07/05/2026
Wakacje tuż tuż! 😎🌞
Czas na zwiedzanie i aktywny wypoczynek. Polecamy przewodniki po województwie świętokrzyskim😊
Zapraszamy bardzo serdecznie!
07/05/2026
Wakacje tuż tuż! 😎🌞
Czas na zwiedzanie i aktywny wypoczynek. Polecamy przewodniki po województwie świętokrzyskim😊
29/04/2026
Ostatnie egzemplarze na stanie!
Zapraszamy bardzo serdecznie!
18/04/2026
Nowości z antykwarycznej półki. Zapraszamy bardzo serdecznie
31/03/2026
Przed sezonem wakacyjnym dzięki uprzejmości Jolanta Pakuła oraz Adam Kowalewski przygotowalismy pamiątkowe magnesy z Kielc i okolic.
KUP MAGNES Z KIELC! Dla cioci, dla wujka, dla rodziny, znajomych i przyjaciół!
ZAPRASZAMY!🤩🥰😘😆😊
24/11/2025
W lipcu 1390 r. Margot de la Barre, niegdyś damę swawolnej profesji, obecnie na emeryturze, oskarżono o strucie i przyprawienie o chorobę Hainsselina Planiete oraz jego żony Agnesot.
Margot 44 lata wcześniej nieopatrznie wzięła sobie kochanka w rodzinnym Beaune w Burgundii, ten zaś popchnął ją na drogę zawodowego grzechu. Potem przez wiele lat parała się płatną miłością w różnych miastach królestwa. Teraz zaś dobiegała sześćdziesiątki, rezydowała w stolicy i życzliwie użyczała bliźnim miejsca do schadzek oraz zajmowała się, można rzec, doradztwem miłosnym.
Ostatecznie miała w tej materii długoletnie doświadczenie.
Przesłuchiwana, Margot przyznała, że owszem, umie sporządzać lekarstwa, wzmocnione pobożnymi zaklęciami. Przyznała też, że zaoferowała pani Planiete wieńce z ziół, by uśmierzyć jej bóle głowy, które wskutek zastosowanej kuracji ustąpiły. Leczyła też pana Planiete na gorączkę, ale nie wie, czy mu pomogła. O trucicielstwie jednak nic nie wie.
I nawet na torturach nie przyznawała się do niczego więcej.
Natomiast jej młodsza koleżanka po fachu, Marion La Droiturière, kiedy jej tylko zobaczyła narzędzia tortur, zaczęła śpiewać jak słowik. Wyznała, że Margot de la Barre wcale nie leczyła, oj, bynajmniej nie. Margot magicznymi sposobami usiłowała odzyskać dla Marion miłość Hainsselina Planiete.
Bo Marion, choć profesjonalnie świadczyła cielesną miłość, bardzo kochała tego łajdaka Hainsselina.
Już wcześniej jakaś flandryjska gamratka doradziła jej względem Hasselina, by zmieszała swą krew miesięczną z winem, po czym wypiła ten napitek razem z opornym kochankiem. Trunek sprawi, że ich miłość będzie rosła, potężniała i gorzała jak płomień. Marion zastosowała się skwapliwie, mimo obrzydzenia. I co? Nic nie pomogło!
A na dodatek zdrajca Heinsselin zaręczył się z Agnesot!
Właśnie wtedy Marion, cała zapłakana, przybiegła do Margot, by prosić ją o ratunek. Targała na sobie ubranie, darła włosy z głowy. Bo tak go ogromnie kochała, tego Heinsselina, że wręcz bez niego nie mogła żyć.
Margot nakazała jej, by zdobyła białego koguta i udusiła go, usiadłszy na nim, lub szybko skręciła mu łeb. Następnie miała wyciąć mu jądra i umieścić je w puchowej poduszce, na której sypiał Heinsselin. Po ośmiu lub dziewięciu dniach należy je wyjąć, spalić na popiół, a popiół domieszać do jedzenia lub trunku ukochanemu.
