Bretania-po-polsku

Bretania-po-polsku To miejsce, gdzie nauka języka francuskiego spotyka się z odkrywaniem piękna i kultury Bretanii 💙

Czy zastanawialiście się kiedyś nad imionami swoich bretońskich przyjaciół? Potraficie rozpoznać, kiedy słyszycie francu...
04/09/2026

Czy zastanawialiście się kiedyś nad imionami swoich bretońskich przyjaciół? Potraficie rozpoznać, kiedy słyszycie francuską wersję imienia, a kiedy jego bretoński odpowiednik? Lubię w bretońskich imionach ich celtyckość, charakterystyczne brzmienie i tę odrobinę tajemnicy, która sprawia, że nawet krótkie imię potrafi kryć w sobie całą historię.

Jednym z moich ulubionych jest Maël, lub Maëlle w jego zenskiej wersji. Tym razem postanowiłam jednak przyjrzeć się kilku imionom, które w Bretanii spotykamy naprawdę często. I tutaj czekała na mnie całkiem niezwykła niespodzianka. Bo oczywiście, jak to w Bretanii, za imionami kryją się nie tylko język i etymologia, lecz także legendy, święci, książęta, księżniczki, morze, smoki, a nawet król Artur.

Niektóre z tych imion mają swoje francuskie odpowiedniki, inne przez wieki zmieniały brzmienie, przechodząc z języka do języka. A czasem wokół ich pochodzenia narosło tyle różnych teorii, że trudno już oddzielić historię od legendy. I może właśnie to jest w nich najciekawsze.

Zajrzyjmy więc za kulisy kilku bretońskich imion: Maël, Erwan, Morgan i Nolwenn.

Maël – książę, którego trzeba było wskrzesić. Zacznijmy od mojego faworyta. Maël po bretońsku oznacza „książę” i już samo znaczenie brzmi jak początek dobrej opowieści. Według tradycji Maël był synem legendarnego Conana Mériadeca i siostrzeńcem świętego Patryka. Ale jego historia jest zdecydowanie bardziej niezwykła niż moglibyśmy się spodziewać. Maël miał zginąć po upadku z konia. Na szczęście pojawił się święty Gwenolé, który – zamiast pogodzić się z losem – po prostu go wskrzesił. Trudno o bardziej spektakularną historię ukrytą za imieniem, które dziś brzmi tak niewinnie i nowocześnie.

Erwan – od Eudona do smoka? Historia imienia Erwan jest niczym mała językowa podróż przez średniowieczną Bretanię. W X wieku w Léonie miał żyć biskup Eudon. Jego imię, poprzez walijską formę Eudwy, miało z czasem przekształcić się w Ezwen , a następnie Erwan. Ale istnieje również inna, bardziej tajemnicza teoria. Erwan miałby być związany z bretońskim aerouant, oznaczającym smoka. A ponieważ Bretania nigdy nie przepuszcza okazji, by dodać do historii trochę legendy, mamy tu od razu kilka możliwych tropów. Co ciekawe, Erwan ma całą rodzinę imion: Iwan, Youen, Youennig, Yeun, Yvelin… Wszystkie pokazują, jak bardzo imiona potrafiły zmieniać się wraz z językiem i regionem. Erwan obchodzi swoje imieniny 19 maja.

Morgan – dziecko morza i czarodziejka z Avalonu Niektóre imiona mają znaczenie, które od razu przywołuje bretoński krajobraz. Tak jest z Morgan Rdzeń *mor* oznacza po bretońsku morze, dlatego imię można rozumieć jako „dziecko morza” lub „urodzone z morza”.Ale Morgan to także jedna z najbardziej fascynujących postaci świata arturiańskich legend – Morgan le Fay, czarodziejka i przyrodnia siostra króla Artura. Piękna, inteligentna, tajemnicza i nieprzewidywalna. Potrafiła uzdrawiać, ale nie należało jej lekceważyć.W opowieściach związanych z Avalonem to właśnie ona otacza opieką ciężko rannego Artura po jego ostatniej bitwie. Leczy go i obiecuje, że pewnego dnia powróci między żywych.Czy można więc wyobrazić sobie bardziej tajemnicze imię? Morze, magia, Avalon i król Artur – wszystko zamknięte w pięciu literach. Imieniny Morgan(e) przypadają 18 października.

Nolwenn – księżniczka, która ruszyła w drogę z głową pod pachąA teraz imię, którego historia brzmi jak gotowy scenariusz bretońskiej legendy. Nolwenn związana jest z kaplicą Sainte-Nolwenn w Noyal-Pontivy w Morbihan.Według legendy Nolwenn była młodą angielską księżniczką, która przybyła do Bretanii. Miała poślubić bardzo bogatego, lecz znacznie starszego mężczyznę, jednak zakochała się w młodym rycerzu. Odrzucony zalotnik postanowił się zemścić i Nolwenn zginęła tragicznie. I tutaj legenda robi się naprawdę bretońska. Nolwenn miała wziąć swoją odciętą głowę pod pachę i ruszyć przed siebie. Zatrzymała się dokładnie w miejscu, w którym dziś znajduje się kaplica nosząca jej imię. Po jej śmierci przypisywano temu miejscu liczne cuda.

