06/07/2026
Śladami wielu spraw - terenowy maraton.
To taki moment w pracy z aktami, którego nie widać zza biurka.
Zanim dojdzie do licytacji nieruchomości, trzeba ją dokładnie obejrzeć, opisać i oszacować. To czas pracy komornika sądowego z biegłym sądowym, zanim powstanie dokument zwany operatem szacunkowym.
To również etap, na którym każda sprawa może jeszcze zakończyć się polubownie. Wystarczy wykonać obowiązek, który doprowadził do wszczęcia postępowania egzekucyjnego.
W takie dni zwykle przemierzamy cały powiat – od miejscowości do miejscowości. W każdym miejscu są czyjeś historie, emocje, rozmowy, próby rozwiązania problemów i nieprzewidziane sytuacje. Czasem widać już nadzieję na szczęśliwe zakończenie. Innym razem, gdy brakuje dobrej woli uczestników, trudno dostrzec światełko w tunelu.
Nasz dzień rozpoczął się w Reczu. O tym etapie wyprawy najlepiej będzie uprzejmie pomilczeć i spróbować wymazać go z pamięci.
Dalej było już zdecydowanie przyjemniej.
Krzęcin przywitał nas polami i łąkami pełnymi kwitnących maków i rumianków. Co chwilę zaskakiwały nas bażanty, a z wysokiej trawy niespodziewanie wyskakiwały sarenki. Były też widoki, które po raz kolejny przypomniały nam, jak piękny potrafi być nasz powiat.
Później był Bierzwnik i pewien mieszkaniec piwnicy. Szczur. Bardzo starał się udawać, że go nie ma. My również przez chwilę próbowaliśmy udawać, że go nie widzimy. Ostatecznie każde z nas poszło w swoją stronę.
Były zdjęcia, notatki, nagrania, pomiary, rozmowy i kolejne kilometry drogi.
A na finiszu – Pełczyce i nasz obowiązkowy przystanek w pewnym urokliwym miejscu, które od lat kończy nasze terenowe dni.
Przyznam szczerze, że planując oględziny rozsiane po całym powiecie, często układaliśmy trasę właśnie tak, aby zakończyć ją tutaj.
Po wielu godzinach pracy w terenie, dziesiątkach wykonanych zdjęć, pomiarach, notatkach i rozmowach czeka miejsce, które ma w sobie coś coraz rzadszego – prawdziwie domową atmosferę.
Pachnie świeżo upieczonym drożdżowym ciastem, domowym obiadem i kompotem z rabarbaru oraz mięty. Kuchnia przypomina smaki, które wielu z nas pamięta z rodzinnych domów – przygotowywane spokojnie, z sercem i bez pośpiechu.
Najbardziej rozczula nas jednak widok, który powtarza się niemal za każdym razem. Po południu pojawiają się mieszkańcy przychodzący po obiad do domu. Nie z plastikowymi pojemnikami, lecz z tradycyjnymi trojakami – połączonymi menażkami, w których od pokoleń nosi się domowe jedzenie.
Za każdym razem patrzymy na ten obraz z uśmiechem. Przypomina, że mimo codziennego pośpiechu wciąż są miejsca, w których liczą się proste rzeczy: dobry obiad, życzliwość, rozmowa i lokalna społeczność.
I chyba właśnie dlatego po dniu pełnym akt, oględzin i zawodowych obowiązków tak chętnie kończyliśmy pracę właśnie tam, w Pełczycach.
Do następnej historii z wielu akt. 😊