Personalny Trening Kolarski

Strona internetowa Kontakt: szkoła

Personalny Trening Kolarski 🧑‍🎓Popularyzuje wiedzę o treningu kolarskim
✅️Indywidualna opieka amatorów
✅️Zgrupowania kolarskie
(2)

Ostatnie tygodnie były dla moich zawodników naprawdę udane i przyniosły kilka wyników, z których bardzo się cieszę. Były...
20/09/2026

Ostatnie tygodnie były dla moich zawodników naprawdę udane i przyniosły kilka wyników, z których bardzo się cieszę. Były Mistrzostwa Świata w Japonii, Tatra Road Race, Gran Fondo w Toruniu, Górskie Mistrzostwa Polski, wyścig by Marczyński czy ściganie w Bytowie. Były zwycięstwa, podia, ale też wyniki, które może z zewnątrz nie wyglądają aż tak spektakularnie, a dla mnie jako trenera znaczą bardzo dużo.

Kiedy patrzę na te wszystkie starty, widzę przede wszystkim coś, o czym chyba ciągle za mało mówi się w treningu kolarskim.

WYTRWAŁOŚĆ.

Nie wytrzymałość rozumianą fizjologicznie, ale zwykłą ludzką wytrwałość w robieniu czegoś przez kilka kolejnych lat.

Dzisiaj bardzo łatwo sprzedać trening za pomocą liczb. Zwiększ FTP o 20 procent, popraw VO2max, zyskaj określoną liczbę watów w kilka miesięcy. Sam oczywiście każdego dnia pracuję na danych i trudno byłoby mi wyobrazić sobie współczesny trening bez analizy mocy, tętna, obciążenia czy regeneracji. Problem zaczyna się wtedy, kiedy próbujemy cały rozwój człowieka zamknąć w kilku parametrach.

Im dłużej pracuję jako trener, tym bardziej widzę, że zawodnicy osiągający największy progres w perspektywie kilku lat niekoniecznie są tymi, którym zawsze wszystko wychodzi. Są raczej tymi, którzy potrafią przejść również przez okresy, kiedy forma nie rośnie, kiedy pojawia się choroba, zmęczenie, więcej pracy, problemy z regeneracją albo po prostu słabszy wyścig.

Forma nie rośnie liniowo i motywacja również nie jest liniowa. Zresztą życie też takie nie jest. Dlatego dobry proces treningowy musi zostawiać na to wszystko miejsce.

✅Świetnym przykładem jest dla mnie Kasia Duszyńska. Kasia bardzo dobrze pojechała Mistrzostwa Świata w Japonii, gdzie już sama kwalifikacja była dużym sukcesem. Później wygrała OPEN Gran Fondo w Toruniu na długim dystansie, jadąc 110 kilometrów ze średnią około 37 km/h. Mówimy o zawodniczce K50, która wygrywa klasyfikację OPEN. Następnie przyszły Górskie Mistrzostwa Polski. Rok temu Kasia zajęła czwarte miejsce, w tym roku była trzecia i do końca pozostawała w walce o zwycięstwo. Dla mnie właśnie takie historie najlepiej pokazują progres, bo pomiędzy czwartym a trzecim miejscem jest cały rok pracy, którego później nie widać w wynikach.

✅Podobnie patrzę na Dominikę Hanke. Drugie miejsce na Tatra Road Race na dystansie AS było jednym z jej najmocniejszych wyścigów w całej... sportowej historii ! . Później przyszło drugie miejsce w Górskich Mistrzostwach Polski i walka praktycznie do ostatnich metrów. Dominika ma jedną cechę, którą bardzo cenię u zawodników: naprawdę chce się rozwijać. Nie w znaczeniu prostego „chcieć to móc”, bo fizjologii nie da się oszukać motywacją. Natomiast żeby fizjologia mogła się zmieniać przez kolejne lata, najpierw trzeba mieć w sobie wystarczająco dużo wewnętrznej motywacji, żeby wykonać setki godzin treningu, zadbać o regenerację i wracać po gorszych momentach.

✅Adam Duszyński również bardzo dobrze pojechał Mistrzostwa Świata w Japonii, a teraz w Górskich Mistrzostwach Polski Masters w kategorii M55 zajął drugie miejsce. Rok temu na tej samej trasie był czwarty. W tym roku był drugi i walczył o zwycięstwo do samego końca. Znowu możemy spojrzeć tylko na wynik, ale ja widzę przede wszystkim cały rok pomiędzy jednym a drugim startem.

✅Filip Buchwald wygrał natomiast wyścig by Marczyński, zwyciężył OPEN i w swojej kategorii, a do tego zdobył koszulkę Mistrza Polski branży IT. Świetny wynik i duża satysfakcja, ale nie chciałbym sprowadzać sukcesów moich zawodników wyłącznie do miejsc na podium.