Trudno powiedzieć, gdzie kończy się historia, a zaczyna legenda. Ale może właśnie dlatego takie opowieści przetrwały tak długo. Imieniny Nolwenn obchodzone są 6 lipca.
I właśnie za to lubię bretońskie imiona. Nie są tylko imionami. Często są małymi kapsułami pamięci – przechowują ślady dawnego języka, celtyckiej kultury, lokalnych świętych i opowieści przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Czasem prowadzą nas nad morze, czasem do Avalonu, a czasem… prosto do średniowiecznej legendy.
A Wy? Macie swoje ulubione bretońskie imię?Może jest to Maël, Erwan, Morgan albo Nolwenn? A może zupełnie inne, którego brzmienie od dawna przyciąga Waszą uwagę?

Gdy w Polsce wrzesień kojarzy się przede wszystkim z dzwonkiem szkolnym, we Francji wszystko zaczyna się od... zapisywan...
02/09/2026

Gdy w Polsce wrzesień kojarzy się przede wszystkim z dzwonkiem szkolnym, we Francji wszystko zaczyna się od... zapisywania się.

Nowy rok? Nie, jeszcze nie ten kalendarzowy. La rentrée – francuski sezon wielkich postanowień.
"Od września zacznę chodzić na jogę."
"Może w końcu zapiszę się na żeglarstwo." "Albo do chóru."
"A może nauczę się tańczyć gavotte?" "Nie, jednak będę ratować zabytki."

Brzmi znajomo? We Francji dokładnie tak wygląda początek września.

W pierwszą lub drugą sobotę miesiąca niemal każda bretońska gmina organizuje Forum des Associations. Hale sportowe, domy kultury i place miejskie zamieniają się w ogromne targi pasji. Dziesiątki, a czasem setki stoisk kuszą mieszkańców nowymi pomysłami na spędzenie wolnego czasu. Jedni rozdają ulotki klubu kajakowego, obok ktoś zachęca do nauki języka bretońskiego, kilka kroków dalej można zapisać się na jogę, teatr, wspinaczkę, szachy, orkiestrę dętą, ochronę lokalnego dziedzictwa, pszczelarstwo, taniec bretoński albo... kurs renowacji starych łodzi. I nagle okazuje się, że człowiek przyszedł tylko "na chwilę", a wychodzi z torbą pełną ulotek i głową pełną nowych planów.

Forum des Associations nie jest jednak zwykłymi targami. To dzień, w którym Bretończycy planują swój rok. Nie szkolny, ale społeczny. To właśnie tutaj wybierają, gdzie będą spotykać się z przyjaciółmi, rozwijać pasje, działać jako wolontariusze czy poznawać nowych ludzi.

Nieprzypadkowo Bretania uchodzi za jeden z najbardziej zaangażowanych społecznie regionów Francji. Działa tu ponad 79 tysięcy stowarzyszeń, a od 650 do 720 tysięcy mieszkańców poświęca im swój wolny czas. Oznacza to, że co czwarty Bretończyk jest wolontariuszem. Co ciekawe, szczególnie aktywni są młodzi – aż 26% osób w wieku 15–34 lata angażuje się społecznie, podczas gdy wśród osób po 65. roku życia odsetek ten wynosi 23%.

Jeszcze bardziej imponujące jest to, że 90% bretońskich stowarzyszeń działa wyłącznie dzięki wolontariuszom. To oni organizują festiwale, prowadzą kluby sportowe, uczą muzyki, pielęgnują lokalne tradycje, pomagają seniorom, chronią przyrodę i dbają o bretońskie dziedzictwo.

Ten sektor ma również ogromne znaczenie dla gospodarki regionu. Ponad 100 tysięcy osób pracuje w organizacjach pozarządowych – więcej niż łącznie w rolnictwie i przemyśle rolno-spożywczym, z którymi Bretania jest przecież tak silnie kojarzona. A stowarzyszeń wciąż przybywa. W latach 2023–2024 ich liczba rosła w Bretanii dwukrotnie szybciej niż średnio we Francji, szczególnie w obszarach kultury, sportu, ekologii i ekonomii społecznej.

Dla wielu Polaków mieszkających we Francji Forum des Associations bywa prawdziwym odkryciem. W Polsce trudno znaleźć wydarzenie o podobnej skali. Tymczasem tutaj to niemal obowiązkowy punkt września. To najlepszy sposób, by poznać sąsiadów, odnaleźć swoje miejsce w lokalnej społeczności, a czasem po prostu odkryć pasję, o której wcześniej nawet się nie myślało.

A jeśli będziecie 5 września w Saint-Brieuc, koniecznie zajrzyjcie do nas!
Stowarzyszenie Francusko-Polskie Côtes d'Armor – Warmia i Mazury również będzie obecne podczas Forum des Associations. Opowiemy o naszych projektach polsko-francuskich, wymianach, wydarzeniach kulturalnych, lekcjach języka polskiego i wszystkim, co od ponad czterdziestu lat łączy Bretanię z Warmią i Mazurami.
Zapraszamy na nasze stoisko. Nawet jeśli nie planujecie zapisać się na jogę, żeglarstwo czy naukę gry na bombardzie, być może zapiszecie się na coś równie ciekawego – przygodę z polsko-bretońską wspólnotą. Do zobaczenia!

