21/11/2024
Kiedy aurze za oknem bardziej do skandynawskich warunków, niż wakacyjnych u nas, to bardzo dobry okres na odgrzewanie wspomnień z wakacyjnych, i nie tylko, podróży. Jedną z coraz częściej obieranych destynacji podróżniczych staje się Islandia, która w wyobrażeniu wielu jest magiczną wyspą wulkanów. Na taką podróż, nie jedną jak się okazuje, wybrała się nasza koleżanka Hinc, która swoje wyprawy opisuje tak:
Pierwszy raz na Islandię mieliśmy okazję wybrać się w listopadzie 2021 roku. Mimo uciążliwej, zimowej pogody Islandia ukazała się nam na tyle piękna, że postanowiliśmy że tu wrócimy mimo, iż wiązało się to ze znacznymi wydatkami związanymi z podróżą do tego kraju. Nigdy wcześniej nie wracaliśmy w to samo miejsce, a jednak coś takiego w tam było, że skusiliśmy się na drugi raz.
Zdjęcia są głównie z naszej drugiej podróży. Powód jest prosty: w kwietniu mieliśmy około 16-18 godzin światła, za to w listopadzie ~5, przy czym słońce nigdy nie wschodziło w pełni, przez co mieliśmy około półtorej godziny na robienie zdjęć, a reszta to już sam półmrok.
Pogoda była dosyć szokująca. Nie było wcale tak zimno - temperatura rzadko spadał poniżej 0°C. Listopad mimo to był dla nas ekstremalny. Bez przerwy padało i wiało. Wiatr był na tyle silny, że kilka razy trzeba było mnie zbierać z gruntu. Nigdy nie ujrzeliśmy słońca. W kwietniu było ciepło, średnio 5-8°C (z wyjątkiem bardzo chłodnych północnych pól lawy), czyli cieplej niż wówczas w Polsce. Do tego świeciło Słońce, i to jeszcze jak. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że na Islansii słońce po prostu świeci mocniej. Nie wiem, na jakiej zasadzie to działa, ale tak jest. Pochmurnie było tylko na zachodnich wybrzeżach kraju. Całkowicie się tego nie spodziewaliśmy, a ja do domu wróciłam z opuchniętą, nadmiernie opaloną twarzą.
Samo podróżowanie w większości było urokliwie proste - wynajmujemy auto na długość całego wyjazdu i zwyczajnie skręcamy na drogę nr 1.
Po drodze są znaki drogowe ze specyficznym symbolem atrakcji turystycznej. Jeśli takie coś w oddali ujrzymy, to skręcimy gdziekolwiek to by nas nie prowadziło. Na noc zatrzymujemy się w obojętnie jakim hostelu, z rana przelewamy sobie kawę i herbatę do termosów, szukamy najbliższego sklepu, kupujemy masę mandarynek i skyrów i ruszamy dalej. Jedyną naszą zaplanowaną wycieczką z przewodnikami była wspinaczka na lodowiec Falljökull, która i tak zajęła łącznie nieco ponad 6 godzin.
Według mnie, jednym z ciekawszych miejsc było Þingvellir. Jedno z wielu miejsc na Islandii, gdzie płyty tektoniczne Eurazji i Ameryki Północnej spotykają się jednocześnie od siebie wzajemnie uciekając. Początkowo wygląda dosć niepozornie. Może się wydawać, że to zwykły, przypadkowy mini-kanion, dolinka, a tu jednak okazuję się, że właśnie z tego powodu na Islandii występuję trzęsienia ziemi i wulkany - Ziemia rozrywa wyspę na pół.
Kiedy byliśmy tam w 2021, wulkan Fagradalsfjall technicznie nadal "wybuchał". Dymił się, to prawda. Zmienił odrobinę miejscowy krajobraz, w dolinie między okolicznymi pagórkami wylana była czarna, zaschnięta lawa. Miejscami wciąż się dymiła. Trochę to straszyło, nie powiem. Tego samego roku w listopadzie były także zorze polarne, my jednak nie mieliśmy okazji ich ujrzeć ze względu na to, że w ciągu tych kilku dni chmury nigdy się nie rozeszły.
