22/04/2026
Codzienność
Samodzielność
Odpowiedzialność
Współpraca
Wzajemne wsparcie
Bycie razem
Dzielenie się
Podejmować wyzwania
Uczuć się żyć z frustracją i stresem
Uczyć się jak radzić sobie z frustracją i stresem
Traktować porażkę jak lekcje
Tak, od 16 roku życia będąc harcerką tego wszystkiego doświadczałam.
Tekst fantastyczny. Pozwólmy dzieciom na konstruktywny stres i frustracje, na wyzwania oraz sprawdzajmy czy poradzą sobie z codziennym życiem :)
Kiedyś już o tym wspominałem - moja średnia córka działa w harcerstwie. I dobrze, niech działa, bo przynajmniej ma kontakt z czymś, co jeszcze trzyma się jakichś zasad i odpowiedzialności.
Ostatnio wróciła z weekendowego biwaku, gdzie zajmowała się najmłodszymi zuchami, i zamiast zwyczajowego entuzjazmu przywiozła coś zupełnie innego: zwykłą, szczerą frustrację.
Powiedziała wprost: „Tato, to jest tragedia”.
I trudno było z tym polemizować, bo zaczęła opowiadać rzeczy, które nauczyciele w szkole obserwują od dawna.
Że to nie jest żaden jednostkowy przypadek ani „gorszy turnus”, tylko szerszy problem, który po prostu w harcerstwie wychodzi jeszcze wyraźniej, bo tam nagle trzeba być samodzielnym.
Dzieciaki, które uważają, że wszystko im wolno. Że nie muszą słuchać. Że nie muszą sprzątać po sobie. Że ktoś zawsze zrobi to za nich. Zero szacunku - ani do pracy, ani do innych, ani nawet do rzeczy, z których korzystają.
Ale najbardziej uderzające było coś innego. Manualna bezradność.
Naprawdę. Dziecko w wieku, w którym kiedyś człowiek sam kombinował, jak zrobić procę z gałęzi, dziś ma problem z… wiązaniem butów.
Nie jedno, nie dwa - cała grupa. Sznurowadła to jakaś czarna magia. Zawiązać węzeł? Problem. Poskładać koc? Krzywo. Spakować plecak tak, żeby coś się w nim zmieściło? Niewykonalne bez pomocy.
Skąd to się bierze?
Odpowiedź jest brutalnie prosta - z domu. Z tego, że rodzice w dobrej wierze robią dzieciom krzywdę. Wyręczają we wszystkim. Bo szybciej. Bo „on się zmęczy”. Bo „ona nie umie”. Bo nie ma czasu tłumaczyć. Więc mama zawiąże buty. Tata spakuje plecak. Rodzic posprząta pokój. A dziecko? Dziecko się uczy jednego: że nie musi.
I tu pojawia się jeszcze jeden argument, który my - nauczyciele - słyszymy bardzo często: że „dzisiejsza szkoła nie uczy rzeczy praktycznych”. Że niby system zawodzi, że za mało życia w tym wszystkim.
Tylko że umówmy się - od takich rzeczy praktycznych na samym początku nie jest szkoła.
Od tego jest dom. To tam dziecko uczy się podstawowych rzeczy: że trzeba po sobie posprzątać, że cudzej pracy się nie niszczy, że są jakieś granice i zasady.
To tam uczy się szacunku - do innych ludzi, do rzeczy, do wysiłku. Szkoła może to wzmacniać, porządkować, rozwijać. Ale nie zastąpi fundamentu, którego ktoś po prostu nie zbudował.
A potem przychodzi zderzenie z rzeczywistością - czy to na biwaku, czy w klasie i nagle okazuje się, że ten mały człowiek jest kompletnie bezradny.
Bo to przecież widać też w szkole. Nauczyciele od dawna mówią o tym samym: brak samodzielności, brak koncentracji, brak elementarnej cierpliwości. Zadanie trudniejsze niż dwa kroki? Rezygnacja. Coś nie wychodzi od razu? Frustracja. Trzeba się postarać? Niech ktoś pomoże.
Nie zawsze będzie ktoś, kto poprawi, zrobi, wyręczy. A my wychowujemy pokolenie, które jest do tego przyzwyczajone. I to nie jest ich wina - to jest efekt tego, jak są wychowywane. Albo raczej: jak są prowadzone za rękę przez cały czas.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że intencje są dobre. Rodzice chcą dla dzieci jak najlepiej. Chcą im ułatwić, oszczędzić stresu, dać komfort. Tylko że w tym całym „ułatwianiu” zabierają im coś znacznie ważniejszego - umiejętność radzenia sobie.
Bo dziecko musi się czasem pomęczyć z tymi butami. Musi źle złożyć ten koc. Musi coś zrobić nieudolnie, żeby w końcu nauczyć się robić to dobrze. Innej drogi nie ma.
A potem słyszę, jak moja córka mówi, że dla tych zuchów największym wyzwaniem nie jest gra terenowa tylko zwykłe, codzienne czynności.
I naprawdę - to daje do myślenia.
Można oczywiście wzruszyć ramionami i powiedzieć: „takie czasy”.
Tylko że to nie czasy wiążą dzieciom buty. To dorośli.
I może warto się na chwilę zatrzymać i zadać sobie proste pytanie: czy pomagając dziecku, naprawdę mu pomagamy - czy tylko robimy coś za nie, żeby było szybciej i wygodniej… dla nas?
www.biologia.szkolnastrona.pl