Mam teorię, że Francuzi nie gotują – oni reżyserują posiłki. Bo w kraju, w którym moda jest niemal religią, trudno oczek...
31/08/2026

Mam teorię, że Francuzi nie gotują – oni reżyserują posiłki. Bo w kraju, w którym moda jest niemal religią, trudno oczekiwać, żeby warzywa i mięso pojawiały się na stole w byle jakim stroju. We francuskiej kuchni nawet czosnek zakłada koszulę, ziemniaki przebierają się w suknię, a ryba występuje w królewskim wydaniu. I właśnie za to uwielbiam język francuski – za to, że zwykłe produkty spożywcze dostają odrobinę elegancji i poczucia humoru.

Moim absolutnym faworytem jest ail en chemise, czyli dosłownie „czosnek w koszuli”. To nic innego jak główka czosnku pieczona w łupinie, często dorzucana do niedzielnej pieczeni. Ale przyznajcie sami – brzmi o wiele dostojniej. We Francji nawet czosnek wie, że na niedzielny obiad wypada założyć coś eleganckiego.

Do takiego dżentelmena świetnie pasują pommes de terre en robe des champs– ziemniaki „w wiejskiej sukni”, czyli pieczone lub gotowane w skórce. Zawsze wywołują u mnie skojarzenia z rustykalnym stylem, odrobiną bohemy, drewnianym stołem gdzieś na bretońskiej wsi i długim obiadem w gronie przyjaciół.

A skoro już jesteśmy przy eleganckim stole, nie może zabraknąć poulet en crapaudine. Nazwa brzmi dość tajemniczo, a chodzi po prostu o kurczaka rozciętego i rozpłaszczonego przed pieczeniem. Jedno z tych określeń, które zapamiętuje się od razu, bo jest równie osobliwe, co apetyczne.

Jeśli jednak wiejski styl ziemniaków nie do końca nam odpowiada, zawsze możemy zaprosić do stołu pommes duchesse. W tym przypadku ziemniaki porzucają boho na rzecz pałacowej elegancji. Zamiast skromnej „wiejskiej sukni” wybierają dworską kreację – aksamitne purée wyciskane ozdobnym rękawem cukierniczym i zapiekane na złoty kolor. Nic dziwnego, że nazwano je „księżną”.

A skoro już mowa o arystokracji, na talerzu może pojawić się także dorade royale. Oczywiście nie byle jaka dorada – tylko królewska. Bo przecież we Francji ryby również mają swoje tytuły.

A teraz mała zagadka. Jak myślicie, czym jest we Francji piano? Fortepianem? Niekoniecznie! Jeśli usłyszycie, że ktoś gotuje na piano de cuisson, wcale nie oznacza to, że przygotowuje obiad przy dźwiękach Chopina. Piano de cuisson to profesjonalna, duża kuchnia z kilkoma palnikami i piekarnikami – prawdziwe centrum dowodzenia każdego szefa kuchni. Przyznajcie, że samo słowo piano brzmi znacznie bardziej elegancko niż nasze zwykłe „kuchenka”. Francuzi nawet sprzęt kuchenny potrafią nazwać tak, aby od razu kojarzył się ze sztuką. W końcu dobry kucharz, podobnie jak pianista, musi opanować swój instrument do perfekcji.

I właśnie za takie językowe smaczki uwielbiam francuski. Ucząc się tego języka, poznajemy nie tylko słowa, ale także kulturę, poczucie humoru i sposób patrzenia na świat, w którym nawet najprostszy posiłek ma swój styl i odrobinę elegancji.

Jeśli chcecie odkrywać więcej takich językowych i kulinarnych ciekawostek – dosłownie i w przenośni – zapraszamy do śledzenia Bretanii po polsku. A po wakacjach , czyli juz tuz tuz ! również z zajęciami języka francuskiego. Będzie dużo praktycznej nauki, mnóstwo ciekawostek i francuski taki, jakiego nie znajdziecie w szkolnych podręcznikach.

Są smaki, które zostają w pamięci na długo. W Bretanii jednym z nich są właśnie mule – delikatnie słone, pachnące morzem...
28/08/2026

Są smaki, które zostają w pamięci na długo. W Bretanii jednym z nich są właśnie mule – delikatnie słone, pachnące morzem i jodem. Od lipca mule królują na targach, w portowych restauracjach i na rodzinnych stołach.

Bretania jest drugim, po Normandii, regionem Francji pod względem produkcji tych małży. Każdego roku zbiera się tu blisko 20 tysięcy ton muli. Najbardziej znane hodowle znajdują się w Pénestin, Hillion, zatoce Brestu czy Le Vivier-sur-Mer – miejscach, gdzie rytm życia od wieków wyznaczają przypływy i odpływy.

Choć mule były znane już starożytnym Rzymianom, nowoczesna hodowla narodziła się dopiero w XVIII wieku. Dziś opisano ponad siedemdziesiąt gatunków tych małży, różniących się wielkością i miejscem występowania. Na bretońskich wybrzeżach króluje Mytilus edulis – niewielka, mięsista i wyjątkowo ceniona odmiana, która od pokoleń trafia na stoły mieszkańców regionu.

