16/04/2024
Ostatnie, co bardzo przeżyłam, to historia Ellie w grze "The Last of Us 2". Nie daje mi to trochę spokoju, więc pomyślałam, że napiszę o tym w kontekście dbania o własne zdrowie psychiczne.
Jednak od początku: tylko niewiele osób zna mnie od tej strony, ale gry bardzo lubię i spędzam całkiem sporo czasu poznając nowe historie i wbijając kolejne poziomy. Daleko mi jednak do osoby, która zna język gamerów, ogarnia nowinki i zapowiedzi, czy siedzi po nocy przechodząc kolejne rozdziały.
Nie jest odkryciem to, że jesteśmy tym, czym się karmimy. Nie mam na myśli tylko żywności, ale również to kim się otaczamy i czym się zajmujemy. Jeżeli potrafimy zadbać przy tym o własną odporność psychiczną, to sprawa wydaje mi się dobrze rozegrana. Co, jeśli jednak nie potrafimy lub mamy słabszy czas?
Postaram się przedstawić temat bez spoilerów – „The Last Of Us” oglądałam najpierw w serwisie Netflix i po roku postanowiłam zagrać także w grę. Już w pierwszej części mamy bardzo ciekawą historię – przedstawiona zostaje relacja między dwojgiem ludzi, która jest motorem napędowym tej opowieści. Postacie i ich wspólna podróż naprawdę mnie do nich zbliżyła, bardzo chciałam poznać co będzie dalej. Niedawno więc zakupiłam drugą część gry.
Zdaję sobie sprawę, że przemoc w grach jest elementem powszechnym. Wcale mnie ona nie zaskakuje, nawet niespecjalnie mi też coś robi w środku. Sięganie po broń w grach stało się czymś normalnym. Rozgrywka w opisywanym tytule opiera się głównie na zabijaniu: nie tylko grzybo-zombiaków, ale również ludzi. O ile w pierwszej części poznajemy jedynie jedną perspektywę, to w drugiej widzimy również historię antagonistki (i poruszamy się nią).
Żeby nie rozprawiać zbyt wiele o fabule, stwierdzę po prostu, że obie postaci (znajdujące się po obu stronach barykady) kierują się zemstą.
To dochodzenie do celu dosłownie po trupach, było dla mnie tak mocne, tak brutalne, że w pewnym momencie miałam dość i wyłączyłam konsolę. W życiu się tak nie zmęczyłam. Nie było to jednak wyczerpanie historią, ale samymi scenami przemocy. Rozumiem przesłanie (chociaż historii tak naprawdę jeszcze nie skończyłam), ale czuję w sobie dosyć spory niesmak (czy też smutek? Sama do końca wiem, może jedno i drugie). Sprawdziłam nawet opinie innych graczy na dany temat i przeraziły mnie wypowiedzi niektórych, a zwłaszcza jednej, pozwolę sobie zacytować (wiem, że to Filmweb, ale no cóż):
"[...]Mnie osobiście w najmniejszym stopniu nie obchodziła [SPOILER], nie obchodziło mnie co nią kierowało, jaki miała motyw, jaką osobą była (nie do polubienia), co sprawiło, że jest jaka jest. To osoba, która [SPOILER] i nic jej nie usprawiedliwia, nic nie mogłoby sprawić, żebym ją polubiła, żebym jej kibicowała, żebym zmieniła swoje zdanie o niej. Zrozumiałam co nią kierowało, ale to nie miało znaczenia. Chciałam jej śmierci. Powolnej, bolesnej śmierci. Nie zliczę, ile razy specjalnie dawałam jej umrzeć. Specjalnie. Nie zależało mi na rozgrywce, przez lokacje po prostu szybko przemykałam po cichu, nie walcząc, byle tylko jak najszybciej przestać nią grać."*
Po przeczytaniu tej wypowiedzi wypuściłam głośno powietrze. Jeśli w grze na konsolę przeżywamy rzeczy tak mocno i potrafimy szybko decydować o czyjejś śmierci, to w jaki sposób możemy działać w prawdziwym życiu?
Zdaję sobie sprawę, że często granie pomaga się rozluźnić, czy też rozładować stres. Zastanawiam się jednak coraz bardziej, czy nie jest jednak odwrotnie. Czy nie wzmacniamy w ten sposób swoich ukrytych niechęci i napięcia w ciele?
Nie twierdzę, że ponad 12 milionów sprzedanych kopii** jest równa liczbie ukrytych wielbicieli przemocy z nożami pod poduszką, ale zastanawiam się nad motywami wyboru takiej formy rozrywki.
Zastanawia mnie gdzie przebiega granica między próbą rozładowania stresu, a czymś zupełnie odwrotnym – karmieniem się nim, często w sposób nie do końca świadomy. Jest to temat godny zastanowienia, bez oceniania i wydawania wyroków. Ważne jednak w tym momencie wydaje mi się, aby czasami zastanowić się jaką formę rozrywki sobie serwuję. Czasowe odejście w świat fantazji, nawet tych brutalnych (zaakceptowanie takiej strony ludzkiego istnienia uważam za istotne, nie w formie pochwały, co raczej pochylenia się nad nią), może być formą odpoczynku, jednak, jak to bywa z granicami – bardzo łatwo je przekroczyć i wtedy rozrywka może zamienić się w kolejny stresor. Tych natomiast nie da się całkowicie wyeliminować z naszego życia, ale nie musimy ich też samym sobie dokładać, czyż nie?
-