✅Radek Bujacz pojechał bardzo dobry wyścig w Bytowie. Tak, rok temu po Tatrze zakończyliśmy tak naprawdę ściganie, a w tym roku chcemy przesunąć "poprzeczkę" nieco wyżej. To Nasze ustalenia, rozmowy i plan - tego nikt poza nami nie widzi. Zostając przy Bytowie - Arek Fryze zrobił tam najlepszy wyścig w swojej dotychczasowej karierze.

✅ Dorota Milewska która kolejny raz wygrała cykl Pucharu Polski w rolkarstwie. Z Dorotą współpracujemy i kolarsko i rolkowo 🙂 ale to jak staramy się to wszystko "pożenić" i żeby było optymalnie, to wiemy tylko My 🙂 wielkie gratulacje ! utrzymać się na pozycji lidera, to niesamowicie wielki wyczyn.

✅Leszek Majzner w tym roku kręci niesamowicie na wyścigach i do tego przejechał długi dystans Tatra Road Race (co też było Naszym celem), a praktycznie wszyscy moi zawodnicy startujący na Tatra Road Race poprawili swoje wyniki względem poprzedniego roku. Mam też podopiecznych, którzy w ogóle się nie ścigają, a ich rozwój daje mi dokładnie taką samą satysfakcję.

Bo progres każdego człowieka trzeba mierzyć od miejsca, z którego zaczynał.

Kiedy zaczynam pracę z nowym zawodnikiem, nie obiecuję mu konkretnego wzrostu FTP. Nie wiem przecież jeszcze, jak jego organizm będzie reagował na trening. Nie wiem, jak szybko się regeneruje, ile obciążenia jest w stanie przyjąć, jak reaguje na stres, jak funkcjonuje przy większej objętości i co dzieje się z nim po kilku mocniejszych tygodniach. Mogę natomiast obiecać, że zrobię wszystko, co potrafię, żeby mu pomóc. Dlatego zawsze nie będę zwolennikiem "gotowych planów treningów".

Zawodnika naprawdę poznaje się dopiero po wielu miesiącach, a czasami po kilku latach. I chyba właśnie dlatego tak bardzo cenię długofalową współpracę. Z każdym kolejnym sezonem wiem więcej o zawodniku, ale zawodnik również wie coraz więcej o sobie. Lepiej rozumie zmęczenie, regenerację, własne reakcje na trening i przestaje oceniać cały proces przez pryzmat jednego dobrego albo złego dnia.

Czasami porównuję trening do tworzenia muzyki. Jeden trening jest jedną nutą i nawet jeżeli wykonamy ją perfekcyjnie, sama niewiele znaczy. Dopiero kiedy zaczniemy układać te nuty przez kolejne miesiące i lata, zaczyna z nich powstawać coś większego.

I chyba właśnie z tego jestem najbardziej dumny, kiedy patrzę na ostatnie tygodnie. Oczywiście cieszę się z medali, zwycięstw i miejsc na podium, ale jeszcze bardziej cieszy mnie to, że widzę zawodników, którzy z roku na rok są coraz lepsi i coraz bardziej świadomi tego, co robią.

Nie zawsze idziemy do góry. Czasami trzeba się zatrzymać, czasami cofnąć, odpocząć albo coś zmienić. Najważniejsze jest to, żeby potrafić zostać w tym procesie wystarczająco długo, żeby dać sobie szansę zobaczyć, dokąd naprawdę możemy dojść.

Wspomniane wyniki nie są "wypadkiem" przy pracy, nie chodzi o to, aby się "chwalić" i pokazywać jakie osiągamy sukcesy. Ten tekst ma na celu pokazać Wam, że psychofizyczne podejście do współpracy. do procesu jest tak samo istotne jak sam trening. Warto się zastanowić nad swoim procesem? gdzie byłeś/aś rok temu, czy osiągnąłeś swoje cele? czy coś zmieniłeś i czy jesteś tam gdzie chciałeś/aś być. Dlatego niesamowice doceniam swoją "robotę", uwielbiam pracę z ludźmi, motywować ich i wspierać. Do następnego !

Przygotowania do Mistrzostw Europy trwają 😀 Bardzo się cieszę na ten start. Mogę śmiało powiedzieć, że to dla mnie taka ...
17/09/2026

Przygotowania do Mistrzostw Europy trwają 😀 Bardzo się cieszę na ten start. Mogę śmiało powiedzieć, że to dla mnie taka nagroda za ciężką pracę i treningi przez ostatnie lata, a jednocześnie dodatkowa motywacja na kolejne.

Mimo 40-stki jaram się tym strasznie 😀 A możliwość startu w stroju reprezentacji Polski (wymóg organizatora) tylko dodaje temu wszystkiemu smaku i daje fajne poczucie, że jestem dokładnie tam, gdzie powinienem być.

