06/09/2026
Szanowni Państwo, dzisiaj będzie trochę dłużej. 😊
Jeżeli jednak mają Państwo ochotę poczytać o tym, jak właściwie wyglądają nasze TUS-y, czym kierujemy się jako prowadzące i co jest dla nas w tej pracy szczególnie ważne, serdecznie zapraszam do lektury.
Chciałybyśmy opowiedzieć trochę o naszym sposobie myślenia o TUS-ie z perspektywy trenerek TUS i psycholożek. O tym, dlaczego nie pracujemy już według sztywnych scenariuszy, dlaczego czasami zmieniamy plan w połowie zajęć, po co tak dużo rozmawiamy, dlaczego pozwalamy sobie na wygłupy i czemu zdarza się, że jedno zdanie wypowiedziane przez dziecko staje się najważniejszym tematem całego spotkania.
Jak pracujemy na naszych TUS-ach? Czyli dlaczego TUS TUS-owi nierówny
Trening Umiejętności Społecznych może wyglądać bardzo różnie. I nie oznacza to, że jeden sposób prowadzenia TUS-u jest lepszy, a drugi gorszy. Dzieci są różne, grupy są różne i różne mogą być również cele zajęć.
Są TUS-y oparte na konkretnym, zamkniętym programie, podczas którego przez kilka miesięcy dzieci ćwiczą określony zestaw umiejętności. Są grupy, które potrzebują bardzo spokojnego tempa, wielu powtórzeń i pracy nad podstawowymi kompetencjami społecznymi. Są też zajęcia, w których większą rolę odgrywa relacja, proces grupowy i to, co aktualnie dzieje się w życiu dzieci.
Nasz sposób pracy jest najbliższy właśnie temu ostatniemu podejściu.
Stała rama, ale nie sztywny scenariusz
Nasze zajęcia są przewidywalne. Początek i zakończenie spotkania mają swoją stałą strukturę. Dzieci wiedzą, gdzie przychodzą, kto będzie na nie czekał i jakie zasady obowiązują w grupie.
Nie oznacza to jednak, że każde spotkanie realizujemy według szczegółowo rozpisanego scenariusza.
Kiedyś tworzyłyśmy ich znacznie więcej. Z czasem coraz mocniej przekonywałyśmy się jednak, że najciekawsze i najważniejsze rzeczy bardzo często dzieją się wtedy, kiedy pozwalamy sobie od scenariusza odejść.
Mamy przygotowany temat. Mamy pomysł na ćwiczenie. A potem jedno z dzieci mówi:
„Wiecie co? W szkole wydarzyło się coś okropnego”.
I nagle okazuje się, że właśnie to jest dzisiaj ważniejsze.
Jeżeli temat angażuje grupę, dzieci zaczynają opowiadać o własnych doświadczeniach, zadawać pytania albo okazuje się, że kilka osób mierzy się z podobną trudnością, potrafimy zrezygnować z części zaplanowanych aktywności.
Bo czasami najlepszym ćwiczeniem umiejętności społecznych jest rozmowa o prawdziwej sytuacji społecznej, która wydarzyła się dziecku wczoraj.
Z czym dzisiaj przychodzę?
Jednym ze stałych elementów naszych spotkań jest „emocjonometr”.
Na początku może oznaczać po prostu: jak się dzisiaj czuję?
Z czasem dzieje się jednak coś ciekawego. Kiedy grupa staje się bezpieczna, odpowiedzi zaczynają być coraz dłuższe.
Dzieci opowiadają, co wydarzyło się w szkole. Że pokłóciły się z kolegą. Że dostały dobrą ocenę. Że ktoś powiedział im coś przykrego. Że były wściekłe na rodzica. Że czegoś się boją. Że wydarzyło się coś świetnego. Że czują się niesprawiedliwie potraktowane. Albo że właściwie same nie wiedzą, co czują.
I bardzo to cenimy.
