10/08/2026
Moja sugestia- obejrzyj ten film, a potem przeczytaj mój przekaz...
A GDYBYŚ NIE MUSIAŁ JUŻ ZMIENIAĆ SWOJEJ PRZESZŁOŚCI?
Są historie, po których trudno od razu wrócić do codzienności.
Historia Robin Landsong jest jedną z nich.
Miała osiem lat, kiedy została uprowadzona ze Stanów Zjednoczonych i znalazła się w Afryce, w świecie przemocy, wojny, strachu i śmierci. Przechodziła z rąk do rąk. Była raniona. Traciła ludzi. Była o krok od śmierci.
Ale w tej samej historii wydarzyło się coś jeszcze.
Spotkała ludzi, którzy ją pokochali.
Afrykańska społeczność stała się jej rodziną. W świecie, w którym doświadczyła niewyobrażalnego okrucieństwa, spotkała również niezwykła, bezgraniczna czułość, bezwarunkowa MIŁOŚĆ. I właśnie dlatego jej historia tak mocno wymyka się prostemu podziałowi na „dobro” i „zło”.
Bo życie rzadko jest tylko jednym albo drugim.
Czasami w miejscu największej rany rodzi się największa miłość.
Czasami człowiek, który stracił niemal wszystko, odkrywa w sobie coś, czego nigdy nie znalazłby w bezpiecznym życiu.
Robin dwukrotnie znalazła się na granicy śmierci. Opowiada, że spotkała tam istoty, które dopiero wiele lat później potrafiła nazwać. Jedna z nich przybrała postać Jezusa, choć jako dziecko nie wiedziała właściwie, kim Jezus jest. Pojawiła się również postać, którą później rozpoznała jako Śiwę.
Czy były to rzeczywiście spotkania z istotami istniejącymi poza naszym światem? Czy niezwykłe obrazy tworzone przez umysł znajdujący się na granicy życia i śmierci?
Nie wiem.
I być może wcale nie muszę wiedzieć.
Znacznie bardziej porusza mnie to, co te doświadczenia zrobiły z człowiekiem, który wrócił do życia.
Robin otrzymała przekaz, że będzie jeszcze wiele razy tracić. Ale również wiele razy otrzymywać. A także otrzymała DAR- świadomość POŁĄCZENIA Z WSZYSTKIM, CO JEST.
Otrzymała też przekaz, że będzie przez nią będzie przepływała sztuka. Że będzie tworzyć.
I rzeczywiście — po latach stała się niezwykle kreatywną artystką.
Ale zanim to nastąpiło, musiała zrobić coś znacznie trudniejszego.
Musiała odzyskać samą siebie.
Po powrocie do Stanów jej najbliżsi nie potrafili pomieścić tego, co przeżyła. Nie było przestrzeni na opowiedzenie historii, na emocje, na traumę, na doświadczenia z pogranicza śmierci.
Więc zrobiła to, co robi wiele dzieci.
Schowała wszystko głęboko w sobie.
I przez jakiś czas można tak żyć.
Można zamknąć drzwi do pokoju, w którym znajdują się rozpacz, strach, bezradność i żal. Można nauczyć się funkcjonować. Można nawet uwierzyć, że skoro nie zaglądamy do tego pokoju, to już go nie ma.
Tyle że zamknięte emocje nie znikają. One czekają na uwolnienie....
Po latach przeszłość Robin zaczęła wracać.
I rozpoczął się proces, który trwał dziesięciolecia.
Bynajmniej to nie był proces zapominania, a zrozumienia, że można wreszcie przestać uciekać przed traumą z dzieciństwa
I właśnie tutaj jej historia spotyka się dla mnie z jednym z najważniejszych odkryć Metody Sedony.
Uwalnianie nie polega na tym, żeby uznać:
„To, co mi zrobiono, było w porządku”.
Nie było.
Nie oznacza również wybaczenia na komendę, wyparcia bólu ani dorabiania duchowej filozofii do cierpienia.
Uwalnianie zaczyna się znacznie prościej.
Czy mogę pozwolić sobie przez chwilę czuć dokładnie to, co czuję?
Pozwolić sobie zrozumieć, że nie ma już:
Nic do zmieniania
Nic do tłumaczenia
Nic do naprawiania
Nie trzeba walczyć.
I że można pozwolić temu być.
A potem:
Czy mógłbym pozwolić temu odejść?
Nie pamięci o tej historii, a....
Emocjonalnemu ciężarowi, który przez lata noszę razem z nią.
Bo nie możemy uwolnić/ skasować przeszłości. Przeszłość już się wydarzyła.
Możemy natomiast stopniowo uwalniać wszystko, czym obudowaliśmy ją w sobie: strach, gniew, żal, poczucie krzywdy, potrzebę odzyskania tego, czego już odzyskać się nie da, potrzebę, żeby ktoś wreszcie zrozumiał, przeprosił albo przyznał nam rację.
I wtedy dzieje się coś paradoksalnego.
Historia pozostaje.
Ale przestaje być więzieniem....
Jednym z najbardziej przejmujących momentów opowieści Robin jest dla mnie jej powrót po latach do Afryki.
Spotkała tam osobę związaną z ludźmi, którzy kiedyś ratowali jej życie.
Otrzymała coś, czego przez lata była pozbawiona.
Potwierdzenie:
Tak. To się wydarzyło.
Można pomyśleć, że taka walidacja musi przynieść wyłącznie ulgę.
Nie zawsze.
Bo razem z ulgą przyszła druga świadomość:
skoro ktoś to pamięta, to znaczy, że naprawdę to przeżyłam.
