17/09/2026
Mamy dzisiaj jako społeczeńśtwo ogromny problem z granicami kompetencji. Chodzi o coraz powszechniejsze przekonanie, że jeśli mamy własne doświadczenie, własne dziecko albo po prostu własne zdanie, to możemy wejść w kompetencje człowieka, który zawodowo zajmuje się daną dziedziną.
Kiedy to się właściwie wydarzyło, że nie będąc nauczycielami, uczymy nauczycieli, jak mają uczyć? Mówimy im, jakie metody są dobre, jakie złe, jakie zabawy powinni organizować, jak powinni prowadzić zajęcia, jak reagować na dzieci. Kiedy uznaliśmy, że skoro jesteśmy rodzicami, to automatycznie mamy kompetencje do oceniania pracy nauczyciela?
A czasami idzie to jeszcze dalej. I wtedy zaczynają się absurdy.
Czy wiecie, że zdarzają się sytuacje, w których rodzic potrafi powiedzieć nauczycielowi, który nie ma dodatkowego etatu i po prostu kończy swoją pracę o określonej godzinie, że powinien bardziej dostosować się do godzin rodzica i dziecka? Że powinien być bardziej elastyczny, bo przecież „nie ma nic innego do roboty”?
Naprawdę?
Czy ktoś z was poszedłby do lekarza i powiedział: „Proszę przyjmować mnie wtedy, kiedy mi pasuje, bo przecież po mojej wizycie i tak nie ma Pan nic ważniejszego do zrobienia”?
Czy powiedzielibyśmy księgowej: „Proszę zostać dłużej, bo ja nie mogę przyjechać wcześniej”?
Czy powiedzielibyśmy prawnikowi: „Proszę przełożyć swoje sprawy, bo moje dziecko ma wtedy trening”?
Prawdopodobnie nie.
A nauczycielowi jakoś łatwiej to powiedzieć.
Bo przecież nauczyciel „tylko uczy”.
Przecież może zostać, może zrobić jeszcze jedną rzecz, może zmienić sposób pracy, może zorganizować dzieciom czas inaczej.
Przecież może dostosować się do nas.
I tu właśnie pojawia się problem. Z GRANICAMI.
Bo rodzic ma swoje kompetencje i nauczyciel ma swoje kompetencje. Rodzic zna swoje dziecko najlepiej. Nauczyciel zna swoją pracę, proces edukacyjny i pracę z grupą. To nie są role konkurencyjne. One powinny się uzupełniać.
Rodzic może powiedzieć: „Moje dziecko ma trudność z tym i tym”. Może zapytać: „Jak możemy mu pomóc?”. Może zgłosić swoje obserwacje.
Ale już czymś zupełnie innym jest powiedzenie nauczycielowi: „Proszę robić to tak, bo ja uważam, że tak będzie lepiej”.
I właśnie tutaj powinniśmy umieć powiedzieć sobie STOP.
Oczywiście, każdy specjalista może się mylić. Nauczyciel również. I jeśli dzieje się coś naprawdę niewłaściwego, rodzic ma pełne prawo reagować. Można pytać, można zgłaszać zastrzeżenia, można rozmawiać, można korzystać z formalnych dróg.
Ale czym innym jest zauważenie konkretnego problemu, a czymś zupełnie innym przekonanie, że moja opinia automatycznie daje mi kompetencje zawodowe.
Nie daje.
To, że wychowuję dziecko, nie oznacza, że jestem nauczycielem.
To, że korzystałem z usług lekarza, nie oznacza, że jestem lekarzem.
To, że byłem kiedyś na terapii, nie oznacza, że wiem, jak prowadzić terapię.
To, że moje dziecko chodziło na treningi piłki nożnej, nie oznacza, że umiem trenować.
To, że przeczytałem kilka książek o wychowaniu, nie oznacza, że wiem więcej od człowieka, który przez lata kształcił się w swojej dziedzinie i codziennie wykonuje ten zawód.
I jest jeszcze coś, co mnie w tym wszystkim szczególnie zastanawia.
Chcemy, żeby nasze dzieci miały autorytety. Chcemy, żeby szanowały nauczycieli, trenerów, lekarzy, terapeutów. Chcemy, żeby potrafiły słuchać człowieka, który ma większą wiedzę i doświadczenie. Chcemy, żeby rozumiały, że nie każda sytuacja wygląda tak, jak one chcą.
A potem przy dziecku sami podważamy nauczyciela.
Mówimy, że źle pracuje.
Że powinien robić inaczej.
Że jego metoda jest bez sensu.
Że powinien zorganizować zajęcia tak, jak my uważamy.
Że powinien zmienić swoje godziny pracy, bo nam tak wygodniej.
I później jesteśmy zdziwieni, że dziecko mówi: „Nie będę, bo moja mama powiedziała, że..."
Dzieci nie uczą się szacunku z naszych wykładów. UCZĄ SIĘ GO, OBSERWUJĄC JAK MY TRAKTUJEMY INNYCH LUDZI.
Jeżeli pokazujemy im, że kompetencje drugiego człowieka można podważać zawsze wtedy, kiedy jego decyzja nam się nie podoba, to dokładnie tego je uczymy.
A potem wymagamy, żeby szanowały nauczyciela.
To się po prostu nie składa.
Praca nauczyciela jest zresztą jednym z tych zawodów, które społecznie bardzo łatwo sprowadzić do „przecież tylko uczy”. Tylko że za tym „tylko” stoi przygotowanie do zajęć, planowanie, dokumentacja, odpowiedzialność za grupę, ocenianie, rozmowy z rodzicami, rozwiązywanie konfliktów, reagowanie na potrzeby dzieci i cały szereg rzeczy, których rodzic zwyczajnie nie widzi.
I może właśnie dlatego tak łatwo przychodzi nam przekraczanie tej granicy.
Bo nie widzimy całej pracy drugiego człowieka.
Widzimy tylko jej fragment.
Ale może warto zacząć od prostego pytania: czy ja właśnie korzystam ze swojego prawa do rozmowy, czy właśnie wchodzę w kompetencje drugiego człowieka?
Bo może gdyby każdy zajął się tym, do czego rzeczywiście ma kompetencje, a innych ludzi przestał uczyć ich własnego zawodu, byłoby trochę mniej chaosu.
I trochę więcej szacunku.