Nie wszystkie mule są jednak takie same. Największą renomą cieszą się mule de bouchot, hodowane na drewnianych palach wbitych w dno zatok. Podczas odpływu pale wynurzają się z morza, a małże dojrzewają w rytmie wyznaczanym przez przypływy. To właśnie ta tradycyjna metoda hodowli sprawia, że ich mięso jest delikatne, jędrne i subtelnie słodkie.

Innym rodzajem są mule hodowane na linach zanurzonych w otwartym morzu. Mają bardziej wyrazisty, jodowy smak i są szczególnie cenione w Locquémeau w departamencie Côtes-d'Armor oraz u wybrzeży wyspy Groix. Są jeszcze mule dzikie – znacznie rzadsze, drobniejsze, ale o niezwykle intensywnym aromacie, który najlepiej oddaje charakter bretońskiego wybrzeża.

Świeże mule łatwo rozpoznać. Ich muszle powinny być zamknięte, błyszczące i wilgotne. Jeśli któraś pozostaje lekko uchylona, wystarczy delikatnie ją nacisnąć – jeśli się zamknie, oznacza to, że małż jest świeży. Po ugotowaniu najlepiej zjeść je jak najszybciej – wtedy zachowują cały swój smak.

Bretończycy mają dziesiątki sposobów na ich przygotowanie. Najbardziej klasyczne są oczywiście moules marinières – gotowane w białym winie z szalotką, masłem i natką pietruszki, podawane z obowiązkową porcją frytek. Równie chętnie przyrządza się je z cydrem, curry, w zupach, faszerowane, panierowane, z mlekiem kokosowym, a nawet marynowane po hiszpańsku à l'escabèche. Najświeższe trafiają czasem na stół niemal surowe – jedynie z winegretem z szalotką i świeżymi ziołami.

Mule są przy tym zaskakująco lekkie. Zawierają dużo białka, żelaza, cynku i witamin z grupy B, a 100 gramów dostarcza zaledwie około 120 kilokalorii. Bretończycy żartują jedynie, że ich największym dietetycznym grzechem nie są same mule, lecz góra złocistych frytek, bez których wielu nie wyobraża sobie tego dania.

To smak sierpniowych wieczorów w porcie, rozmów przeciągających się do zachodu słońca i wakacji, które powoli dobiegają końca. A w Bretanii niewiele potraw potrafi opowiedzieć o lecie równie pięknie jak garnek świeżo ugotowanych muli.

Tam, gdzie kos zbudował gniazdo. Opactwo Notre-Dame-du-Nid-au-MerleNie wiem, czy też tak macie, ale ilekroć mam do wybor...
26/08/2026

Tam, gdzie kos zbudował gniazdo. Opactwo Notre-Dame-du-Nid-au-Merle

Nie wiem, czy też tak macie, ale ilekroć mam do wyboru drogę ekspresową i małe lokalne szosy, niemal zawsze wybieram to drugie. Zwłaszcza w sierpniu. Około dziewiętnastej Bretania zmienia się nie do poznania. Światło staje się miękkie i złote, kamienne domy nabierają ciepłych odcieni, a pola wyglądają tak, jakby ktoś przykrył je delikatnym filtrem. W takich chwilach nigdzie mi się nie spieszy.

Ostatnio jechałam do przyjaciela mieszkającego po drugiej stronie departamentu Ille-et-Vilaine. Mogłam dotrzeć tam znacznie szybciej, wybierając drogę szybkiego ruchu, ale świadomie skręciłam w boczne drogi prowadzące przez niewielkie bretońskie wsie. I jak to często w Bretanii bywa, nagrodą za tę decyzję okazało się miejsce, którego nie planowałam odwiedzić.

Pośród drzew, niemal ukryte przed światem, wyrosły przede mną monumentalne ruiny opactwa Notre-Dame-du-Nid-au-Merle. Już sama nazwa sprawiła, że zatrzymałam samochód. Bo jak przejechać obojętnie obok miejsca, które nazywa się Matka Boża z Kosiego Gniazda?

To właśnie z nazwą tego miejsca związana jest jedna z najpiękniejszych bretońskich legend. Według miejscowej opowieści pewien pasterz znalazł w gnieździe kosa niewielką figurkę Matki Bożej. Zabrał ją do domu, sądząc, że ktoś ją zgubił. Następnego dnia figurka zniknęła. Odnalazł ją ponownie... w tym samym gnieździe. Historia miała powtórzyć się jeszcze sześć razy. Gdy po raz siódmy Maryja wróciła na swoje miejsce, mieszkańcy uznali, że nie jest to przypadek, lecz znak. Postanowiono wznieść tutaj miejsce modlitwy.

I tak narodziło się opactwo.

Jego początki sięgają XII wieku, czasu, gdy Europa przeżywała prawdziwy rozkwit życia monastycznego. Założył je Raoul de la Fustaye, pustelnik i uczeń charyzmatycznego Roberta z Arbrissel, twórcy opactwa Fontevraud. Wspólnota przyjęła właśnie regułę Fontevraud – wyjątkowego zakonu, w którym za całe opactwa często odpowiadały kobiety. Jak na średniowiecze było to rozwiązanie niezwykle nowoczesne.

