13/06/2026
Witajcie Kochani raz jeszcze :) Po "Buddenbrookach" Thomasa Manna postanowiłam sięgnąć po coś lżejszego. Wybór padł na powieść "Kiedyś były tu wilki" Charlotte McConaghy. Ostatnio bardzo popularna, polecana w internecie, podobno świetny thriller ekologiczny itd. Pomyślałam, że przecież nie mogę czytać tylko poważnych, klasycznych dzieł, bo może współczesne pisarki także mają coś do zaoferowania. No nie mają. Przynajmniej jeśli chodzi o mój gust. Oczywiście nie wszystkie :) Ale do Charlotte McConaghy na pewno nie powrócę. Czym się zachwycają? No jak zachwyca, jeśli nie zachwyca? Może nie jest to klasyczny gniot, ale naprawdę nie mogłam się doczekać końca i to nie dlatego, że domyśliłam się kto jest mordercą, ale po prostu tak słaby styl pisania zawsze mnie drażni.
Tematyka niby ciekawa i naprawdę zaczęło się dość ciekawie, ponieważ książka opowiada o pewnej biolożce - Inti, która wraz z zespołem przybywa do Szkocji, aby wprowadzić tam czternaście wilków szarych. Naukowcy mają nadzieję, że odrodzi się dzięki temu populacja wilków, które mają niesamowity wpływ na cały ekosystem. No więc temat spoko - lubię wilki, lubię Szkocję, szanuję ekologów. Jak duże było moje rozczarowanie, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że autorka konstruuje portrety psychologiczne na poziomie charakterystyki, którą napisałby zdolny siódmoklasista! A główna bohaterka - miała być chyba buntowniczką, ale coś poszło nie tak...
Ogólnie - dawno nie czytałam tak słabej powieści. Może jestem przyzwyczajona do obrazu Szkocji, jaki powstał w mojej głowie dzięki Dianie Gabaldon i jej serii "Obca". W "Kiedyś były tu wilki" jest zero klimatu, zero ciekawej treści i zero ciekawej konstrukcji bohaterów. Strata czasu - 0/10.