04/10/2026
Przybijamy piątkę! ✋
Piąty maraton z Silesia Marathon ukończony 🏃♀️
Kiedyś, w jednym z wywiadów z trenerem biegowym, usłyszałam określenie, że maratończyk to taki, który przebiegnie maraton bez przechodzenia do marszu.
Pomyślałam wtedy: aha… no jasne. 😅
Dla mnie było to coś kompletnie niewyobrażalnego.
A dzisiaj… zrobiłam to. ❤️
I co ciekawe to nie taki był cel tego biegu.
Miałam przede wszystkim bezpiecznie dobiec do mety. Bez walki o czas, bez udowadniania czegokolwiek.
A jednak miałam dzisiaj ogrom energii, ogrom wsparcia i co chyba najważniejsze dobrze przygotowane ciało.
Ale ten maraton wygrałam przede wszystkim głową.
Niedawno ktoś zapytał mnie, po co ja właściwie biegam.
Po co?
Dzisiaj już wiem.
Bieganie jest tym czasem, kiedy jestem sama ze swoimi myślami.
A ostatni czas mocno nas doświadcza.
Na co dzień uciekam od tego, co dzieje się w głowie. Zajmuje się domem. Pracą. Dziećmi. Obowiązkami. Czymkolwiek.
Zawsze znajdzie się coś, co można zrobić, zamiast się zatrzymać i mierzyć z tym wszystkim.
Ale kiedy biegnę, nie mam gdzie uciec.
Biegnę. I jestem sama ze swoimi myślami.
Czasami płaczę.
Czasami się śmieję.
Czasami jestem wściekła.
Wszystko układam sobie w głowie.
Więc jeśli ktoś mijał mnie podczas treningów i widział kobietę biegnącą i płaczącą, to… tak, to prawdopodobnie mogłam być ja. 😂
W zeszłym roku, po maratonie, pisałam o tym, że mierzę się ze swoją głową, bo moje ciało mnie zawiodło.
W tym roku było zupełnie inaczej.
Moje ciało było gotowe.
Tym razem mierzyłam się tylko z własną głową.
Bo życie niestety czasami daje nam naprawdę mocno w kość. I wciąż nie potrafię pogodzić się z tym, że świat nie daje nam tego na co w naszym przekonaniu zasługujemy.
Nadal mam w sobie mnóstwo niezrozumienia.
Mnóstwo pytań.
I ogromne poczucia niesprawiedliwości.
Ale dzisiaj, przez te cztery i pół godziny, wydarzyło się coś, czego bardzo dawno nie czułam.
Poczułam czystą radość.
Taką zwyczajną, dziecięcą radość z tego, że biegnę.
I chyba właśnie dzięki niej dobiegłam dzisiaj całą trasę.
Bez zatrzymywania.
Bez marszu.
Bez odpuszczenia.
I dlatego ten medal znaczy dla mnie dużo więcej niż kolejny ukończony maraton.
On jest dla mnie symbolem tego, że wygrałam ze swoją głową…
Że nawet kiedy życie mówi: „gorzej już być nie może”, a chwilę później pokazuje, że jednak może…
to i tak staram się iść do przodu.
Robimy swoje.
Podnosimy się.
Działamy dalej.
Nie zawsze jest łatwo.
Czasami po prostu dlatego, że musimy być silni dla tych, których kochamy.
I właśnie tutaj chcę najbardziej podziękować mojemu ukochanemu Mężowi. ❤️
Bez Ciebie nigdy nie byłabym w stanie robić tych wszystkich szalonych rzeczy, na które czasami się decyduję.
Za Twoje wsparcie.
Za cierpliwość.
Za to, że pozwalasz mi być właśnie taką, jaka jestem.
I moim Dzieciakom. ❤️
To Wy jesteście moją największą motywacją, żeby się nie poddać. Żeby nie spaść w dół, nawet wtedy, kiedy życie próbuje nas tam zepchnąć.
Chcę Wam pokazać, że można być silnym mimo tych wszystkich okropnych rzeczy, które dzieją się wkoło.
Że można się bać.
Można płakać.
Można mieć dość.
Ale potem trzeba wstać.
I iść dalej.
Mam nadzieję, że kiedyś, kiedy będzie Wam bardzo ciężko, przypomnicie sobie mamę, która mimo wszystko zakładała buty i wychodziła biegać.
I pomyślicie:
„Skoro mama dała radę, to ja też dam.” ❤️
Pierwszy raz od bardzo dawna mogę powiedzieć:
dzisiaj naprawdę wygrałam.
Nie z czasem.
Nie z trasą.
Ze swoją głową.
I tak wiem... „you should go to the therapy… I know but running is cheaper” 😅