Los nie oszczędzał jednak tego miejsca. Wojny, pożary i kolejne konflikty przez stulecia niszczyły klasztor. Każda epoka pozostawiała na nim swój ślad. To, co burzono, odbudowywano. To, co odbudowano, znów ulegało zniszczeniu. Ostateczny cios przyniosła rewolucja francuska. Zakonnice zmuszono do opuszczenia opactwa, majątek skonfiskowano, a wiele zabudowań rozebrano, wykorzystując kamień do budowy okolicznych domów.

Choć z dawnego kompleksu pozostały przede wszystkim ruiny kościoła opackiego i kilka mocno przekształconych budynków, miejsce wciąż zachwyca. Nie tylko romantycznym wyglądem, ale także swoją wartością historyczną.

Kościół wzniesiono w XII wieku i należał on do najważniejszych przykładów architektury romańskiej w Bretanii. Zaprojektowano go na niezwykłym planie przypominającym trójząb, a jako jedna z nielicznych świątyń w regionie posiadał boczne przejścia procesyjne. Do dziś zachował się niemal w całości południowy transept, fragment północnego oraz ściany dawnej nawy. Kamienie, z których go zbudowano, do dziś zachwycają precyzją wykonania. Proste linie, harmonijne proporcje i oszczędna dekoracja pokazują, że piękno architektury romańskiej nie potrzebuje przepychu.

Największe wrażenie robi jednak cisza. Łatwo zapomnieć o czasie. Można usiąść na trawie, oprzeć się o chłodny mur i po prostu być.Lubię takie miejsca.

Jeśli będziecie kiedyś w okolicach Rennes, zjedźcie z głównej drogi. Bretania bardzo często odsłania swoje największe skarby właśnie tym, którzy nie spieszą się do celu. Czasem wystarczy skręcić w niepozorną uliczkę, żeby odkryć miejsce, którego historia zaczęła się podobno... od gniazda kosa.

Apporter, amener, emporter czy emmener? Cztery małe czasowniki, które potrafią spędzać sen z powiek uczniom francuskiego...
24/08/2026

Apporter, amener, emporter czy emmener? Cztery małe czasowniki, które potrafią spędzać sen z powiek uczniom francuskiego

Wracamy do naszego językowego cyklu na Bretanii po polsku. Po wakacyjnej przerwie znów będziemy wspólnie odkrywać francuski – nie ten podręcznikowy, ale ten, którego naprawdę używają Francuzi na co dzień.

Na początek wybrałam temat, który bardzo często sprawia trudność moim uczniom. Jeśli uczycie się francuskiego, z pewnością nieraz zastanawialiście się, czy powiedzieć apporter, amener, emporter, czy może emmener. Wszystkie te czasowniki można przetłumaczyć jako „przynieść”, „zabrać”, „przyprowadzić” lub „zawieźć”, dlatego bardzo łatwo je pomylić.

Na szczęście ich użycie opiera się na bardzo prostej logice.

Najpierw zadajcie sobie pytanie: czy mówimy o przedmiocie, czy o osobie? Następnie zastanówcie się, czy ruch odbywa się w kierunku osoby mówiącej, czy od niej. Kiedy zrozumiecie tę zasadę, wszystko zacznie układać się w całość.

Apporter odnosi się do przedmiotów. Używamy go wtedy, gdy coś przynosimy lub przywozimy do miejsca, w którym znajduje się rozmówca.

Tu viens dîner ? Apporte une bouteille de cidre. Przychodzisz na kolację? Przynieś butelkę cydru.

Albo podczas pikniku w Bretanii:
Peux-tu apporter les crêpes ? Możesz przynieść naleśniki?

Jeżeli zamiast przedmiotu mówimy o człowieku, użyjemy czasownika amener.

Tu viens au fest-noz ? Amène tes amis ! Przychodzisz na fest-noz? Przyprowadź swoich znajomych!

Albo: J'amène les enfants à l'école. Odprowadzam dzieci do szkoły.

Teraz zmieniamy kierunek.

Wyobraźcie sobie, że wyjeżdżacie na wakacje do Bretanii. Pakujecie walizkę i... zabieracie ze sobą różne rzeczy. Tutaj pojawia się czasownik emporter.

N'oublie pas d'emporter ton appareil photo. Nie zapomnij zabrać aparatu fotograficznego.

Albo: Emporte une veste, les soirées en Bretagne sont parfois fraîches.
Zabierz kurtkę, wieczory w Bretanii bywają chłodne.

A co, jeśli zabieracie nie rzecz, lecz osobę?

Wtedy użyjecie emmener.
Je vais emmener mes enfants à la plage. Zabiorę dzieci na plażę.

Lub: Tu m'emmènes à Saint-Malo ? Zabierzesz mnie do Saint-Malo?

Najłatwiej zapamiętać to w ten sposób: apporter i emporter dotyczą przedmiotów, natomiast amener i emmener odnoszą się do osób. Z kolei litera a na początku (apporter, amener) podpowiada, że coś lub kogoś przynosimy, przyprowadzamy do rozmówcy, a em- (emporter, emmener) oznacza, że zabieramy coś lub kogoś ze sobą.

