26/05/2026
Sasebo(2/2)
Najpiękniejszy kościół na świecie
Był taki czas w mojej młodości, kiedy marzyłem o zostaniu fotografem. Z aparatem w dłoni wyruszyłem w świat i przez wiele lat włóczyłem się po różnych krajach, szukając piękna ukrytego w krajobrazach, ludziach i miejscach. W tym czasie widziałem tysiące, a może nawet dziesiątki tysięcy zabytków i historycznych budowli.
Spośród nich dwa kościoły na zawsze zapisały się głęboko w moim sercu jako najpiękniejsze na świecie. Jeden znajduje się w Hiszpanii, w miasteczku Altea — kościół Nuestra Señora del Consuelo. Drugi jest w Japonii, w mieście Sasebo — kościół Miura.
Choć dzielą je tysiące kilometrów i należą do dwóch zupełnie różnych światów, mają w sobie coś niezwykłego. Oba stoją na niewielkim wzgórzu, a ich architektura jest zadziwiająco podobna. Co jednak najbardziej poruszało moją duszę, to fakt, że ich główne wejścia zwrócone były ku głębokiemu, szafirowemu morzu.
Po mszy, kiedy wychodziło się przez główne drzwi, potężne światło słoneczne odbijające się od morza wpadało do wnętrza kościoła. Wszystko zalewał blask tak niezwykły, że człowiek miał wrażenie, jakby właśnie otworzyły się przed nim bramy nieba.
Po raz pierwszy odwiedziłem kościół Miura, gdy miałem osiemnaście lat. Była to moja ostatnia samotna podróż po Japonii tuż przed opuszczeniem ojczyzny. Pamiętam to do dziś — gdzieś we wnętrzu kościoła usłyszałem zakonnicę grającą na starych, lekko zmęczonych organach „Ave Maria”. Dźwięki były delikatne, ciche, niemal ulotne, a jednak przeniknęły mnie do głębi.
Trzy lata później dotarłem do Altei.
I wtedy wydarzyło się coś, czego nigdy nie zapomnę.
W chwili, gdy opuszczałem tamten kościół, całkowicie przypadkiem usłyszałem dokładnie tę samą melodię — „Ave Maria”.
To było tak niewiarygodne, tak idealnie zsynchronizowane z chwilą i wspomnieniem, że nie potrafiłem powstrzymać łez. Było to jedno z tych zdarzeń, których nie da się logicznie wyjaśnić. Jakby świat na krótką chwilę połączył dwa odległe miejsca i dwa momenty mojego życia.
Minęło od tamtego czasu trzydzieści osiem lat.
Wróciłem do Sasebo.
Kościół, o lekko wyblakłych już ścianach, nadal stał tam niemal taki sam jak wtedy. Jednak świat wokół niego zdążył się zmienić. Przed kościołem wyrosły wysokie budynki mieszkalne i nie było już widać tego głębokiego, szafirowego morza, które kiedyś rozciągało się przed jego drzwiami.
Tamten widok zniknął.
Ale mimo wszystko byłem szczęśliwy.
Bo mogłem jeszcze raz wrócić do tego kościoła prowadzącego ku niebu.
Bo mogłem wrócić do miejsca, od którego zaczęła się moja wielka podróż przez świat.
I czasem samo odnalezienie początku swojej drogi wystarcza, aby poczuć, że wróciło się do domu.