18/06/2026
ZAWONIA/WROCŁAW: 68-letni pedofil recydywista Marek L. mający na sumieniu mnóstwo dzieci. kolejne dwadzieścia lat życia spędzi za kratami.
To była jedna z najbardziej wstrząsających spraw karnych, dotycząca znanej osoby z powiatu trzebnickiego. Sąd Okręgowy we Wrocławiu wydał nieprawomocny wyrok wobec Marka L. (znanego bardziej jako Janusz L. - przyp. red.), mieszkańca gminy Zawonia, który przez lata kreował się na społecznika, filantropa, prawnika i dziennikarza. Sąd uznał go za winnego niemal wszystkich zarzucanych mu seksualnych czynów wobec dzieci i skazał na 20 lat pozbawienia wolności.
- Dostał 20 lat. Sąd uznał go za winnego wszystkich czynów oprócz jednego, dotyczącego pełnoletniej już kobiety. Nie znalazł żadnych okoliczności łagodzących - powiedziała w rozmowie z „Nową Gazetą Trzebnicką” prokurator Monika Rakus z Prokuratury Rejonowej w Strzelinie, która prowadziła śledztwo.
Sąd nie miał wątpliwości. W ustnym uzasadnieniu podkreślono, że oskarżony przez lata krzywdził dzieci, niszcząc ich poczucie bezpieczeństwa i pozostawiając ślady, z którymi część pokrzywdzonych zmaga się do dziś.
Historia, która zakończyła się wyrokiem, zaczęła się we wrześniu 2024 roku. Wtedy policjanci zatrzymali Marka L. we Wrocławiu. Mężczyzna był dobrze znany mieszkańcom gminy Zawonia. Regularnie pojawiał się na sesjach rady gminy, przedstawiał się jako prawnik, a także jako dziennikarz, który na Facebooku prowadzi stronę "Echo Zawoni". Często zabierał głos w sprawach publicznych.
Niewiele osób wiedziało jednak, że prokuratura prowadzi wobec niego postępowanie dotyczące wykorzystywania seksualnego dzieci, choć o jego ciemnej stronie, zaczęły krążyć pewne informacje.[
Początkowo śledztwo dotyczyło trojga małoletnich z okolic Sobótki i Zawoni. Już wtedy materiał dowodowy był na tyle mocny, że sąd zdecydował o zastosowaniu tymczasowego aresztu.
- Zeznania dzieci były bardzo szczegółowe, spójne i zostały zweryfikowane przez psychologów. Nie było wątpliwości, że mówią prawdę - wspomina prokurator Rakus.
Marek L. od początku twierdził, że jest niewinny. Utrzymywał, że pomagał rodzinom, kupował dzieciom prezenty, organizował wyjazdy i wspierał finansowo osoby znajdujące się w trudnej sytuacji życiowej. Według jego wersji wydarzeń miał paść ofiarą pomówień. Śledczy szybko zweryfikowali te tłumaczenia.
W trakcie przeszukiwania komputerów i telefonów zabezpieczonych u podejrzanego śledczy natrafili na zdjęcia dzieci wykonane wiele lat wcześniej. Nie było przy nich nazwisk ani danych pozwalających ustalić, kim są osoby widoczne na fotografiach.
Właśnie wtedy rozpoczęła się prawdziwie detektywistyczna praca.
- Wiedzieliśmy, że gdzieś na Mazurach była wielodzietna rodzina, której pomagał. W dokumentach znaleźliśmy jedną uchwałę fundacji. Było tam nazwisko rodziny. Sprawdzaliśmy kolejne osoby, wykonywaliśmy dziesiątki telefonów i w końcu trafiliśmy -opowiada prokurator.
Śledczy dotarli do rodziny mieszkającej w okolicach Suwałk. Matka potwierdziła, że wiele lat wcześniej Marek L. rzeczywiście pojawił się w ich życiu. Twierdził, że chce pomagać dzieciom po obejrzeniu reportażu telewizyjnego.
To, co wydarzyło się później, przez kilkanaście lat pozostawało tajemnicą. Dorosłe już dziś ofiary dopiero podczas rozmów ze śledczymi opowiedziały, co przeżyły jako dzieci.
- Matka nie miała pojęcia, że oddając dzieci pod jego opiekę, oddaje je człowiekowi, który je skrzywdzi - mówi prokurator. Dzięki tym ustaleniom lista pokrzywdzonych znacząco się wydłużyła.
Podczas śledztwa wyszło na jaw jeszcze coś. Prokurator Rakus dotarła do zatartego wyroku sprzed ponad dwóch dekad. W 2001 roku Marek L., występujący wówczas pod innym nazwiskiem, został skazany za czyny pedofilskie wobec pięciu dziewczynek. Dostał wtedy wyrok 4 lat więzienia.