To właśnie takie drobne różnice pokazują, jak precyzyjny jest język francuski. Po polsku często wystarczy jedno słowo: „zabrać” albo „przynieść”. Francuz od razu doprecyzuje, co zabiera i w jakim kierunku odbywa się ruch.

Mam nadzieję, że od dziś te cztery czasowniki nie będą już wydawały się tak tajemnicze. To dopiero początek naszego powakacyjnego cyklu, dlatego w kolejnych tygodniach będziemy wspólnie odkrywać następne pułapki i ciekawostki języka francuskiego.

Jeżeli chcecie uczyć się francuskiego w praktyczny sposób, poznawać język używany przez Francuzów na co dzień i jednocześnie odkrywać Bretanię, zostańcie z Bretanią po polsku. Razem przekonamy się, że francuski naprawdę może być logiczny.

Dzisiaj wsiadamy do samochodu w Rennes i po niespełna czterdziestu minutach jesteśmy w Vitré. Nie mijamy żadnych szlaban...
21/08/2026

Dzisiaj wsiadamy do samochodu w Rennes i po niespełna czterdziestu minutach jesteśmy w Vitré. Nie mijamy żadnych szlabanów, posterunków ani znaków informujących o przekroczeniu granicy. A przecież przez większą część średniowiecza właśnie tutaj kończyło się Królestwo Francji, a zaczynało Księstwo Bretanii – państwo posiadające własnych władców, własne prawa i własne ambicje. Granice nie istniały wtedy na papierze. Trzeba było ich bronić. Dlatego powstawały twierdze.

Zamek w Vitré nie został zbudowany po to, aby zachwycać. Nie miał być wygodną rezydencją ani symbolem bogactwa. Był przede wszystkim strażnikiem. Usytuowany na skalnym cyplu dominował nad okolicą i kontrolował drogę prowadzącą do Bretanii. Każdy kupiec, pielgrzym czy rycerz zbliżający się do miasta wiedział, że przekracza nie tylko mury warowni, ale również próg innego świata. Trudno o bardziej wymowne świadectwo tego, jak ważne było Vitré dla historii Bretanii.

Paradoksalnie to jednak nie wojny przyniosły temu miastu największą sławę. O jego bogactwie zadecydował handel. Między XV a XVII wiekiem okolice Vitré stały się jednym z najważniejszych ośrodków produkcji płótna lnianego i konopnego. Miejscowi kupcy wysyłali swoje towary do Anglii, Hiszpanii i portów północnej Europy, a pieniądze zarobione na handlu zmieniały oblicze miasta. To właśnie wtedy powstały bogato zdobione domy z muru pruskiego, kamienne kamienice i eleganckie rezydencje kupieckie, które do dziś tworzą jedną z najpiękniejszych średniowiecznych starówek we Francji. Spacerując po ulicach Vitré, łatwo zapomnieć, że to, co dziś podziwiamy jako architekturę, było kiedyś po prostu manifestacją sukcesu.
Kilka kilometrów od miasta znajduje się z kolei miejsce zupełnie odmienne – Château des Rochers-Sévigné. To tutaj mieszkała markiza de Sévigné, jedna z najwybitniejszych francuskich autorek XVII wieku. Jej listy do córki do dziś uznawane są za arcydzieło literatury epistolarnej ale o tym nastepnym razem....

Ostatnio zawodowo byłam w Pradze. To miasto, od którego trudno uciec – dosłownie i literacko. Na każdym kroku spotykamy ...
19/08/2026

Ostatnio zawodowo byłam w Pradze. To miasto, od którego trudno uciec – dosłownie i literacko. Na każdym kroku spotykamy Franza Kafkę. Przyznam się jednak do czegoś, co pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu. Choć doskonale rozumiem jego znaczenie dla światowej literatury, nigdy nie należałam do grona jego wielkich miłośników. Mam nadzieję, że nie spadnie na mnie za to fala krytyki.

Na swoją obronę dodam jednak, że uwielbiam innego Czecha, Milana Kunderę. A jego historia splata się z Rennes w sposób, którego wielu mieszkańców Bretanii nawet nie zna.

Każdy, kto choć raz był w Rennes, z pewnością zwrócił uwagę na Les Horizons. Dwie charakterystyczne wieże, górujące nad miastem, są jednym z najbardziej rozpoznawalnych punktów orientacyjnych stolicy Bretanii. Dla wielu Rennais to po prostu element codziennego krajobrazu. Mało kto wie jednak, że właśnie tam przez pewien czas mieszkał Milan Kundera.

Był rok 1974. Kundera, którego twórczość coraz bardziej drażniła komunistyczne władze Czechosłowacji, przyjechał do Francji. Podczas pobytu w Paryżu otrzymał propozycję pracy na Uniwersytecie Haute-Bretagne, dzisiejszym Rennes 2. Pomysł wyszedł od Dominique'a Fernandeza, pisarza i członka Akademii Francuskiej. Przypadek chciał, że Rennes było miastem partnerskim Brna – rodzinnego miasta Kundery.