Nie ma się co wahać, po tej kuracji Heinsselin pokocha ją jeszcze mocniej i nigdy nie będzie jej miał dość.
Marion wypełniła wszystko co do joty. Nadziała Heinsselinowi poduszkę kogucimi jądrami i zdołała mu ją podsunąć przez ładnych parę nocy, bo nadal przychodził z nią sypiać. Widać, że traktował swoje narzeczeństwo z Agnesot niezbyt rygorystycznie. Ale miłości Heinsselina do niej od tego nie przybyło.
Gdy rozgoryczona przydreptała do Margot z reklamacją, ta uwiła dwa wianki z ziół zebranych w noc świętojańską. Dała je Marion, nakazując, by wybrała się z nimi na wesele Heinsselina. Ma je rzucić na ziemię, kiedy młoda para będzie tańczyła swój pierwszy małżeński taniec, tak by oboje, Heinsselin i Agnesot, solidnie je podeptali. Jeśli jej się uda, Heinsselin nie tylko pokocha ją z tą samą gwałtownością, z jaką Marion kocha jego, ale na dodatek nie będzie zdolny kochać się z żoną.
Czegóż chcieć więcej?
Marion skrupulatnie wszystko uczyniła, jak jej Margot kazała. Upchnęła wianki pod wierzchnią suknią, za paskiem, i wniosła je Hotel Alençon, gdzie się odbywało wesele. Kiedy młoda para odtańcowywała pierwszy krąg, schyliła się, niby to zawiązać trzewik, i zręcznie rzuciła im wianki pod nogi. Całkiem to okazało się proste.
Lecz już następnego dnia nieżyczliwe i wredne jakieś dusze poinformowały ją, że w poślubną noc Heinsselin wielokrotnie i z pasją uprawiał seks z żoną. Mało jej serce nie pękło. Potem się jednak okazało, że nie była to prawda. Heinsselin nie zdołał skonsumować małżeństwa. Oboje z żoną się rozchorowali.
Ani chybi Bóg ich pokarał za jej, Marion, krzywdę.
Tak, Margot coś tam mamrotała nad tymi wiankami, lecz Marion nie wie, co. Nie nadsłuchiwała.
Tymczasem Margot na torturach – podczas czwartej sesji, bo długo nie chciała nic mówić – raptem sobie przypomniała, że przywoływała nad tymi wiankami diabła. Bo ten Heinsselin taki był oporny na miłość, że bez diabła ani rusz. Wezwany, diabeł się pojawił karnie. W zasadzie wyglądał tak samo, jak zwykle wygląda diabeł podczas misteriów pasyjnych, tyle że nie miał rogów. Może mu odpadły, gdy wykonał facepalm, że go przywołały z powodu takiego wiarołomnego zgniłka. Niemniej grzecznie obiecał, że naprawi zło, jakie Heinsselin i jego żona Agnesot wyrządzili Marion.
Wszak taka piękna miłość, jak jej, nie powinna leżeć odłogiem.
Potem złapał jeden z wianków i wyleciał z nim przez okno, z wielkim wyciem i świstem. Może też miał w podziemiu jakiegoś Heinsselina, co nie mógł bez niego żyć.
Marion, zdaje się, miała własne konszachty z czartem, a w każdym razie tak sądzili sierżanci z więzienia Châtelet – gdzie obie swawolne damy osadzono i osądzono – którzy odkryli w jej izbie pudełko z ludzkimi włosami i kępę mchu w kufrze. Bo w jakimże celu ktoś przy zdrowych zmysłach trzymałby mech w kufrze, jeśli nie dla jakiegoś magicznego łajdactwa?
Marion tłumaczyła się wprawdzie, że kiedy ją Heinsselin tak parszywie porzucił, złapała go za kaptur i wyrwała mu trochę kłaków, które sobie potem postanowiła na pamiątkę zatrzymać, by już nigdy, przenigdy, nie związać się z równie parszywym łotrem. A mech dostała od angielskiego giermka, którego obdarowywała swoimi wdziękami. Zebrał go przy fontannie, przy której ścięto dziewicę. I mech też zatrzymała, na pamiątkę. W jej otoczeniu doprawdy rzadko się spotyka dziewice, choćby i lekko omszone.