Trzeba się tym cieszyć i doceniać takie momenty 🇵🇱💪

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie rzecz, którą słyszę właściwie od lat. Ktoś mówi, że nie potrzebuje trenera, bo pr...
08/09/2026

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie rzecz, którą słyszę właściwie od lat. Ktoś mówi, że nie potrzebuje trenera, bo przecież plan treningowy możnaaa znaleźć w internecie. Dzisiaj jest to jeszcze prostsze, bo mamy aplikacje, gotowe plany, różnego rodzaju platformy, a w końcu sztuczną inteligencję, która w kilka sekund może rozpisać nam trening na cały tydzień czy nawet kilka miesięcy.

I trudno się z tym nie zgodzić. Jeżeli rolę trenera sprowadzimy wyłącznie do układania planu treningowego, to rzeczywiście można zacząć zadawać sobie pytanie, po co właściwie ten trener jest potrzebny.

Tylko że dla mnie układanie planu jest jedną z najprostszych rzeczy w całym procesie prowadzenia zawodnika. Oczywiście trzeba mieć wiedzę, doświadczenie, rozumieć fizjologię, wiedzieć, jak dobierać obciążenia i jak planować cały proces. Nie chcę tego w żaden sposób umniejszać. Natomiast sam fakt, że potrafimy wpisać zawodnikowi odpowiednie interwały we wtorek, trening tlenowy w środę, wolne w czwartek i dłuższą jazdę w weekend, nie oznacza jeszcze, że potrafimy tego zawodnika prowadzić.

Przez lata pracy miałem i w dalszym ciągu mam tę przyjemność i możliwość trenowania bardzo różnych ludzi. Od zawodników elity, przez mastersów, ambitnych amatorów, po osoby, które dopiero zaczynają swoją przygodę z kolarstwem i przygotowują się do pierwszych zawodów. Oczywiście potrzeby tych ludzi są zupełnie inne. Inaczej wygląda życie i trening zawodnika elity, a inaczej człowieka, który ma pracę, rodzinę, dzieci i próbuje znaleźć w tym wszystkim czas na rower. Jest jednak coś, co ich łączy. Jeżeli przychodzą do treneraa, to zazwyczaj dlatego, że chcą się rozwijać. Chcą być lepsi niż byli wcześniej i oczekują, że ktoś pomoże im znaleźć właściwą drogę.

I właśnie tutaj dla mnie zaczyna się prawdziwa praca trenera.

Zawodnika trzeba przede wszystkim poznać. Trzeba z nim rozmawiać i słuchać tego, co mówi. Z czasem trzeba też nauczyć się słyszeć rzeczy, których nie mówi wprost – a nie każdy ma taką “umiejętność”. Patrzęe oczywiście na trening, analizuję liczby, moc, tętno, obciążenie, regenerację, ale za tym wszystkim jest przecież człowiek. Człowiek, który ma lepsze i gorsze dni, który pracuje, czasami źle śpi, ma stres, problemy, rodzinne problemy i całą masę rzeczy, których nie pokaże nam żaden wykres.

Dlatego bardzo często moja praca wcale nie polega na dokładaniu treningu. Czasami jest dokładnie odwrotnie. Widzę, że zawodnik zaczyna przesadzać i wtedy trzeba mu powiedzieć, żeby zwolnił – wiem, to się zbyt dobrze nie sprzedaje 🙂 Czasem trzeba zmienić trening na spokojną jazdę w tlenie, czasem skrócić jednostkę, a czasami powiedzieć wprost, żeby tego dnia w ogóle nie wsiadał na rower.

Co ciekawe, dla części ambitnych amatorów wykonanie bardzo ciężkiego treningu nie jest największym problemem. Znacznie trudniejsze jest zaakceptowanie tego, że dzisiaj mają zrobić mniej – zgodzicie się ze mną? Zawodnik jest zmotywowany, chce się poprawiać, widzi cel i wydaje mu się, że każda dodatkowa godzina albo każdy kolejny mocny trening przybliża go do tego celu. I właśnie wtedy potrzebny jest ktoś z boku, kto potrafi powiedzieć: wystarczy, teraz odpocznij, czujesz się świetnie, nie zepsujmy tego, przysłowiowo – “jedźmy już do domu i odpoczywajmy”

To również jest trening. A właściwie to właśnie jest prowadzenie zawodnika.

Podobnie wygląda to po zawodach. Oczywiście możemy otworzyć plik, przeanalizować moc, zobaczyć, gdzie zawodnik stracił, gdzie przekroczył próg, gdzie pojechał za mocno albo za słabo. Tylko że bardzo często najważniejsza część analizy zaczyna się dopiero później, podczas rozmowy.

Pamiętam wiele takich sytuacji, kiedy patrząc na przebieg wyścigu wiedziałem, że fizycznie zawodnik był przygotowany do czegoś więcej. I wtedy zamiast powiedzieć mu, co zrobił źle, wolę zapytać, dlaczego w konkretnym momencie nie podjął decyzji. Czego się obawiał? Dlaczego nie pojechał za atakiem? Dlaczego nie uwierzył, że jest w stanie utrzymać koło albo samemu zaatakować?