I być może właśnie na tym polega jedna z najtrudniejszych części uzdrawiania.
Nie na zapomnieniu własnej historii.
Na odwadze, żeby w końcu przestać od niej odwracać wzrok.
Aż pewnego dnia można spojrzeć na swoje życie i powiedzieć coś, co dla człowieka stojącego na początku tej drogi może brzmieć wręcz niewiarygodnie:
Nie chciałabym już wymazać tego, co się wydarzyło.
Nie dlatego, że cierpienie było potrzebne, czy że krzywda była dobra.
Ale powodem jest to, że nie potrafię już oddzielić człowieka, którym jestem dzisiaj, od drogi, którą przeszłam.
Robin mówi, że te niewyobrażalnie bolesne doświadczenia nauczyły ją niezwykle głęboko widzieć ludzi.
To zdanie zatrzymało mnie chyba najmocniej.
Bo trauma może pozostawić po sobie lęk, nadmierną czujność i trudność w zaufaniu. Nie chcę jej romantyzować.
Ale kiedy zostaje naprawdę przepracowana, człowiek czasami zaczyna dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie widział.
Słyszy to, czego ktoś nie powiedział. Widzi ból ukryty za agresją. Strach, od lat schowany za kontrolą. Bezradność pod gniewem.
Małe zalęknione dziecko ukryte w dorosłym człowieku.
To wszystko nie dzieje się dlatego, że trauma dała mu magiczny dar. Ale dlatego, że musiał zejść bardzo daleko w głąb siebie — i nauczył się rozpoznawać tę głębię również w innych.
I może dlatego tak bardzo porusza mnie ta historia.
Bo znam ten moment, kiedy zaczynasz rozumieć, że nie chcesz już być człowiekiem sprzed swoich doświadczeń.
Chociaż kiedyś oddałbyś wiele, żeby do niego wrócić.
Znam również to niezwykłe doświadczenie, kiedy po uwolnieniu kolejnych warstw bólu spod nich zaczyna wydobywać się coś zupełnie innego.
Kreatywność. Intuicja. Wrażliwość. Miłość. Siła.
Jakby ogromna część naszej energii, przez lata zużywana na utrzymywanie zamkniętych drzwi do przeszłości, nagle została uwolniona.
I zaczęła służyć życiu.
Może właśnie dlatego w Metodzie Sedony tak bliskie jest mi słowo uwalnianie.
Nie naprawianie siebie, czy budowanie „lepszej wersji siebie”.
UWALNIANIE.
Bo być może pod wszystkimi warstwami lęku, żalu, potrzeby kontroli, aprobaty i bezpieczeństwa nie trzeba tworzyć nowego człowieka.
On już tam jest.
I czasem największa przemiana nie polega na dodaniu sobie czegoś, a na puszczeniu tego, co przez lata nie pozwalało nam być sobą.
Nie wiem, czy wszystko w życiu dzieje się „po coś”. Byłabym bardzo ostrożna z mówieniem tego komuś, kto właśnie cierpi.
Ale wierzę w coś innego.
Że nawet z tego, co wydarzyło się bez żadnego sensu, człowiek może stworzyć sens.
Może przeżyć stratę, nie stając się stratą. Nosić blizny, nie będąc już ciągle jątrzącą się, bolesną raną.
Może pamiętać, nie żyjąc przeszłością.
I wreszcie - może przestać pytać: „Dlaczego mnie to spotkało?”
I pewnego dnia stanąć w swej odwadze, by powiedzieć: „Skoro już to przeżyłam — co chcę teraz z tym zrobić?”
A wtedy historia, która kiedyś była wyłącznie historią cierpienia, może stać się materiałem do stworzenia czegoś nowego obrazu, muzyki.
relacji. pomocy drugiemu człowiekowi, nowego życia.
I to wszystko bynajmnie nie dlatego, że cierpienie było darem.
Darem może stać się to, co człowiek potrafi z niego wydobyć.
I chyba właśnie to zabieram ze sobą z historii Robin:
Nie jesteśmy tym, co nam się przydarzyło.
Nie jesteśmy nawet emocjami, które przez lata w sobie nosiliśmy.
Jesteśmy czymś znacznie większym.
A czasami droga do tego odkrycia prowadzi przez bardzo proste pytanie:
Czy mogę pozwolić temu, co teraz czuję, po prostu tutaj być?
A potem:
Czy mogę to uwolnić?
Choć odrobinę.
Choć na chwilę.
Bo być może wolność nie zaczyna się wtedy, kiedy zmienia się nasza przeszłość.
Wolność zaczyna się wtedy, kiedy przeszłość przestaje decydować o tym, kim możemy być dzisiaj.
Kochana, Kochany
Rozumiem i czuję, że Ty zrozumiesz, dlaczego ta historia tak mnie poruszyła. Nie chodzi tu o samą relację NDE Robin Landsong.
MOC jest gdzie indziej, ona pokazuje się w fundamnetalnym pytaniu:
Czy można dojść do miejsca, w którym nie chcemy już wymazać własnej przeszłości — nawet jeśli kiedyś zniszczyła ona część naszego świata?
I właśnie tutaj bardzo naturalnie łączy się to z Metodą Sedony i odpowiedzią jest UWOLNIENIE i POWRÓT do ŚWIADOMOŚCI POŁĄCZENIA.
Z Miłością,
Marzena Groń
Instruktorka Technik Uwalniania Emocji
https://moc-kreacji.pl/sesje-uwalniania-emocji-metoda-sedony/
Robin Aisha Landsong opowiedziała na swoim kanale YouTube oraz na k...