02/01/2026
Nic dodać nic ująć.
https://www.facebook.com/share/p/1ZcrXWKAwy/
Skoro tak często w komentarzach pojawia się zarzut, że „gloryfikuję przeszłość”, postanowiłem zrobić coś prostego – napisać tekst, który nie będzie ani laurką dla dawnej szkoły, ani aktem oskarżenia wobec współczesnej. Po prostu porównać „kiedyś” i „dziś”, możliwie spokojnie, bez emocji. Czy mi się to udało – nie wiem. Ale spróbujmy.
Szkoła „kiedyś” była instytucją jednoznaczną w swoich celach. Miała uczyć – przekazywać wiedzę, ćwiczyć pamięć, wymagać systematyczności. Była hierarchiczna, często sztywna, bywała niesprawiedliwa, a nierzadko zwyczajnie nieskuteczna wobec uczniów słabszych lub wrażliwszych. Program był przeładowany, a nauczyciel miał niewiele narzędzi, by realnie różnicować pracę. Dobry uczeń „radził sobie”, słabszy wypadał z obiegu. To fakt, nie mit.
Jednocześnie ta szkoła miała wysoki próg wejścia w wiedzę. Oczekiwano opanowania podstaw, tak banalnych jak:tabliczki mnożenia, definicji pojęć. Nie dlatego, że ktoś był „bezduszny”, ale dlatego, że wiedziano (często intuicyjnie), że bez automatyzmu nie ma myślenia. Nikt nie pytał, czy uczeń lubi równania czy czuje sens w ortografii – uznawano, że sens pojawi się później, jeśli pojawi się kompetencja.
Szkoła „dziś” jest inna w deklaracjach. Mówi językiem dobrostanu, relacji, indywidualnych potrzeb. Zauważa ucznia słabszego, wrażliwego, z trudnościami. I to jest realny postęp cywilizacyjny – większa świadomość psychologiczna, większa empatia, większa czujność na wykluczenie. Tego nie wolno bagatelizować.
Problem zaczyna się wtedy, gdy cele szkoły zaczynają się rozmywać. Coraz częściej nie wiadomo, co jest ważniejsze – czy uczeń ma coś umieć, czy dobrze się czuć; czy szkoła ma stawiać wymagania, czy ich unikać; czy porażka jest elementem uczenia się, czy systemową krzywdą. W praktyce często kończy się to obniżaniem poprzeczki, maskowanym nowomową: „kompetencje miękkie”, „proces”, „podążanie za uczniem”.
I w tym miejscu pojawiają się nowoczesne narzędzia.
Tablice interaktywne, platformy, aplikacje, AI, gry edukacyjne, wirtualne laboratoria – wszystko to może być świetnym wsparciem nauczania. Problem polega na tym, że bardzo często próbuje się je wprowadzać tak, jakby same w sobie miały rozwiązać problemy szkoły. Jakby technologia mogła zastąpić brak fundamentów, a forma – treść.
Uczeń, który nie czyta ze zrozumieniem, nie zacznie czytać lepiej dlatego, że tekst wyświetli się na tablecie.
Uczeń, który nie zna podstawowych pojęć, nie zacznie myśleć krytycznie tylko dlatego, że pracuje „projektowo”.
Uczeń, który nie ma zautomatyzowanych umiejętności, nie rozwinie kompetencji wyższego rzędu, choćby otaczały go najbardziej nowoczesne narzędzia świata.
Technologia nie buduje podstaw. Ona działa dopiero wtedy, gdy te podstawy istnieją.
Kiedyś szkoła miała mało narzędzi, ale wiedziała, czego chce nauczyć.
Dziś szkoła ma narzędzi aż nadto, ale coraz częściej nie potrafi odpowiedzieć na pytanie: co konkretnie uczeń ma umieć po wyjściu z lekcji.
Kiedyś uczeń uczył się rzeczy trudnych, zanim były „atrakcyjne”.
Dziś próbuje się je uczynić atrakcyjnymi, często rezygnując z ich trudności.
Szkoła miała swoje wady, ale miała też spójność. Dziś chce być jednocześnie szkołą, poradnią, terapią, inkubatorem kompetencji przyszłości i przestrzenią samorealizacji – a wszystko to często bez czasu, pieniędzy i realnego wsparcia.
Najuczciwsze porównanie brzmi więc tak (według mnie):
– dawna szkoła miała za mało troski,
– współczesna szkoła ma za mało odwagi w stawianiu wymagań,
– a nowoczesne narzędzia zbyt często traktuje się jak substytut myślenia o fundamentach, a nie ich uzupełnienie.
Idealna szkoła nie odrzuca technologii.
Ale też nie wierzy, że tablica interaktywna zastąpi tabliczkę mnożenia.
Czy to jest gloryfikowanie przeszłości?
Nie wiem.
To raczej próba powiedzenia, że żadne narzędzie – stare czy nowe – nie zadziała, jeśli zapomnimy, po co w ogóle jest szkoła.
www.biologia.szkolnastrona.pl