To są rozmowy, których nie da się wpisać do planu treningowego. Zresztą zależy mi na tym, żeby zawodnik z czasem sam potrafił dochodzić do takich wniosków. Nie chcę, żeby osoba, którą prowadzę, była wyłącznie wykonawcą poleceń. Trener napisał pięć razy pięć minut, więc robię pięć razy pięć. Trener napisał trzy godziny, więc robię trzy godziny. Według mnie w dłuższej perspektywie nie o to chodzi.

Zawodnik powinien coraz lepiej rozumieć siebie. Powinien wiedzieć, dlaczego wykonuje określony trening, nauczyć się oceniać własne samopoczucie i wyciągać wnioski z tego, co wydarzyło się na zawodach. Rolą trenera jest oczywiście naprowadzać go na pewne rzeczy, ale nie zawsze dawać mu od razu gotową odpowiedź. Czasami zdecydowanie więcej daje rozmowa, podczas której zawodnik sam dochodzi do tego, co zrobił dobrze, co mógł zrobić lepiej i co następnym razem zrobi inaczej.

I tutaj jest jeszcze jedna rzecz, którą uważam za bardzo ważną. Analiza nie może polegać wyłącznie na szukaniu błędów. Łatwo jest po zawodach znaleźć pięć rzeczy, które można było zrobić lepiej. Znacznie rzadziej wracamy do tego, co zawodnik zrobił dobrze.

A przecież czasami trzeba przypomnieć mu sytuację sprzed pół roku czy roku i powiedzieć: zobacz, wtedy w podobnym momencie nie byłeś w stanie tego zrobić, a dzisiaj zrobiłeś to bez problemu. Wtedy odpuściłeś, a dzisiaj podjąłeś właściwą decyzję. Wtedy brakowało Ci pewności siebie, a teraz zachowałeś się zupełnie inaczej

Zawodnik żyje kolejnym treningiem i kolejnym wyścigiem, dlatego nie zawsze zauważa, jak bardzo zmienił się przez ostatnie miesiące czy lata. Trener ma tęee przewagę, że pamięta tę historię i może ją zawodnikowi pokazać. To również buduje pewność siebie, a ona w spoporcie jest czasami równie ważna jak kilka dodatkowych watów.

Dlatego trochę nie przekonuje mnie krótkoterminowe podejście do treningu, w którym najważniejsze staje się szybkie poprawienie parametrów. Możemy zrobić mocny blok, podbić VO2max, poprawić FTP i po kilku tygodniach pokazać zawodnikowi świetne liczby. Oczywiście, że fajnie jest widzieć progres i sam również chcę, żeby moi zawodnicy byli mocniejsi. Tylko mnie interesuje jeszcze to, co wydarzy się z tym człowiekiem za rok, dwa czy trzy lata.

Być może właśnie dlatego z wieloma zawodnikami pracuję od bardzo dawna. Z czasem znam ich coraz lepiej, wiem, jak reagują na poszczególne bodźce, ale poznaję też ich charakter. Wiem, kiedy zawodnika trzeba trochę popchnąć, kiedy potrzebuje rozmowy, a kiedy należy go zatrzymać, nawet jeżeli on sam bardzo chce trenować.

Dlatego uważam też, że trener powinien czasem spotkać się ze swoim zawodnikiem, pojechać z nim na rower, zobaczyć go w treningu, porozmawiać niekoniecznie przez komunikator czy komentarz pod wykonaną jednostką. Dla mnie to jest bardzo ważne, bo pracuję z człowiekiem, a nie z kontem w aplikacji treningowej.

Z tego wszystkiego z czasem tworzy się relacja i zaufanie. Zawodnik zaczyna rozumieć, dlaczego podejmujemy określone decyzje, widzi swój rozwój i przede wszystkim wie, że ktoś nad tym procesem czuwa. Nie musi za każdym razem zastanawiać się, czy przypadkiem plan znaleziony gdzieś w internecie nie byłby lepszy. Jeżeli widzi progres i rozumie drogę, którą wspólnie idziemy, zaczyna temu procesowi ufać.

I chyba właśnie słowo “opieka” najlepiej opisuje to, czym według mnie powinno być prowadzenie zawodnika.

Plan treningowy oczywiście jest częścią tej opieki i zawsze nią będzie. Tylko że jest narzędziem, a nie istotą całej pracy. Można mieć świetnie napisany plan i źle prowadzonego zawodnika. Można też zmienić połowę zaplanowanych treningów, ponieważ życie i organizm zawodnika powiedziały nam coś zupełnie innego, niż zakładaliśmy kilka tygodni wcześniej, i właśnie dzięki temu poprowadzić go dobrze.

Po wielu latach pracy coraz mocniej widzę, że najważniejsze nie jest to, co trener potrafi wpisać zawodnikowi do kalendarza. Ważniejsze jest to, czy potrafi go słuchać, obserwować, wyciągać wnioski, czasami zmotywować, czasami zatrzymać, a przede wszystkim sprawić, żeby sam zawodnik z każdym kolejnym sezonem wiedział o sobie coraz więcej.