Potem Marion La Droituriere usiłowała apelować do parlamentu, podnosząc, że prewot nie miał prawa jej wydać na tortury. W ogóle jest porządną paryską niewiastą, acz wykonującą nieporządne rzemiosło, i cieszy się dobrą opinią, co w sumie można dwuznacznie rozumieć. Osiągnęła jednak tylko tyle, że przed skazaniem torturowano ją jeszcze dwukrotnie. Sędziowie trochę się zastanawiali, jaki wydać wyrok. Ostatecznie uznali, że profesjonalistki, choćby zakochane, nie mogą bezkarnie truć obywateli i wpędzać ich magią w chorobę.
Skazano je obie na śmierć, postawiono pod pręgierzem, podczas gdy publicznie odczytywano ich winy, a następnie spalono na świńskim targu pod miastem za magię.
Miłość to niebezpieczny zwierz.
Literatura:
Dyan Elliott, Women in Love: Carnal and Spiritual TRansgressions in Late Medieval France, [in:] Living Dangerously. On the Margins on Medieval and Early Modern Europe. ed. Barbara A. Hanawalt, Anna Grotans, Notre Dame: Univ. of Notre Dame Press, 2007, pp. 55-86.
Bronisław Geremek, Ludzie marginesu w średniowiecznym Paryżu. XIV-XV wiek, Poznań: Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, 2003.
Ilustracja: Aldobrandino da Siena, Le régime du corps, koniec XIII w.
Scena po napisach: Tak, wiem, że ta historia nie kończy się tak, jak powinna. Jeśli chcecie, żeby się zakończyło, jak trzeba – choć nie dla Marion i Margot, bo im już nic nie pomoże – posłuchajcie „Opowieści z Wilżyńskiej Doliny” i „Wiedźmy z Wilżyńskiej Doliny”, drugi audiobook właśnie miał premierę. Fikcyjne czarownice dysponują jednak pewnymi przewagami.
24/11/2025
W 1390 r. Margaretha von der Stregon – Małgorzata ze Strzegomia – spisywała w świdnickim ratuszu dokumenty. Nie dla rozrywki czy chcąc rozprostować palce zmęczone haftem. Margaretha była pisarką miejską, Statschreiberin/Stadschreyberinne.
Czyli średniowieczną urzędniczką publiczną.
Tak, wiem, że czytaliście, jak to kobiety w średniowieczu były wykluczone ze sprawowania urzędów. Ja też mnóstwo o tym czytałam. Cóż, świdnicki najwyraźniej magistrat przeoczył te informacje. W 1999 r. Jarosław Maliniak wydłubał Margarethę ze świdnickiej księgi ławniczej. Na dodatek znalazł w Jeleniej Górze drugą pisarkę, Aluszę – Alushe Statschriberinne zu Hirsberg.
Mój świat się zmienił.
Podkreślam, Margaretha von der Stregon nie była sekretarką i nie robiła notatek dla lepszych od siebie. Zarządzała jedną z najstarszych kancelarii na Śląsku. Przygotowywała najróżniejsze dokumenty, publiczne i prywatne, od statutów po testamenty. Musiała więc płynnie, w mowie i piśmie, znać co najmniej język niemiecki oraz łacinę. Ale musiała też mieć wiedzę dyplomatyczną o tworzeniu i funkcjonowaniu dokumentów, oraz autorytet, by sprawnie wykonywać swoją pracę i wydeptywać miejskie korytarze władzy.
Na pewno była wyjątkową kobietą. Większość córek Ewy nie umiała się wówczas podpisać.
Nie wiemy, gdzie tę wiedzę i wysoką kulturę literacką posiadła. Może w klasztorze, na przykład u benedyktynek na Strzegomiu i stąd jej przydomek. Może terminowała u boku wcześniejszego pisarza, nabywając wiedzy praktycznej. Na pewno jednak była wystarczająco sprawna literacko, uporządkowana i zorganizowana by powierzyć jej pracę kluczową dla funkcjonowania średniowiecznego miasta i jego instytucjonalnego bezpieczeństwa.