Pisarz wraz z żoną zamieszkali w mieszkaniu na trzydziestym piętrze wieży Les Horizons. Z okien rozciągał się widok na całe Rennes – katedrę, plac des Lices czy ogród Thabor. Jednak pewnego ranka, gdy pierwsze promienie słońca oświetliły jego okna, Kundera uświadomił sobie, że patrzy... w stronę Pragi. Miasto rodzinne znajdowało się wprawdzie ponad 1300 kilometrów dalej, ale właśnie w tym kierunku zwrócone było jego okno. Dla człowieka skazanego na emigrację miało to wymiar niemal symboliczny.

Na Uniwersytecie Rennes 2 wykładał literaturę porównawczą. Opowiadał studentom o Kafce, Musilu i autorach Europy Środkowej, których uważał za niedocenianych. Jednocześnie pozostawał pod czujnym okiem czechosłowackiej służby bezpieczeństwa StB. Dzisiaj wiemy z odtajnionych archiwów, że agenci śledzili niemal każdy szczegół jego życia we Francji. Nawet dwie czeskie czytelniczki mieszkające w Rennes przekazywały informacje władzom w Pradze.

To właśnie w Rennes dojrzewała twórczość, która przyniosła mu światową sławę. Tutaj powstawały refleksje emigranta rozdartego między utraconą ojczyzną a nowym życiem we Francji. Kilka lat później ukazała się „Księga śmiechu i zapomnienia”, a następnie „Nieznośna lekkość bytu”, jedna z najważniejszych powieści XX wieku.

Jest jeszcze jedna anegdota. Kundera początkowo nie był zachwycony Rennes. W jednym z wywiadów żartował, że było to „najbrzydsze miasto” na trasie jego podróży. Trudno powiedzieć, czy z czasem zmienił zdanie. Pewne jest natomiast, że Rennes odegrało w jego życiu rolę znacznie większą, niż mogłoby się wydawać.

Od dziś, ilekroć będę przechodzić obok Les Horizons, nie będę już widzieć jedynie najwyższych wież Rennes. Będę myśleć o człowieku, który patrząc z ich okien, każdego dnia spoglądał w stronę swojej utraconej ojczyzny.

Wracamy do nauki francuskiego z Bretanią po polsku!Choć wielu z nas wciąż cieszy się letnim słońcem i wakacyjnymi wyjazd...
17/08/2026

Wracamy do nauki francuskiego z Bretanią po polsku!

Choć wielu z nas wciąż cieszy się letnim słońcem i wakacyjnymi wyjazdami, nie da się ukryć – końcówka wakacji zbliża się wielkimi krokami. To doskonały moment, aby wrócić do dobrych nawyków. A może... postawić pierwszy krok i rozpocząć naukę języka francuskiego?

Jeśli śledzicie Bretanię po polsku od dłuższego czasu, pamiętacie zapewne nasz przedwakacyjny cykl krótkich lekcji francuskiego. Czas go wznowić! Chcę pokazać, że języka można uczyć się przy okazji odkrywania Bretanii – jej historii, kultury i codziennego życia.

Ponieważ jednak jedną nogą jesteśmy jeszcze na urlopie, zaczynamy od czasowników związanych z podróżowaniem (les verbes de voyage). To słownictwo, którego naprawdę używa się podczas wakacji.

✈️ Venir – przyjść, przyjechać (w kierunku osoby mówiącej)
🚗 Aller – iść, jechać (do innego miejsca)
🔁 Revenir – wrócić, przyjechać ponownie
↩️ Retourner – wrócić do jakiegoś miejsca, ale także... odwrócić coś lub odwrócić się!
🏡 Rentrer – wrócić do domu, do swojego kraju lub do miejsca, z którym jesteśmy związani.

To właśnie takie niuanse sprawiają, że francuski jest tak ciekawy. W języku polskim często powiemy po prostu „wracam”, podczas gdy Francuz zastanowi się, czy revient, retourne, czy może rentre. Każdy z tych czasowników ma nieco inne znaczenie i używany jest w innej sytuacji.

Od dziś wracamy do naszych regularnych językowych spotkań. Będą krótkie lekcje, praktyczne wyrażenia, ciekawostki językowe i słownictwo, którego naprawdę używa się we Francji – nie tylko w podręcznikach, ale przede wszystkim w codziennym życiu. Bo Bretanię można odkrywać nie tylko oczami, ale również przez język.

A jeśli marzycie o swobodnym porozumiewaniu się po francusku podczas kolejnej podróży do Bretanii, zapraszam Was do wspólnej nauki. Uczmy się francuskiego razem – krok po kroku, w praktyczny i przyjemny sposób, z Bretanią po polsku!

Pontrieux i jego 50 pralni. Najbardziej niezwykłe święto Bretanii już 14 i 15 sierpnia. Są w Bretanii miejsca, które zas...
14/08/2026

Pontrieux i jego 50 pralni. Najbardziej niezwykłe święto Bretanii już 14 i 15 sierpnia.