W miniony weekend miałem zresztą kilka kolejnych powodów, żeby pomyśleć, że takie podejście po prostu działa. Zawodnicy, z którymi pracujemy od dłuższego czasu, osiągnęli naprawdę fajne wyniki. Nie chcę jednak wrzucać tego tutaj na siłę, bo zasługują na osobny tekst i o tym napiszę pod koniec tygodnia.

Dzisiaj chciałem zwrócić uwagę tylko na jedną rzecz. Jeżeli ktoś mówi mi, że nie potrzebuje trenera, ponieważ plan treningowy może znaleźć w internecie, odpowiem: oczywiście, że może.

Bo dobry trener nie jest od tego, żeby dać Ci plan. Jest od tego, żeby Cię prowadzić.

❗️❗️Bałtyk-Bieszczady poniżej 40 godzin. Tym razem chodziło o to, żeby dobrze rozłożyć siły  :)))Bałtyk-Bieszczady to je...
29/08/2026

❗️❗️Bałtyk-Bieszczady poniżej 40 godzin. Tym razem chodziło o to, żeby dobrze rozłożyć siły :)))

Bałtyk-Bieszczady to jeden z tych wyścigów, po których można długo siedzieć nad danymi i za każdym razem znaleźć coś ciekawego. Szczególnie kiedy zawodnik jedzie tę imprezę kolejny raz i mamy materiał nie tylko z jednego startu, ale możemy porównać rok do roku to, co robiliśmy w treningu, jaką przyjęliśmy taktykę i co z tego finalnie wyszło.

W przypadku Wojtka Mleczko tegoroczny start był już piątym Bałtyk-Bieszczady. Skończył go w czasie 39 godzin i 29 minut brutto, przy czasie jazdy 34 godziny i 58 minut, zajmując 8. miejsce OPEN. To jego najlepszy wynik w tej imprezie i pierwszy raz, kiedy udało się zejść poniżej 40 godzin. Sam wynik oczywiście bardzo cieszy, natomiast z punktu widzenia trenera dużo ciekawsze jest to, w jaki sposób do niego doszliśmy. Bo w tym roku nie chodziło o to, żeby Wojtek był mocniejszy na początku. Chodziło przede wszystkim o to, żeby miał z czego jechać na końcu :)

Przygotowując się do tegorocznego Bałtyk-Bieszczady, bardzo mocno wróciłem do poprzedniego startu. Mamy dane, mamy historię kilku lat współpracy, znam Wojtka i wiem, jak reaguje na konkretne obciążenia, więc byłoby trochę bez sensu przygotowywać kolejny start tak, jakbyśmy zaczynali wszystko od zera. Zeszły rok dał nam naprawdę dużo informacji.

Wtedy założenie było takie, żeby możliwie długo utrzymać się z pierwszą grupą. Wojtek to zrobił, natomiast koszt tej jazdy był duży. Pierwsze 200-300 kilometrów wyszło bardzo mocno, a IF na początku potrafił przekraczać 0,80–0,85. Pojawiało się dużo wysokiej intensywności, jazdy w okolicy FTP/FRC, dochodziły kolejne skoki mocy wynikające z tempa grupy. Oczywiście jazda w grupie daje ogromną korzyść aerodynamiczną i w takim wyścigu trzeba z niej korzystać, ale tylko do momentu, w którym koszt utrzymania tej grupy nie zaczyna być większy niż korzyść, którą z niej mamy.

I właśnie to było jednym z głównych wniosków po poprzednim starcie. Na początku byliśmy bardzo wysoko, natomiast później, wraz z narastającym zmęczeniem, coraz większa część jazdy zaczęła wpadać w Recovery. Problem w tym, że Bałtyk-Bieszczady ma jeszcze jedną specyfikę - góry czekają na końcu. Czyli dokładnie wtedy, kiedy zawodnik ma już za sobą kilkaset kilometrów i kilkadziesiąt godzin wysiłku. Jeżeli za dużo energii zostawimy na początku, później nie ma już z czego jej odzyskać.

Dlatego w tym roku założenie było inne. Chciałem, żeby Wojtek jak największą część wyścigu przejechał tlenowo. Nie interesowało mnie udowadnianie na pierwszych kilometrach, jaką moc może wygenerować. Interesowało mnie to, jaką moc będzie w stanie generować po 700, 800 czy 900 kilometrach. Chcieliśmy dużo jazdy w Endurance i Tempo, spokojnego, płynnego wysiłku i możliwie mało niepotrzebnego wchodzenia w wysokie zakresy. FTP/FRC czy FRC miały pojawiać się wtedy, kiedy rzeczywiście były potrzebne, a nie dlatego, że grupa akurat przez kilka minut jedzie za mocno.