- Sąd zwrócił uwagę, że po opuszczeniu zakładu karnego zmienił nazwisko, ale nie zmienił swojego zachowania - relacjonuje prokurator. Zdaniem śledczych był to jeden z elementów pokazujących, że przestępczy proceder mógł trwać przez wiele lat.
Najbardziej poruszające okazały się jednak zeznania pokrzywdzonych.
Podczas procesu przed Sądem Okręgowym we Wrocławiu zeznawały osoby, które jako dzieci miały paść ofiarą Marka L. Ich relacje były spójne, szczegółowe i wzajemnie się uzupełniały.
W toku postępowania przygotowawczego Marek (Janusz) L. nie przyznawał się do zarzutów. Podczas pierwszej rozprawy, która odbyła się na początku października 2025 r. nieco zmienił zdanie. Twierdził, że nie obcował płciowo i nie całował dzieci, jedynie ich dotykał. Podkreślał, że nie było to wielokrotnie, może 2 - 3 razy i to względem jednego dziecka. W dalszych wyjaśnieniach mówił, że tylko raz.
Podczas procesu przesłuchano wielu świadków, choć jego najbliżsi czyli żona i syn, którzy mogli coś widzieć, odmówili zeznań. Tymczasem osoby z rodziny, które Marek L. zabierał na wyjazdy, wówczas dzieci, opowiadały, że podczas wyjazdów Marek L. codziennie wieczorem miał je ważyć. Dzieci musiały być wówczas nago, a ważenie miało rzekomo udowodnić rodzicom, że dzieci podczas pobytu przybierają na wadze. Marek L. miał również wchodzić do łazienki, podczas kiedy dzieci się kąpały, a pomimo ich protestów wychodził stamtąd bardzo niechętnie. Oskarżony zabraniał również ubierania bielizny pod piżamę. Mówił, że wie, że pomimo zakazu mają bieliznę. Obowiązkowy był również "dziubek", czyli pocałunek w usta na dobranoc.
Na kolejnej rozprawie zeznawały dwie, obecnie dorosłe już kobiety, w stosunku do których oskarżony miał dopuścić się czynów seksualnych w czasie, gdy były jeszcze dziećmi. To dziewczęta, których rodzice i babcia zasiadają obok Marka L. na ławie oskarżonych.
Starsza kobieta poznała Marka L., kiedy jechała z babcią do Wrocławia. Oskarżony je podwiózł, przedstawił się jako prawnik i zaproponował babci, że pomoże jej w pewnej sprawie dotyczącej odzyskania pieniędzy "za posiadłość". Niedługo później pojawił się w domu rodziny, kreując się na filantropa. Odwiedzał ich i pomagał materialnie, zabierał dzieci na wycieczki, zapraszał do siebie do domu.
Bardzo szybko okazało się, o co naprawdę chodzi mężczyźnie. Pewnego dnia zabrał siostry "na pizzę i zakupy", starsza z nich miała wówczas 14 lat, młodsza 12. Jednak najpierw Marek L. zawiózł dziewczynki do swojej kancelarii we Wrocławiu. I tam się do nich "dobrał".
Obie pokrzywdzone mówią o szeregu krzywd, których miały doznać od oskarżonego. Miało to być dotykanie, całowanie, obcowanie płciowe, wkładanie palców do pochwy i odbytu, stosunki oralne i analne. Masturbował się, kazał dotykać swoich narządów płciowych, ściskać i doprowadzać się do orgazmu.
Schemat zawsze był podobny, droga "na pizzę" wiodła przez kancelarię. Tam ofiary były molestowane i gwałcone. Jeżeli na coś nie chciały się zgodzić, Marek L. używał różnych argumentów, prosił, przekonywał, obiecywał, że "będzie fajnie", potrafił podnosić głos. Straszył, że zrobi coś gorszego, że pobije i nie pomoże rodzicom. Starsza pamiętała, że była zamykana w pomieszczeniu określanym przez nią mianem "strychu". Po tych zeznaniach, na kolejnej rozprawie obrońca próbował udowadniać, że to nieprawda. Pokazał zdjęcia strychu, który był posprzątany.
- Powiedziałam, że nie obchodzą mnie zdjęcia strychu, który teraz żona posprzątała, przestronnego z oknem dachowym. My musimy popatrzeć na to, jak wyglądało to pomieszczenie wtedy, kiedy to się działo. I jak zostało zapamiętane przez tą dziewczynkę - opowiada nam prokurator.
Do czynów seksualnych w stosunku do sióstr dochodziło również w domu oskarżonego, gdzie mężczyzna zabierał dzieci, aby, jak mówił, mogły zobaczyć jak funkcjonuje prawidłowa rodzina. Kobiety zeznawały, że tam również mężczyzna przychodził do pokoju, w którym je ulokowano i spełniał swoje fantazje. Co charakterystyczne, w czasie, kiedy dziewczynki były molestowane, w domu przebywali żona i syn oskarżonego, ale nie wchodzili do pokoju. Siostry opowiadały, że próbowały hałasować, zrzucały jakieś przedmioty, w nadziei, że żona Marka L. wejdzie, żeby sprawdzić co się dzieje. Jednak nigdy nie przyszła.