Jako pisarka miejska Margaretha von der Stregon znała miejscowe finanse oraz tajemnice miejskiej polityki, także te, których nie ogłaszano publicznie. Znała również prywatne sprawy swoich sąsiadów. Wiedziała, kto został wydziedziczony, a kto zdziera na czynszu za najem domu. Od jej rzetelności, staranności i uczciwości bardzo wiele zależało. Pomyłki czy zaniedbania miały dalekosiężne konsekwencje. Tymczasem, pomimo jej płci, mieszczanie, ci należący do elit władzy i ci całkiem pośledni, najwyraźniej ufali, że kompetentnie zamieni ich życzenia w akty prawne.
A na dodatek utrzyma język za zębami.
Wstępując na urząd, Margaretha von der Stregon zapewne złożyła przed radą przysięgę, że będzie go pełniła rzetelnie i bezstronnie. Wzorem innych pisarzy miejskich zobowiązała się zawsze działać na rzecz miasta i kierować się prawem, niczym innym. Słowem, miała być apolitycznym fachowcem w służbie mieszkańców.
Trudno wymagać więcej.
Świdnica była wówczas ważnym, lecz niezbyt wielkim ośrodkiem miejskim. Mieszkało tam mniej niż 10 000 dusz. Wszyscy musieli się znać i zmazy na reputacji czy też małej łapówki nie dało się długo ukryć. Tymczasem o Margarethe von der Stregon jeszcze w kilkadziesiąt lat później wspominano i to wspominano dobrze. W 1429 r. opisano ją jako wierną starą pisarkę. Wrosła w miejską pamięć tak mocno, że jeszcze w 1483 r., długo po jej śmierci, w księdze ławniczej napomknięto o ogrodzie starej pisarki miejskiej, położonym nieopodal Bramy Strzegomskiej.
Potem oczywiście o niej zapomniano. O Alushy zu Hirsberg też.
Miało minąć jeszcze wiele wieków, nim kobiety znów zaczęły sprawować publiczne urzędy. Niemniej dobrze jest wiedzieć, że ta opowieść zaczyna się już w XIV w., od Margarethy von der Stregon i Alushy zu Hirsberg.
Gdziekolwiek więc, moje drogie, przeczytacie ten wpis – od księgowości w żłobku po kancelarię prezesa rady ministrów – pamiętajcie, że robimy w administracji publicznej i dokumentujemy świat już siódmy wiek.
Za: Jarosław Maliniak, Kobieta w hierarchii urzędniczej średniowiecznego miasta (na przykładzie pisarski miejskiej), - Śląski Kwartalnik Historyczny Sobótka, 54, 4 (1999):535-538
Ilustracja: Godzinki z Metzu, ok. 1300-1310 r.
Scena po napisach: Jeśli znacie inne średniowieczne urzędniczki miejskie, dajcie znać w komentarzach, będę szczerze wdzięczna. Gdzieś tam w angielskich źródłach mignęły mi dwie dziewczynki oddane notariuszowi do terminu, ale ostatecznie nie musiały terminować w tworzeniu dokumentów. Nie umiem osadzić Margarethy i Alushy w żadnym szerszym kontekście. Nie wiem, czy te dwie XIV-wieczne śląskie pisarki są anomalią, czy też gdzieś w archiwach wciąż kryją się maleńkie wzmianki o kolejnych średniowiecznych urzędniczkach. Czytanie takich akt jest jak przesiewanie złotonośnych piasków: czasami mijają lata i nic nie błyska na sicie, czasami jednak trafia się na takie samorodki złota, jak Margarethe von der Stregon.
| Poniedziałek | 10:00 - 18:00 |
| Wtorek | 10:00 - 18:00 |
| Środa | 10:00 - 18:00 |
| Czwartek | 10:00 - 18:00 |
| Piątek | 10:00 - 18:00 |
| Sobota | 10:00 - 14:00 |