Kiedy później porównałem dane z obu startów, dokładnie to zobaczyłem. W 2026 roku w iLevels Wojtek spędził 35,3% czasu w Endurance i 8,5% w Tempo. Rok wcześniej było to odpowiednio 18,7% i 3,6%. I dla mnie jest to dużo ważniejsza informacja niż pojedyncza średnia moc z całego wyścigu. W tym roku zdecydowanie więcej pracy wykonaliśmy w zakresie, w którym od początku chcieliśmy jechać.

Podobnie wygląda to, kiedy spojrzymy na klasyczne strefy treningowe. W tegorocznym starcie mamy więcej czasu w Endurance i Tempo, mniej w VO2max, natomiast czas w okolicy Threshold jest zbliżony. Czyli nie zrezygnowaliśmy z mocnej jazdy. Zmieniliśmy przede wszystkim moment, w którym z tej mocnej jazdy korzystaliśmy.

To jest dla mnie klucz do zrozumienia różnicy pomiędzy tymi dwoma startami. Rok wcześniej sporo wysokiej intensywności pojawiło się bardzo wcześnie. W tym roku staraliśmy się ją zachować na później. Na początku IF przez pierwsze około 200 kilometrów nie przekraczał nam mniej więcej 0,74, później wraz z trwaniem wysiłku naturalnie schodziliśmy niżej. Nie próbowałem utrzymywać Wojtka na siłę na jednej wartości, bo przy trzydziestu kilku godzinach jazdy takie podejście nie miałoby większego sensu. Zmęczenie narasta, zmienia się koszt generowania tej samej mocy i coś, co po dwóch godzinach jest bardzo komfortowe, po trzydziestu może być już konkretnym wysiłkiem.

W ultra trzeba o tym pamiętać. Możemy patrzeć na waty, kilodżule, IF czy czas w strefach, ale organizm nie wie, że w Excelu 200 W na początku i 200 W po trzydziestu godzinach wygląda tak samo. Dla zawodnika to nie jest ten sam wysiłek. Mamy zmęczenie mięśniowe i centralne, coraz trudniejsze uzupełnianie energii, brak snu, obciążenie przewodu pokarmowego, temperaturę, pozycję na rowerze i w końcu zwykłe zmęczenie psychiczne. Dlatego przy ultra nie interesuje mnie tylko to, jaką moc zawodnik może wygenerować. Dużo ważniejsze jest to, jaki jest koszt wygenerowania tej mocy i jak długo możemy ten koszt ponosić.

Tegoroczny start był pod tym względem znacznie bardziej płynny. Nie mieliśmy tak dużego rozstrzału pomiędzy mocnym początkiem a późniejszym spadkiem. Wojtek przez większą część wyścigu jechał w zakresie, który chcieliśmy utrzymywać, a kiedy dojechał do końcowej części trasy i zaczęły się góry, nadal mógł podnieść intensywność. Właśnie tam pojawiło się to, czego świadomie staraliśmy się nie zużywać wcześniej. Zamiast korzystać z FTP/FRC na początku, wykorzystaliśmy tę możliwość wtedy, kiedy mogła realnie wpłynąć na wynik.

I tutaj chyba najlepiej widać, czym różni się „jechać mocno” od „dobrze zarządzać mocą”. Nie chodziło o to, żeby przez 1000 kilometrów jechać lekko. Chodziło o to, żeby mocniej jechać w odpowiednim momencie. Jeżeli na początku wystarczało 250 czy 280 W, nie było sensu generować 350 W tylko po to, żeby za wszelką cenę utrzymać koło. Każde takie przyspieszenie ma swój koszt i na dystansie kilku godzin można go czasami zaakceptować. Przy wysiłku trwającym prawie 40 godzin tych kosztów zbiera się jednak bardzo dużo.

Co ważne, inna taktyka samego wyścigu była też konsekwencją trochę innego podejścia do przygotowań. W tym sezonie mocniej postawiłem na świeżość Wojtka. Uważnie obserwowałem parametry regeneracyjne i reagowałem na bieżąco, zamiast za wszelką cenę realizować każdą zaplanowaną godzinę treningu. Jeżeli widziałem, że potrzebujemy więcej regeneracji, to ją robiliśmy. Jeżeli można było wykonać mocniejszą jednostkę, robiliśmy mocniejszą jednostkę. Plan treningowy nie może być ważniejszy od odpowiedzi organizmu na ten plan.

Przy zawodniku 50+ ma to dla mnie jeszcze większe znaczenie. Wojtek od kilku lat utrzymuje bardzo dobry i przede wszystkim stabilny poziom sportowy. W takim przypadku progres nie musi już polegać na dokładaniu kolejnych godzin i kolejnych obciążeń. Czasami większy efekt daje lepsze zarządzanie tym, co już mamy. Odpowiednia regeneracja, świeżość przed kluczowym startem, dobrze dobrane bodźce i świadomość tego, kiedy odpuścić, są częścią treningu dokładnie tak samo jak interwały czy długie jazdy.