Bo zależy nam nie tylko na tym, żeby dziecko potrafiło rozpoznać na obrazku „złość” albo „smutek”. Chcemy, żeby stopniowo budowało język, którym może opowiadać o sobie:
Co się wydarzyło? Co wtedy poczułem? Co pomyślałem? Co zrobiłem? Jak mógł to zobaczyć ktoś inny? Czego potrzebowałem? Co mogę zrobić następnym razem?
Grupa uczy się również od siebie
W TUS-ie nie tylko prowadzący uczą dzieci.
Dzieci bardzo dużo uczą się od innych dzieci.
Czasami jedna osoba po raz pierwszy opowiada o czymś trudnym. Po chwili ktoś inny mówi:
„O kurczę. Ja też tak mam”.
Albo:
„U mnie było dokładnie tak samo”.
I nagle doświadczenie, które wcześniej mogło być dla dziecka czymś wstydliwym, dziwnym albo „tylko moim problemem”, okazuje się doświadczeniem, które zna też ktoś inny.
Dzieci obserwują również, jak inni mówią o swoich emocjach, jak proszą o pomoc, jak stawiają granice, jak radzą sobie z konfliktem. Jedno dziecko zaczyna się otwierać i pokazuje pozostałym, że tutaj można to zrobić. Innym razem ktoś znajduje rozwiązanie, o którym drugie dziecko wcześniej nie pomyślało.
To uczenie się przez obserwację i modelowanie zachodzi również między rówieśnikami.
To, co wydarza się między dziećmi, też jest TUS-em
Na zajęciach zdarzają się konflikty. Ktoś się obrazi. Ktoś powie coś za ostro. Ktoś przekroczy czyjąś granicę. Ktoś nie będzie chciał współpracować. Czasami ktoś się rozpłacze.
Nie traktujemy takich sytuacji wyłącznie jako przeszkody, którą trzeba szybko usunąć, żeby móc „wrócić do TUS-u”.
To właśnie jest TUS.
Możemy zatrzymać sytuację. Nazwać to, co się wydarzyło. Zastanowić się, jak mogła poczuć się druga osoba. Postawić granicę. Poszukać sposobu naprawienia sytuacji.
A kiedy jedno dziecko płacze, pozostałe również czegoś doświadczają. Co zrobić, kiedy komuś obok jest trudno? Czy każdy chce być przytulony? Czy można zapytać? Czy czasami najlepszym wsparciem jest pozostawienie komuś przestrzeni?
Dzieci obserwują też, jak my, dorosłe, reagujemy na trudne sytuacje. Kiedy stawiamy granicę jednemu dziecku, pozostałe również ją słyszą. Kiedy pomagamy komuś nazwać emocję, cała grupa może z tego skorzystać.
Świat nie zawsze ma jedną prawidłową odpowiedź
Bardzo zależy nam również na pokazywaniu dzieciom, że ludzie mogą się od siebie różnić.
W jednym domu coś wygląda tak, w innym inaczej. Jedne dzieci przystępują do komunii, inne nie. Ktoś uwielbia występować przed całą klasą, a ktoś inny tego nie znosi. To samo zachowanie dla jednej osoby może być zabawne, a dla drugiej nieprzyjemne.
Życie społeczne jest złożone.
Dlatego nie chcemy dawać dzieciom wyłącznie zestawu prostych reguł w rodzaju: „w sytuacji X należy zrobić Y”. Oczywiście uczymy konkretnych strategii i zasad. Jednocześnie dużo rozmawiamy o kontekście, perspektywie drugiej osoby, własnych granicach i o tym, że różni ludzie mogą tę samą sytuację przeżywać zupełnie inaczej.
Same również jesteśmy w tych rozmowach obecne. Potrafimy powiedzieć dzieciom, że jesteśmy dzisiaj zmęczone, że coś nas ucieszyło albo że jakieś wydarzenie było dla nas przykre.
Dorosły też ma emocje. Dorosły też czasami czegoś nie wie. Dorosły może zmienić zdanie. Można o tym mówić.
Musi być też miejsce na śmiech
Na naszych TUS-ach naprawdę dużo rozmawiamy. Ale też dużo tworzymy, rysujemy, wycinamy, wymyślamy i kombinujemy.
