18/02/2022
Kochani.
Pragnę się podzielić z Wami kolejną bajką, którą napisałam. Niepokój pani Zającowej jest mi bardzo bliski. Bardzo podobnie czułam się mniej więcej dwa lata temu. Mój mąż doskonale wie o co mi chodzi. Ale pamiętajmy, że po gorszych chwilach, z pragnieniem dobra i wsparciem bliskich będzie pięknie.
Zapraszam do czytania i dzielenia się opiniami.
Pragnę serdecznie podziękować Izabela Ciułek Izabela NaRysuje za przepiękną ilustrację do mojej bajki. Jest wspaniała!
NIEPOKÓJ PANI ZAJĄCOWEJ
Agnieszka Czeszewska
W marcowy rześki poranek, na łące obok świerkowego lasu nastało zamieszanie. Każdy dzień rozpoczynał się perlistym, świergocącym trelem Pana Skowronka. Jegomość wstawał bardzo wcześnie i leciał ku niebu, by uraczyć wszystkich mieszkańców łąki swym wyjątkowym głosem. Szaro - brązowy szczupły ptaszek nie wyróżniał się wyglądem, lecz właśnie swym śpiewem. Zwierzęta zamieszkujące łąkę budziły się ze snu z przyjemnością słysząc ten piękny świergot.
- Oho, Pan Skowronek już roztacza swą melodię. Czas wstawać kochanie – powiedział Pan Zając do swojej żony i wstał z porośniętej trawą kotlinki, w której spali. Następnie przeciągnął się, ziewnął tak mocno, aż było mu widać dolne siekacze i pokicał w poszukiwaniu soczystej koniczyny, która była idealna na pierwsze śniadanie. Pani Zającowa nadal drzemała w kotlince. Ciężko było jej się poruszać i była ciągle zmęczona, ponieważ lada dzień miała zostać mamą małych zajączków. Cieszyła się, że zostanie mamą, a jednocześnie bała się o swoje maleństwa. Leżąc w swej kotlince zauważyła gramolącą się Panią Ropuchową.
- Witaj Ropusiu. Co u ciebie słychać? - zagadnęła Pani Zającowa.
- A dzień dobry. Właśnie wracam do swej norki. Zmęczyłam się okropnie – powiedział chropowaty płaz. - Złożyłam w nocy kilka tysięcy jaj. Teraz czas przekąsić kilka dżdżownic oraz pająków i spać aż do wieczora – rzekła ropucha. - A jak się pani czuje? - zagadnęła ropucha przymykając ze zmęczenia swe ślepka.
- A dziękuję. Czekam na nadejście moich zajączków – odpowiedziała szczerze Pani Zającowa.
- Niech to czekanie nie będzie zbyt męczące – powiedziała ropucha. - Tylko bądźcie z mężem ostrożni. Tej nocy widziałam lisa przemykającego przez naszą łąkę – rzekła Ropuchowa z troską.
Serce Pani Zającowej załomotało boleśnie ze strachu. Kiwnęła głową w podziękowaniu i wtuliła się w swoją kotlinkę zamykając oczy, jakby miało ją to uchronić przed rudym drapieżnikiem.
Pani Zającowa usnęła pełna trwogi. Spała niespokojnie nękana przez koszmary. Nagle zerwała się ze snu wystraszona tak bardzo, że drżało jej całe ciałko, od długich uszu po puchaty ogonek. To piskliwe trii-trii przepiórki wyrwało ją ze snu. Ptak z głośnym krzykiem wzbił się w powietrze i odleciał. Zającowa oniemiała ze strachu, bo przepiórki zazwyczaj uciekają piechotą przed niebezpieczeństwem, a nie odlatują. Musiało stać się coś okropnego!
Nagle Zającowa usłyszała szelest traw. - Psssst! Jesteś tu? - rzekł chrapliwy głos. Właściciel głosu zbliżał się coraz bardziej do kryjówki pani Zającowej. Nie wiedziała co ma robić! Uciekać ile sił w nogach? Czy pozostać na miejscu? - Pssst, kochanie to ja twój Zając. Pani Zającowa poczuła ulgę jakby kamień spadł jej z serca. Myślała, że to skradający się lis, na szczęście był to jej mąż.
- Moja droga, musisz się przenieść z bezpieczniejsze miejsce, bo w okolicy grasuje lis – rzekł poważnie Pan Zając. - Wiem, wiem, Ropuchowa mnie uprzedziła – odpowiedziała zmartwiona przyszła mama. - Nie bój się. Dziś zmienimy kryjówkę. Znajdę ci bezpieczne miejsce, w którym spokojnie będziesz mogła urodzić nasze dzieci – powiedział zając i z czułością skubnął siekaczami żonę w długie ucho.
Dzień mijał pani Zającowej w żółwim tempie. Jej mąż kicał skubiąc pyszne zielone kąski i szukając odpowiedniej kryjówki, a ona leżała zmęczona czując buszujące w brzuchu zajączki. Wiedziała, że wkrótce je zobaczy. Wierzyła, że do tego czasu przeniesie się w bezpieczne miejsce.
Nadszedł wieczór, a wraz z nim wzrósł niepokój zajęczej pary, bo to czas polowania lisów. W ciągu dnia nie udało się zającom zmienić kryjówki, ponieważ po łące spacerowali ludzie z dziećmi i psami. Zającowa nie chciała się wystawiać na szczekanie psów i ich zaczepki.