Podobnie było już podczas samego Bałtyk-Bieszczady. Byliśmy z Wojtkiem w kontakcie telefonicznym i dla mnie te rozmowy były bardzo ważnym elementem prowadzenia go podczas wyścigu. Nie dzwoniłem po to, żeby powiedzieć mu, że ma dołożyć 10 watów. Priorytetem było dla mnie to, że chciałem usłyszeć, jak mówi, jak odpowiada na pytania, jak ocenia nogi, jedzenie i swoje samopoczucie. Po kilkunastu czy kilkudziesięciu godzinach wysiłku taka rozmowa potrafi dać trenerowi informacje, których nie pokaże żaden wykres.

Był oczywiście moment kryzysowy. Przy takim dystansie trudno oczekiwać, że przez prawie 40 godzin wszystko będzie szło idealnie. W takim momencie nie zawsze trzeba jednak wymyślać nowy plan. Czasami trzeba zawodnikowi przypomnieć, jaki był plan od początku i dlaczego właśnie tak jedziemy. Wrócić do celu, uspokoić sytuację i nie pozwolić, żeby chwilowo gorsze samopoczucie spowodowało decyzję, za którą za dwie czy trzy godziny przyjdzie kolejny rachunek. W ultra głowa jest częścią fizjologii tego wysiłku i trzeba brać ją pod uwagę dokładnie tak samo jak moc czy tętno.

Finalnie Wojtek dojechał do mety w 39 godzin i 29 minut brutto, z czasem jazdy 34:58, zajmując 8. miejsce OPEN. Piąty start w Bałtyk–Bieszczady okazał się jego najlepszym. Natomiast dla mnie najważniejsze jest to, że ten wynik nie powstał dzięki temu, że pojechaliśmy mocniej pierwsze 200 kilometrów. Pojechaliśmy szybciej całość, bo potrafiliśmy lepiej zarządzić intensywnością przez cały dystans - to jest bardzo trudne do osiągnięcia, aby zachować "chłodną" głowę od startu.

I właśnie to jest chyba największa lekcja z porównania tych dwóch startów. Rok wcześniej chcieliśmy jak najdłużej zostać z pierwszą grupą. W tym roku chcieliśmy jak najlepiej przejechać całe Bałtyk–Bieszczady. Więcej czasu w tlenie, więcej Endurance i Tempo, mniej niepotrzebnego korzystania z wysokiej intensywności na początku, a kiedy przyszły góry - możliwość wykorzystania tego, co wcześniej udało się zachować.

Dla mnie na tym właśnie polega dobra taktyka w ultra. Nie na szukaniu odpowiedzi na pytanie, jak mocno zawodnik może pojechać teraz, tylko na zastanowieniu się, jak mocno może pojechać teraz, żeby za kilkaset kilometrów nadal był zawodnikiem, który może się ścigać, a nie tylko zawodnikiem, który próbuje dotrzeć do mety.

Po pięciu startach znamy Wojtka dużo lepiej niż przed pierwszym. Mamy jego historię, dane z treningów i zawodów, wiemy, gdzie wcześniej popełnialiśmy błędy i co działało dobrze. I właśnie po to zbieramy te wszystkie informacje. Nie po to, żeby po zawodach zrobić ładny wykres, tylko żeby przy kolejnym starcie podjąć lepsze decyzje.

W tym roku kilka takich decyzji podjęliśmy inaczej. 39:29 i 8. miejsce OPEN są ich konsekwencją. Natomiast jako trener widzę przestrzeń do tego, aby jeszcze lepiej zarządzić procesem Wojtka i za dwa lata... zmierzyć się z podobnym dystansem i pobić ten wynik?:) dlaczego nie :) .

Są takie liczby, które cieszą bardziej niż inne. Nie dlatego, że dobrze wyglądają na screenie, ale dlatego, że przypomin...
19/08/2026

Są takie liczby, które cieszą bardziej niż inne. Nie dlatego, że dobrze wyglądają na screenie, ale dlatego, że przypominają, ile pracy i czasu za nimi stoi.

Jestem po kolejnych testach i wyszło coś, co daje mi naprawdę dużo satysfakcji - najlepsze wyniki mocy w moim życiu. I to w momencie, kiedy powoli wchodzę już w kategorię czterdziestolatków. 😉

Kilka lat temu uparłem się na jedną rzecz. Powiedziałem sobie, że chcę zrobić 5 W/kg przez 20 minut. Nie „kiedyś może”. Po prostu chciałem sprawdzić, czy przy dobrze prowadzonej pracy jestem w stanie do tego dojść.

No i jest. 318 W przy 63 kg daje 5,05 W/kg. Cel odhaczony✅

Tylko że paradoksalnie sama liczba nie cieszy mnie tutaj najbardziej. Najbardziej cieszy mnie proces.