Jeszcze bardziej wstrząsające były informacje dotyczące reakcji najbliższych.
Na ławie oskarżonych obok Marka L. zasiedli rodzice i babcia trojga dzieci z okolic Sobótki. Prokuratura zarzuciła im, że wiedzieli o krzywdzie dzieci, a mimo to nie zawiadomili organów ścigania. Ojciec miał dodatkowo zniszczyć telefon oraz kartę SIM zawierające nagrania mogące stanowić dowód w sprawie.
- Sąd podsumował ich zachowanie jednym słowem: koszmar. Powiedział, że mieć takich rodziców i taką babcię, którzy chcą przehandlować dobro dzieci za własne korzyści, to po prostu koszmar - relacjonuje Monika Rakus.
Prokurator nie ukrywa, że sprawa była dla niej wyjątkowo trudna.
- Jedna z dziewczyn płakała i opowiadała mi, że siedem razy próbowała odebrać sobie życie. Wymieniała kolejne sposoby. To pokazuje skalę krzywdy, z którą te dzieci zostały same - mówi.
Jak podkreśla, dzieci przez długi czas nie mogły liczyć nawet na wsparcie najbliższych.
- Same próbowały zbierać dowody. Nagrywały różne rzeczy. Zderzały się jednak ze ścianą. Nikt nie chciał ich słuchać.
W pamięci prokurator szczególnie zapisało się jedno przesłuchanie.
- To była jedna z niewielu spraw, gdy podczas odsłuchiwania zeznań dziecka płakali wszyscy. Sędzia, psycholog i prokurator. Wszyscy zdawali sobie sprawę, jak ogromna była krzywda tego chłopca - wspomina.
Podczas jednej z rozpraw, sąd odtworzył nagranie chłopca. Marek L. miał się dopuścić czynów pedofilskich w stosunku do chłopca w czasie, kiedy ten miał zaledwie 8 - 9 lat. Wszystko działo się w jego wrocławskiej kancelarii. Dziecko było molestowane i gwałcone. Po wszystkim chłopiec dostał od oskarżonego 20 zł. Podczas przesłuchania chłopak nie mógł powstrzymać płaczu, opowiadając czego wówczas doznał.
Mimo to Marek L. do końca nie przyznał się do najpoważniejszych zarzutów.
Przed sądem próbował umniejszać swoją odpowiedzialność. Ostatecznie przyznał jedynie, że dotykał dzieci, do końca zaprzeczając gwałtom i innym czynom seksualnym.
- Chciał zmniejszyć swoją rolę i liczył, że sąd złagodzi karę. Sąd jednak nie dał wiary tym wyjaśnieniom - ocenia prokurator.
Sąd wymierzył Markowi L. karę łączną 20 lat pozbawienia wolności. Dodatkowo zasądził nawiązki dla pokrzywdzonych dzieci z okolic Sobótki w wysokości po 100 tys. zł. Dwie dorosłe dziś kobiety otrzymały po 10 tys. zł.
Orzeczono również zakazy kontaktowania się z pokrzywdzonymi, zakazy zbliżania się do nich, zakaz przebywania z małoletnimi oraz zakazy wykonywania pracy związanej z dziećmi. Część środków karnych obowiązuje dożywotnio.
Ojciec pokrzywdzonych dzieci został skazany na 2 lata bezwzględnego więzienia. Matka usłyszała 1 rok pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem wykonania kary na 3 lata. Babcia została skazana na 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 3 lata. Wszyscy maja też pokryć koszty sadowe. Sam Marek L. ma zapłacić około 13 tys. zł. Wyrok jest nieprawomocny.
- Jestem zadowolona z tego rozstrzygnięcia i nie zamierzam składać apelacji. To wyrok bardzo zbliżony do tego, o co wnosiliśmy - podkreśla prokurator Monika Rakus, która dodała, że w mowie końcowej, zwracała sądowi uwagę przede wszystkim na to, aby popatrzył na tą sprawę z perspektywy dziecka. To on były ofiarami i co ważne, nie otrzymały żadnej pomocy od najbliższych, a gdy same próbowały zbierać dowody, to zniszczono im telefon.
Czy sprawa zakończy się na tym etapie? Najprawdopodobniej nie. Wszystko wskazuje na to, że obrona będzie walczyć o zmianę wyroku przed sądem apelacyjnym. Dla pokrzywdzonych najważniejsze jest jednak to, że po latach milczenia i cierpienia usłyszeli wreszcie słowa, na które czekali od dawna: sąd uwierzył w ich zeznania.
źródło: DANIEL DŁUGOSZ (Nowa Gazeta)