Są w Bretanii miejsca, które zaskakują nie monumentalną katedrą, spektakularnym zamkiem czy widokiem na ocean, lecz... zwyczajnością. A właściwie tym, jak z codzienności potrafiono uczynić dziedzictwo. Takim miejscem jest Pontrieux, niewielkie miasteczko położone nad rzeką Trieux w departamencie Côtes-d'Armor. Na pierwszy rzut oka wydaje się spokojne i niepozorne. Dopiero podczas spaceru wzdłuż rzeki zaczynamy dostrzegać coś niezwykłego – dziesiątki niewielkich kamiennych pralni, z których każda opowiada własną historię.

Nie bez powodu Pontrieux nazywane jest „miastem pięćdziesięciu pralni”(la ville aux cinquante lavoirs). W XIX wieku powstało ich tutaj ponad pięćdziesiąt, a większość zachowała się do dziś. To ewenement nie tylko w Bretanii, ale i w całej Francji.

Pralnie, czyli lavoirs, były niegdyś nieodłącznym elementem francuskiego krajobrazu. Kobiety przychodziły tutaj prać pościel i ubrania, wymieniać wiadomości, komentować życie sąsiadów i spędzać wspólnie czas. W wielu miejscowościach istniała jedna wspólna pralnia. W Pontrieux historia potoczyła się jednak inaczej.

Miasto było zamożnym ośrodkiem handlowym. Bogactwo przynosiła żegluga po Trieux oraz handel lnem i drewnem. Zamożne mieszczańskie rodziny nie chciały, aby ich bielizna czy domowe sprawy stawały się tematem rozmów przy wspólnej pralni. Dlatego budowały własne, prywatne lavoirs, często tuż przy swoich posesjach. Niektóre były bardzo skromne, inne przypominały niewielkie pawilony. Najbardziej okazałe posiadały nawet piętro przeznaczone dla służby.

Choć wszystkie wykonano z kamienia, drewna i przykryto bretońskim łupkiem, każda pralnia ma swój charakter. Wystarczy uważnie się przyjrzeć detalom, aby dostrzec różnice w konstrukcji, wielkości czy zdobieniach. Przez wiele lat popadały w zapomnienie, jednak mieszkańcy i samorząd postanowili przywrócić im dawny blask. Dziś są pieczołowicie odrestaurowane, ozdobione kwiatami i wieczorem subtelnie podświetlone.

Najpiękniej ogląda się je... z poziomu wody.

To właśnie dlatego symbolem Pontrieux stały się rejsy niewielkimi elektrycznymi łodziami, które cicho suną po rzece Trieux. Z perspektywy wody można dostrzec miejsca niewidoczne z ulicy, zajrzeć do ogrodów dawnych rezydencji i odkryć pralnie ukryte za zielenią. Wieczorne rejsy mają dodatkowo wyjątkowy klimat – iluminowane budynki odbijają się w spokojnej tafli rzeki, a całe miasteczko wydaje się przenosić w czasie.

Jeśli planujecie odwiedzić Pontrieux w sierpniu, warto wybrać sie dzisiaj lub jutro. W tych dniach odbywa się Fête des Lavoirs – Święto Pralni, organizowane nieprzerwanie od ponad trzydziestu lat. To jedno z najbardziej charakterystycznych wydarzeń w tej części Bretanii, podczas którego zwykłe pralnie stają się tłem dla wielkiego święta bretońskiej kultury.

Program łączy tradycję ze współczesnością. Nie zabraknie bagadoù, czyli bretońskich orkiestr dudziarskich, zespołów tańca bretońskiego, muzyki szkockiej i irlandzkiej oraz fest-nozów – tradycyjnych bretońskich potańcówek wpisanych na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Obok nich pojawią się koncerty bardziej współczesne, w tym dobrze znany francuski zespół Manau, który zasłynął połączeniem rapu z muzyką celtycką.

Jak przystało na prawdziwe bretońskie święto, nie zabraknie również galettes, naleśników, grillowanych kiełbasek i lokalnego cydru, a całość zakończy pokaz fajerwerków nad rzeką Trieux.

Organizatorzy co roku przypominają o jednej ważnej rzeczy – w czasie festiwalu Pontrieux przeżywa prawdziwe oblężenie. Miasteczko jest niewielkie, dlatego najlepiej przyjechać pociągiem TER z Guingamp lub Paimpol, zamiast próbować znaleźć miejsce parkingowe.

Pontrieux jest doskonałym przykładem tego, że o wyjątkowości miejsca nie zawsze decydują wielkie zabytki. Czasem wystarczy pięćdziesiąt niewielkich pralni, aby opowiedzieć historię mieszkańców, ich codziennego życia i dawnej zamożności. To właśnie takie miejsca sprawiają, że Bretania nie przestaje zaskakiwać – pokazuje, że nawet najbardziej zwyczajne budowle mogą stać się symbolem całego miasta.

Adresse

5 Rue Colette Besson, Maison Des Association
Saint-Brieuc
22000

Notifications

Soyez le premier à savoir et laissez-nous vous envoyer un courriel lorsque Bretania-po-polsku publie des nouvelles et des promotions. Votre adresse e-mail ne sera pas utilisée à d'autres fins, et vous pouvez vous désabonner à tout moment.

Contacter L'école

Envoyer un message à Bretania-po-polsku:

Raccourcis

Partager