Bo z roku na rok dokładam sobie poprzeczkę. Trochę więcej wymagam od organizmu, trochę więcej „bólu” jestem w stanie zaakceptować 😉, ale jednocześnie mam coraz większą świadomość tego, kiedy trzeba docisnąć, a kiedy… właśnie odpuścić.

I chyba to jest jedna z najważniejszych rzeczy, których nauczyły mnie lata treningu. Progres nie bierze się z ciągłego trenowania mocniej. Bierze się z odpowiedniego bodźca, regeneracji i systematyczności.

Pod koniec czerwca na Mistrzostwach Polski Masters, 10 km przed metą, jadąc w czołowej grupie, złapałem gumę. Sport. Tak bywa.

Później zrobiłem praktycznie dwa tygodnie przerwy. Pierwsze tygodnie lipca potraktowałem bardzo spokojnie. Dałem odpocząć ciału, ale przede wszystkim głowie. I niczego nie próbowałem na siłę „odrabiać”.

Potem przyszła kolejna dobra praca treningowa i zgrupowanie. Organizm dostał bodziec, dostał czas na adaptację i… odbił. To jest właśnie fizjologia, nauka. Trening nie czyni nas lepszymi w momencie jego wykonywania. Trening jest bodźcem. Lepsi stajemy się wtedy, kiedy organizm ma możliwość się do niego zaadaptować.

I dlatego te wyniki są dla mnie kolejnym potwierdzeniem, że cały ten proces ma sens.

Oczywiście nie robię tego sam. Ogromną cegiełkę dokłada praca na siłowni z Jakub Maciejewski - Trener Personalny / Przygotowania Motorycznego, gdzie przygotowanie motoryczne od dawna jest dla mnie integralną częścią kolarstwa.

Do tego Marcin i Kolarstwo od kuchni i robota „od kuchni” - bo można mieć najlepszy plan treningowy świata, ale jeśli nie dostarczymy organizmowi paliwa i warunków do regeneracji, daleko na tym nie zajedziemy. Waga też nam idealnie współpracuje 😀, ale to tak przy okazji.

Trening. Siła. Jedzenie. Sen. Regeneracja. Głowa.

To wszystko musi ze sobą współgrać. I jest jeszcze jedna rzecz, którą chcę mocno podkreślić. Jestem amatorem i to zawsze powtarzam swoim Podopiecznym - jeździmy dla zabawy 😀

Mam pracę. Mam obowiązki. Mam życie poza rowerem. Nie podporządkowuję całego świata pod trening i nie uważam, że trzeba rezygnować ze wszystkich przyjemności, żeby być coraz lepszym.

Wręcz przeciwnie. Po tylu latach nadal mam ogromną ochotę wsiadać na rower. Nadal sprawia mi to frajdę. Nadal potrafię zrobić mocny trening, ale potrafię też odpuścić jednostkę, kiedy wiem, że organizm tego potrzebuje. Kompletnie nie traktuję tego jako obowiązek, nie zmuszam się. Nigdy się nie zmuszałem…. Pisałem, że jestem uparty ?:)

I chyba właśnie dlatego nadal mogę się rozwijać.

Testuję się od około 10 lat, trenuję jeszcze dłużej i przez ten czas nie miałem żadnej poważnej kontuzji związanej z treningiem. Dla mnie to jest równie ważny „rekord” jak te 5w/kg.

Bo sztuką nie jest zrobić świetny sezon. Sztuką jest trenować przez lata, pozostawać zdrowym, mieć z tego frajdę i nadal przesuwać swój własny sufit.

Czy te waty przełożą się teraz na wyniki na wyścigach?

Każdy trenuje. Każdy chce być mocny. Na starcie nikt nie dostaje dodatkowych sekund za dobry test. 😉 W sumie … to JA jestem lepszym zawodnikiem niż byłem rok temu. O to w tym chodzi. A jeżeli chodzi o wyścigi, to mimo mojej bardziej „piórkowejl” wagi, lubię też ścignąć się na płaskim, mimo iż sprinterem nie jestem - boli tak samo jak górski wyścig 🤣

I jako trener właśnie to chcę również pokazywać swoim zawodnikom. Zaangażowanie, wyjście z komfortu, wystawienie się nawet na ocenę „peletonu” 🤣😃 Trening to nie jest kopiowanie planu z internetu. Nie ślepe wykonywanie każdej jednostki. Nie trenowanie za wszelką cenę

Tylko indywidualny, dobrze zaplanowany proces, dopasowany do człowieka, jego fizjologii, możliwości, pracy, życia i aktualnej dyspozycji.

Teraz pozostaje wykorzystać formę, trochę się pościgać i do końca października przede wszystkim czerpać z kolarstwa jak najwięcej radości. 🚴

Bo ostatecznie właśnie po to się w to bawimy.

Adres

Zory

Strona internetowa

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy Personalny Trening Kolarski opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Kontakt: Szkoła

Wyślij wiadomość do Personalny Trening Kolarski:

Skróty

Udostępnij

Kategoria