15/06/2023
ONA.
Powiedzieli jej, że sukienkę ma za krótką. Że prześwituje jej koszulka. Że nie powinna tyle pokazywać. Że widać jej piersi w obcisłym staniku. Że należy przykryć ramiona. Że za dużo odkryła. Sugerowali, by była bardziej seksowna. Że facetom to się podoba. Że szpilki mogłyby być wyższe. Że w tej bluzce nie widać tak brzucha. Że sama się prosi. Że musi być modna. I że teraz się nie nosi stanika.
Ale ona i tak włożyła, co chciała.
Mówili jej, by tyle nie jadła. Odpuściła węglowodany. Zrzuciła kilka kilogramów. Piła więcej wody. Nie zamawiała deseru. Że wygląda jak szkielet. Że na pewno ma anoreksję. Albo bulimię. Lub coś z głową, skoro nie ćwiczy non stop i nie jest na diecie. Miała szybciej biegać, szczuplej wyglądać, liczyć kalorie. Bo jest za gruba. Za chuda. Za blada. Zbyt opalona. Przesadziła z farbą. Dała za mało farby. I że źle że się źle ocenia, bo ma być body pozytywnie.
Ale ona i tak wyglądała, jak wybrała.
Powiedzieli, że jest egoistką. Że tylko dzieci się liczą. Że jednak ma być niezależną singielką. Że nie może myśleć tyle o sobie. Że ma rolę do odegrania. Obowiązki do spełnienia. Że inni na nią liczą i nie może ich zawieść. Że celem jest poświęcenie. Że skoro cierpi, to jest dobra. Że trzeba się z tym pogodzić. Że nie powinna się wychylać. Że jest dobrze tak, jak jest. Że przecież nie jest chorą feministką. Że to droga do samotności. Że samotność jest zła. Że nie można połączyć tego wszystkiego. Że kobieta to wytwór społeczny i że może teraz być mężczyzną. Że jest niebinarna. Lesba. Hetero. Babochłop. Trans. Whatever.
Powiedzieli jej to wszystko.
I ona uwierzyła, bo na początku mała dziewczynka zrobi wszystko, by być kochana.
Stała się grzecznym robocikiem, pasującym do wymogów norm kulturowych epoki, w której się urodziła i poziomu świadomości swojej rodziny.
I choć większość jej rówieśniczek nigdy nie wyjdzie poza poza tę adaptację klona rodzinno-kulturowego i umrze jako dzieci w starych ciałach, to jej akurat ten los nie był pisany. Może dlatego, że to ona sama pisała swój los.
Ona, widzicie, jako jedna z niewielu, słuchała swego gniewu. Jego energia pozwoliła jej się buntować, co pozwoliło bronić swoją autonomię. Wściekała się więc, krzyczała, stała nawet dla niektórych zimna i zamknięta, tak bardzo chroniąc w sobie tę małą dziewczynkę, którą wszyscy chcieli zmienić w produkt pasujący do aktualnej epoki. Ale los nie napisał jej scenariusza w roli królowej lodu z zamkniętym sercem, wypełnioną nienawiścią do swoich katów.
Los jej kogoś postawił na ścieżce życia. I ona tego kogoś spotkała i poczuła się, po raz pierwszy od dziecka, kochana. Przyjaciółkę, chłopaka, nauczyciela, szefową - przewodnicy przydziewają w życiu różne szaty. I przy tej osobie, przeglądając się w jej oczach, przestała się bać utraty autonomii. Nauczyła mówić, co czuje. Nie zamykała się już w sobie. Potrafiła rozpłakać. Przestała bać. Zobaczyła, że nie musi się bronić, bo nie ma już zagrożenia.
I gniew minął.
I wtedy, gdy jej bliskość z sobą samą była tak intensywna, że stała się miłością, zobaczyła, że ci wszyscy, którzy chcieli ją zmienić, też kiedyś zostali skrzywdzeni. Ich też ktoś zmienił, ryjąc w ich głowach chory algorytm odrzucania siebie w imię warunkowej akceptacji tłumu. I przestała się bać tego tłumu, bo już jej nie zagrażał. Jej esencja była nienaruszalna, a ona czuła do tych wszystkich ludzi jedynie współczucie. Szkoda ich, myślała. I pokochała ich, z ich ułomnościami, bo już kochała siebie.