I bardzo dużo się śmiejemy.
Czasami się wygłupiamy. Czasami powstają żarty, które później rozumie już tylko nasza grupa. Czasami ćwiczenie, które miało być całkiem poważne, skręca w absurdalnym kierunku i wszyscy płaczemy ze śmiechu.
To nie jest dla nas czas stracony.
Chcemy, żeby grupa była również miejscem, w którym dziecko lubi być z innymi ludźmi. W którym może doświadczać radości ze wspólnego działania, poczucia przynależności i zwyczajnej frajdy z bycia razem.
Relacja potrzebuje czasu
Nie oczekujemy też, że dziecko przyjdzie na pierwsze zajęcia i od razu zacznie opowiadać nam o swoich trudnościach.
Niektóre dzieci wchodzą do grupy błyskawicznie. Inne długo obserwują. Sprawdzają nas. Sprawdzają inne dzieci. Potrzebują czasu, żeby poczuć się wystarczająco bezpiecznie.
Dajemy im ten czas.
Dlatego ogromnie cieszy nas, że mamy dzieci, które są z nami drugi, trzeci, a nawet czwarty rok.
W długotrwałej grupie pojawia się coś, czego nie da się stworzyć podczas pierwszych kilku spotkań: wspólna historia, zaufanie, znajomość siebie nawzajem i poczucie, że to jest moja grupa.
A kiedy pojawia się bezpieczeństwo, często pojawiają się też rozmowy o naprawdę trudnych sprawach.
Dlaczego prowadzimy grupy we dwie?
To jest dla nas bardzo ważne.
Kiedy jedna z nas rozmawia z dzieckiem albo zajmuje się sytuacją, która właśnie wydarzyła się w grupie, druga może obserwować pozostałych.
Bo w grupie dzieje się dużo jednocześnie.
Jedno dziecko mówi, drugie zaczyna się wycofywać, trzecie bardzo chce coś dodać, a czwarte reaguje na całą sytuację właściwie tylko mimiką.
Dwie prowadzące pozwalają nam zobaczyć więcej i lepiej podążać za tym, co dzieje się pomiędzy dziećmi.
I wreszcie: rodzice
TUS nie funkcjonuje w próżni.
Dziecko jest z nami przez niewielką część tygodnia. Cała reszta jego życia społecznego dzieje się w domu, szkole, na podwórku, podczas zajęć dodatkowych, w internecie i w relacjach z rodzeństwem czy rówieśnikami.
Dlatego ważny jest dla nas kontakt z rodzicami. Czasami jest to krótka rozmowa przed lub po zajęciach. Czasami potrzebujemy dłuższej konsultacji. Rodzice przekazują nam informacje o tym, co aktualnie dzieje się w życiu dziecka, a my możemy powiedzieć, co obserwujemy w grupie.
Więc jaki właściwie jest nasz TUS?
Chyba najbliżej nam do określenia go jako relacyjnego i procesowego.
Mamy strukturę, cele i tematy, przez które przechodzimy. Ćwiczymy konkretne kompetencje społeczne. Jednocześnie nie chcemy, żeby przygotowany przez nas scenariusz był ważniejszy od dzieci, które właśnie siedzą przed nami.
Podążamy więc za grupą.
Rozmawiamy.
Ćwiczymy.
Tworzymy.
Czasem zmieniamy plany.
Czasem rozwiązujemy konflikt.
Czasem bardzo poważnie rozmawiamy o tym, co wydarzyło się komuś w szkole.
A czasem potwornie się wygłupiamy.
Bo umiejętności społeczne nie istnieją na kartach pracy. Powstają i rozwijają się w relacji z drugim człowiekiem.
I chyba właśnie na tym najbardziej zależy nam w naszych grupach: żeby dzieci nie tylko poznawały kolejne „zasady społeczne”, ale stopniowo uczyły się rozumieć siebie, innych ludzi i ten nie zawsze prosty, bardzo różnorodny i złożony świat pomiędzy nami.