokątów i kwadratów. No dobra z kolorowych prostokątów i kwadratów.
Muszę się tłumaczyć, uzasadniać, bronić własnych odczuć, jakbym wróciła nie z wystawy, lecz z podejrzanego szkolenia sekty miłośników geometrii.
Nie jest to zresztą pierwsze takie doświadczenie. Wielokrotnie spotykałam się z pretensjami kierowanymi nie wiadomo właściwie do kogo – do mnie, do artystów, do muzeów, do całej historii sztuki – że sztuka nowoczesna jest niezrozumiała, że są to bohomazy, które każde dziecko mogłoby namalować.
To ciekawe zjawisko. Bo choć każde dziecko podobno mogłoby "namalować Rothkę", jakoś nie zdarzyło mi się jeszcze zobaczyć przedszkolaka, którego prace objeżdżają największe muzea świata, a ludzie ustawiają się do nich w kolejkach.
W podobnych rozmowach często słyszę więcej gniewu niż ciekawości. Niekiedy odnoszę nawet wrażenie, że niektóre osoby są osobiście obrażone faktem istnienia abstrakcji.
Przez długi czas próbowałam tłumaczyć. Opowiadałam o kontekstach historycznych, o przemianach w sztuce, o intencjach artystów. Szybko jednak zauważyłam, że zamknięcie moich rozmówców na sztukę nie prowadzi do niczego dobrego. Frustracja wielu z nich była zbyt duża, by choć przez chwilę spróbowali spojrzeć na problem z innej strony. Nie chodziło o zrozumienie, lecz o uzyskanie potwierdzenia, że „to nie jest sztuka”.
W pewnym momencie zaprzestałam wszelkich tłumaczeń. Miałam wrażenie, że jest to nierówny pojedynek. Ja przychodziłam z historią sztuki, oni z hasłem „moje dziecko zrobiłoby to lepiej”. Trudno wygrać dyskusję z argumentem, który został wygłoszony jeszcze przed rozpoczęciem rozmowy.
Po wizycie we Florencji postanowiłam jednak podjąć tę rękawicę raz jeszcze.
Żeby zrozumieć sztukę nowoczesną, trzeba cofnąć się do XIX wieku. Umownie przyjmuje się, że rodzi się ona około lat siedemdziesiątych XIX stulecia, a jej główny okres rozwoju kończy się mniej więcej wraz z wybuchem II wojny światowej.
Dotychczas malarstwo tradycyjne podejmowało tematy związane z wydarzeniami historycznymi, artyści malowali sceny religijne, mitologiczne, portrety ważnych osób. Było kroniką, ilustracją i dekoracją w jednym, a w pracowniach malarskich modele "robili za sztucznego Zeusa"
I nagle świat przyspieszył.
Pojawiły się badania nad optyką. Wynaleziono syntetyczne farby w tubkach, a rozwój kolei pozwolił artystom wybrać się w jednodniowy plener poza miasto. Wszystko to miało znaczenie.
Ale najwięcej namieszała fotografia, bo wtedy malarstwo mogło poczuć się trochę jak producent świec po wynalezieniu żarówki.
Po raz pierwszy w historii istniało narzędzie, które szybciej, taniej i dokładniej utrwalało rzeczywistość. Dla malarstwa realistycznego było to potężne wyzwanie. Po co zamawiać portret i czekać tygodniami, skoro można było usiąść nieruchomo przez kilka minut i mieć podobiznę gotową?
Malarstwo jednak nie umarło. Zrobiło coś znacznie ciekawszego.
Przestało ścigać się z aparatem fotograficznym. Zamiast tego skręciło w boczną uliczkę, otworzyło furtkę i ruszyło wyboistą ścieżką w nieznane. Skoro fotografia mogła pokazywać świat takim, jaki jest, malarstwo zaczęło pytać o coś innego. O emocje, o pamięć, o ruch, o podświadomość, o samą naturę widzenia.
Z początkiem XX wieku narodziły się kolejno kierunki awangardowe jak fowizm, ekspresjonizm, kubizm, futuryzm, surrealizm, czy w końcu abstrakcja.
Szumnie ten czas nazywamy „ Awangardą artystyczną.
Tu wypada wspomnieć, że termin ten związany jest raczej z wojskiem aniżeli ze sztuką. Dosłownie avant-garde w języku francuskim oznacza przednią straż, czyli oddział wojska wysunięty przed główne siły armii. Taka straż szła jako pierwsza, rozpoznawała teren, podejmowała ryzyko, wchodziła w nieznane i często spotykała się z największym oporem.
W sztuce termin ten został zapożyczony właśnie dlatego, że dobrze oddawał sytuację niektórych artystów. Awangardziści byli jak zwiadowcy, wyruszali na nieznane terytorium, eksperymentowali, łamali zasady i sprawdzali.
Jeden z najbardziej kontrowersyjnych kierunków to abstrakcja. Jej definicja zawiera bezprzedmiotowość, rezygnację z ilustracyjności, a obraz zostaje pozbawiony tytułu aby nie narzucać interpretacji. Malarstwo nie musi już przedstawiać człowieka, drzewa, świętego ani bitwy. Może operować wyłącznie kolorem, linią, rytmem, fakturą lub kształtem.
Abstrakcjonistą powojennym był Mark Rothko, należący do twórców, zadających sobie pytanie: co pozostanie, jeśli z obrazu usuniemy niemal wszystko i zostawimy jedynie kolor?
Tak, kolor jest u niego nośnikiem emocji skierowanych do wrażliwców.
Stojąc przed oryginałem, blisko, jak najbliżej czujemy jak barwy pulsują, oddychają i wibrują. Obraz przestaje być przedmiotem do oglądania, a staje się przestrzenią do przeżywania.
Nie oczekuję, że każdy będzie zachwycony Rothką. Tak samo jak nie każdy musi lubić operę, jazz czy poezję. Mam jednak nadzieję, że zanim ktoś uzna takie dzieła za bezwartościowe, spróbuje choć przez chwilę zrozumieć, skąd się wzięły i jakie pytania stawiali ich twórcy.
Bo być może sztuka nowoczesna nie zawsze pyta: „Co widzisz?”.
Czasem pyta raczej: „Co czujesz?”.
A na koniec pozwolę sobie zacytować samego artystę:
"Interesuje mnie jedynie wyrażanie podstawowych ludzkich emocji – tragedii, ekstazy, zagłady... Fakt, że wiele osób załamuje się i płacze, gdy konfrontuje się z moimi obrazami, pokazuje, że potrafię przekazać te podstawowe ludzkie emocje... Ludzie, którzy płaczą przed moimi obrazami, przeżywają to samo religijne doświadczenie, które ja miałem, gdy je malowałem"