W listopadzie nikt nie chciał tam przyjeżdżać na wakacje, co mnie w zasadzie nie dziwi. Większość miejsc turystycznych zatem mieliśmy dla siebie, więc ciężkie warunki pogodowe dużo mniej nas zabolały. W kwietniu z kolei było tam zaskakująco wielu rodaków. W trakcie lotu jak i na lotnisku rozmawialiśmy z kilkoma. Większość przyjeżdżała do pracy.
Z sieci sklepowych, Bónusu i Krónanu mam bardzo zabawne wspomnienie. W kasach samoobsługowych dostępne są trzy języki: islandzki, angielski i, co zaskakujące, polski. Do tego jeszcze z tym samym głosem, jakie są w Biedronkach.
Tak naprawdę z rodowitym Islandczykiem mieliśmy okazję porozmawiać tylko raz.
W 2021 jeden z naszych hostelów wyjątkowo nie miał zagranicznych pracowników, tylko jednego właściciela, który w tym czasie się wszystkim zajmował. To, że sam chciał sobie o wszystkim i niczym porozmawiać było naprawdę wyjątkiem. Islandczycy - jak wiadomo - są ludźmi niegadatnymi (szczególnie względem turystów). Mijaliśmy się w sklepach spożywczych i większych miastach, ale nawet na kasach Bónusu i małych barów pracowali sami cudzoziemcy. Rozmawialiśmy z kilkoma, przy czym każdy miał coś ciekawego do powiedzenia.
Zaskakująca oczywiście była też różnorodność krajobrazów, jaką miałam okazję podziwiać. No i fakt, prawie całość kraju to, mówiąc wprost, łysa skała, ale skała skale nierówna. Na całkowitym południowym zachodzie zieleń, niekiedy nawet bardzo miniaturowe lasy (!), masa rzek i wodospadów, jedziemy trochę na wschód - wszelkie drzewa znikają, zastępują je pola zaschniętej lawy porośniętej mchem. Wulkany w większości wyglądają bardzo niepozornie - jak zwykłe pagórki. Dalej, góry nagle stają się większe, a między nimi widać lodowce. Kierujemy się wciąż tą samą autostradą, a krajobraz to już tylko ogromne góry wyrastające prosto z morza. Potem droga wgłąb lodu i jesteśmy na Księżycu. Najpierw wita nas grunt szary i porowaty, a potem śnieżna czarno-biała szachownica. Co jakiś czas mijamy ogromne, szerokie rzeki z jeszcze większymi wodospadami. Szukamy Akureyri, które - jak nam się wydawało - wyparowało gdzieś między szczytami północnej Islandii. W końcu tą malutką mieścinę odnaleźliśmy gdzieś po drodze. W okolicach Varmahlíð wyglądających jak western ze śniegiem, w szerokich, trawiastych równinach odpoczywamy od ośnieżonych gór w oddali. Opuszczamy ogromną dolinę, skręcamy w stronę północnego zachodu (pominęliśmy region Vestfirðir ze względu na brak czasu) i zaczynamy kręcić półkoła wokół nielicznych, ale za to bardzo dużych jezior, a także coraz to dłuższych fjordów. Teren się spłaszcza, co jakiś czas z daleka widzę jakąś roślinność poza trawą i mchem. Linia brzegowa to raz czarne plaże, raz strome klify, raz jaskinie, a jeszcze innym razem znowuż góry. Autostrada prowadzi nas na południe do momentu, gdy okazuje się, że wróciliśmy do Keflaviku.
Aby dopełnić swoich opowieści Kaja postanwiła podzielić się z nami zdjęciami, które miała okazję zrobić podaczas drugiej wyprawy.
Wy co sądzicie na temat takich wakacji? Czy Islandia to dla Was ciekawy kierunenk, jeśli chodzi o podróże? Może ktoś z Was, chciałby się również podzielić swoimi wrażeniami, wspomnieniami?