- Choć za mną. Poprowadzę cię do nowej kryjówki. Jest tam bezpiecznie i bardzo przyjemnie – rzekł zając do wybranki. Zającowa wstała i niezdarnie pokicała przed siebie, bo jej wielki brzuch pełen zajączków kołysał się niczym balon na wietrze, uniemożliwiając jej zachowanie równowagi. Droga do kryjówki wydawała się jej bardzo daleka i ciężka do przebycia. Starała się jak mogła by nadążyć za swym ukochanym, ale raz po raz musiała przystawać by zaczerpnąć tchu. Nagle usłyszała szelest. Pomyślała, że to Pan Zając więc bardzo się ucieszyła, że wrócił by dotrzymać jej kroku. Jednak to nie był on! Zającowa poczuła obcy zapach i usłyszała niepokojące dźwięki, coś jakby skomlenie, szczeknięcie… Hmmm, pies? Nie… O rany! To z pewnością lis! Zastygła przerażona w bezruchu mając nadzieję, że drapieżnik nie wyczuje jej obecności i nie pożre jej oraz nienarodzonych zajączków na kolację.
- Wyczuwam twój zapach. Wiem, że tu jesteś – powiedział lis. Przyszła mama niemal zemdlała ze strachu. - Nie bój się, nic ci nie zrobię – kontynuował drapieżnik. Zającowa nie wiedziała co robić. Nie miała szansy na ucieczkę, a ratunek był tak samo niemożliwy. Skuliła się bezradnie na ziemi, zamknęła oczy i czekała na najgorsze. Po chwili wszystko ucichło. Pomyślała, że ten szept się jej przyśnił. Powoli zaczęła otwierać oczy. Nagle… zobaczyła przed sobą wąski rudy pysk z chytrymi ślepiami i sterczącymi uszami. To koniec! Zginę razem z moimi dziećmi – pomyślała.
- Mówię nie bój się. Nie zjem cię – rzekł lis. Zającowa nie wiedziała o co chodzi. Jak to lis mnie nie zje? Przecież lisy polują na zające – myślała gorączkowo. - Spotkałam twojego męża – powiedział lis. Zającowa już opadła z sił i wszystko zaczęło ją boleć. - Pomógł mi – kontynuował lis. - Jak to? Mój mąż pomógł lisowi? - zapytała zatrwożona Zającowa. - Tak. Szukał kryjówki dla ciebie i natknął się na moją rodzinę. Przy naszej norze pojawiły się psy. Było już ciemno. Stałam w krzakach jeżyn i widziałam jak psy rozdrapują moją norę, mój dom, w którym czekały na mnie moje dzieci. Właściciele psów nie mogli ich odciągnąć. Nie wiedziałam co robić. Mój mąż kilka tygodni temu zginął w paszczy psa, a ja zostałam sama z małymi lisiętami – opowiadała lisica. - Dziś bałam się, że i moje dzieci zginą – kontynuowała ruda matka. - Wtedy twój mąż przebiegł obok psów. Raz, drugi, trzeci, aż te bestie straciły zainteresowanie moją norą i pobiegły za twym mężem. Na szczęście, zając jest bardzo szybki, więc uciekł przed rozszczekanymi psami. Właściciele pobiegli za nimi i w końcu zaczepili je na smycz. Żaden człowiek nie powinien chodzić po łące z psem, który atakuje dla zabawy inne zwierzęta.
Pani Zajacowa słuchała wypowiedzi lisicy z żalem i strachem. Jednocześnie czuła, że moment porodu nadchodzi. Lisica widząc co się dzieje chwyciła zębami Zającową za kark i pobiegła z nią w stronę swojej nory. Zaniosła ją do nowej nory, którą dziś wykopała specjalnie dla zajęczej rodziny w podziękowaniu za ratunek. Pan Zając już czekał w środku, wymościł norę gałązkami i liśćmi by jego małżonce oraz dzieciom było wygodnie.
- Dziękuję – rzekła lisica. - Mam nadzieję, że będzie wam tu dobrze. Nic wam tu nie grozi. Wiem jak ciężko być matką dla gromadki dzieci – powiedziała i wyszła z nietypowej nory zajęczej machając rudą kitą.
To był wieczór pełen wrażeń, zapowiadający początek zaskakujących sytuacji, które wydarzyły się w nocy…
Słońce wspinało się leniwie po niebie. Pan Skowronek znów oczarowywał mieszkańców swym świergotem. Mgła otulająca łąkę zaczęła opadać. W zajęczej norze zdarzył się cud. Na świat przyszło pięć maleńkich, szarych zajączków. Zwierzątka były niezdarne i za wszelką cenę wtulały się w ciepłe futro dumnej mamy.
- Opowiedz mi, jak to się stało, że uciekając przed lisem trafiliśmy do kryjówki, którą specjalnie dla nas wykopał? - zapytała zdziwiona, ale szczęśliwa mama.
- Prowadziłem cię do nowej kotlinki w okolicy nory lisicy. Nora była tak ukryta, że jej nie spostrzegłem. Nagle usłyszałem szczekające psy, które drapały ziemię i lisicę w krzakach, która nerwowo dreptała. Domyśliłem się, że to matka bojąca się o swoje dzieci. Takie spojrzenie kochanie miałaś dziś rano, gdy usłyszałaś, że w okolicy jest lis. Resztę historii już znasz. Zrobiłem tak jak podpowiedziało mi serce.
Zającowa uśmiechnęła się. Odetchnęła z wielką ulgą ciesząc się, że ma gromadkę puchatych dzieciaczków, kochającego męża, bezpieczne mieszkanie i wyjątkową przyjaciółkę, która mimo różnic okazała się bratnią duszą pomocną w potrzebie.