29/08/2026
❗️❗️Bałtyk-Bieszczady poniżej 40 godzin. Tym razem chodziło o to, żeby dobrze rozłożyć siły :)))
Bałtyk-Bieszczady to jeden z tych wyścigów, po których można długo siedzieć nad danymi i za każdym razem znaleźć coś ciekawego. Szczególnie kiedy zawodnik jedzie tę imprezę kolejny raz i mamy materiał nie tylko z jednego startu, ale możemy porównać rok do roku to, co robiliśmy w treningu, jaką przyjęliśmy taktykę i co z tego finalnie wyszło.
W przypadku Wojtka Mleczko tegoroczny start był już piątym Bałtyk-Bieszczady. Skończył go w czasie 39 godzin i 29 minut brutto, przy czasie jazdy 34 godziny i 58 minut, zajmując 8. miejsce OPEN. To jego najlepszy wynik w tej imprezie i pierwszy raz, kiedy udało się zejść poniżej 40 godzin. Sam wynik oczywiście bardzo cieszy, natomiast z punktu widzenia trenera dużo ciekawsze jest to, w jaki sposób do niego doszliśmy. Bo w tym roku nie chodziło o to, żeby Wojtek był mocniejszy na początku. Chodziło przede wszystkim o to, żeby miał z czego jechać na końcu :)
Przygotowując się do tegorocznego Bałtyk-Bieszczady, bardzo mocno wróciłem do poprzedniego startu. Mamy dane, mamy historię kilku lat współpracy, znam Wojtka i wiem, jak reaguje na konkretne obciążenia, więc byłoby trochę bez sensu przygotowywać kolejny start tak, jakbyśmy zaczynali wszystko od zera. Zeszły rok dał nam naprawdę dużo informacji.
Wtedy założenie było takie, żeby możliwie długo utrzymać się z pierwszą grupą. Wojtek to zrobił, natomiast koszt tej jazdy był duży. Pierwsze 200-300 kilometrów wyszło bardzo mocno, a IF na początku potrafił przekraczać 0,80–0,85. Pojawiało się dużo wysokiej intensywności, jazdy w okolicy FTP/FRC, dochodziły kolejne skoki mocy wynikające z tempa grupy. Oczywiście jazda w grupie daje ogromną korzyść aerodynamiczną i w takim wyścigu trzeba z niej korzystać, ale tylko do momentu, w którym koszt utrzymania tej grupy nie zaczyna być większy niż korzyść, którą z niej mamy.
I właśnie to było jednym z głównych wniosków po poprzednim starcie. Na początku byliśmy bardzo wysoko, natomiast później, wraz z narastającym zmęczeniem, coraz większa część jazdy zaczęła wpadać w Recovery. Problem w tym, że Bałtyk-Bieszczady ma jeszcze jedną specyfikę - góry czekają na końcu. Czyli dokładnie wtedy, kiedy zawodnik ma już za sobą kilkaset kilometrów i kilkadziesiąt godzin wysiłku. Jeżeli za dużo energii zostawimy na początku, później nie ma już z czego jej odzyskać.
Dlatego w tym roku założenie było inne. Chciałem, żeby Wojtek jak największą część wyścigu przejechał tlenowo. Nie interesowało mnie udowadnianie na pierwszych kilometrach, jaką moc może wygenerować. Interesowało mnie to, jaką moc będzie w stanie generować po 700, 800 czy 900 kilometrach. Chcieliśmy dużo jazdy w Endurance i Tempo, spokojnego, płynnego wysiłku i możliwie mało niepotrzebnego wchodzenia w wysokie zakresy. FTP/FRC czy FRC miały pojawiać się wtedy, kiedy rzeczywiście były potrzebne, a nie dlatego, że grupa akurat przez kilka minut jedzie za mocno.
Kiedy później porównałem dane z obu startów, dokładnie to zobaczyłem. W 2026 roku w iLevels Wojtek spędził 35,3% czasu w Endurance i 8,5% w Tempo. Rok wcześniej było to odpowiednio 18,7% i 3,6%. I dla mnie jest to dużo ważniejsza informacja niż pojedyncza średnia moc z całego wyścigu. W tym roku zdecydowanie więcej pracy wykonaliśmy w zakresie, w którym od początku chcieliśmy jechać.
Podobnie wygląda to, kiedy spojrzymy na klasyczne strefy treningowe. W tegorocznym starcie mamy więcej czasu w Endurance i Tempo, mniej w VO2max, natomiast czas w okolicy Threshold jest zbliżony. Czyli nie zrezygnowaliśmy z mocnej jazdy. Zmieniliśmy przede wszystkim moment, w którym z tej mocnej jazdy korzystaliśmy.
To jest dla mnie klucz do zrozumienia różnicy pomiędzy tymi dwoma startami. Rok wcześniej sporo wysokiej intensywności pojawiło się bardzo wcześnie. W tym roku staraliśmy się ją zachować na później. Na początku IF przez pierwsze około 200 kilometrów nie przekraczał nam mniej więcej 0,74, później wraz z trwaniem wysiłku naturalnie schodziliśmy niżej. Nie próbowałem utrzymywać Wojtka na siłę na jednej wartości, bo przy trzydziestu kilku godzinach jazdy takie podejście nie miałoby większego sensu. Zmęczenie narasta, zmienia się koszt generowania tej samej mocy i coś, co po dwóch godzinach jest bardzo komfortowe, po trzydziestu może być już konkretnym wysiłkiem.
W ultra trzeba o tym pamiętać. Możemy patrzeć na waty, kilodżule, IF czy czas w strefach, ale organizm nie wie, że w Excelu 200 W na początku i 200 W po trzydziestu godzinach wygląda tak samo. Dla zawodnika to nie jest ten sam wysiłek. Mamy zmęczenie mięśniowe i centralne, coraz trudniejsze uzupełnianie energii, brak snu, obciążenie przewodu pokarmowego, temperaturę, pozycję na rowerze i w końcu zwykłe zmęczenie psychiczne. Dlatego przy ultra nie interesuje mnie tylko to, jaką moc zawodnik może wygenerować. Dużo ważniejsze jest to, jaki jest koszt wygenerowania tej mocy i jak długo możemy ten koszt ponosić.
Tegoroczny start był pod tym względem znacznie bardziej płynny. Nie mieliśmy tak dużego rozstrzału pomiędzy mocnym początkiem a późniejszym spadkiem. Wojtek przez większą część wyścigu jechał w zakresie, który chcieliśmy utrzymywać, a kiedy dojechał do końcowej części trasy i zaczęły się góry, nadal mógł podnieść intensywność. Właśnie tam pojawiło się to, czego świadomie staraliśmy się nie zużywać wcześniej. Zamiast korzystać z FTP/FRC na początku, wykorzystaliśmy tę możliwość wtedy, kiedy mogła realnie wpłynąć na wynik.
I tutaj chyba najlepiej widać, czym różni się „jechać mocno” od „dobrze zarządzać mocą”. Nie chodziło o to, żeby przez 1000 kilometrów jechać lekko. Chodziło o to, żeby mocniej jechać w odpowiednim momencie. Jeżeli na początku wystarczało 250 czy 280 W, nie było sensu generować 350 W tylko po to, żeby za wszelką cenę utrzymać koło. Każde takie przyspieszenie ma swój koszt i na dystansie kilku godzin można go czasami zaakceptować. Przy wysiłku trwającym prawie 40 godzin tych kosztów zbiera się jednak bardzo dużo.
Co ważne, inna taktyka samego wyścigu była też konsekwencją trochę innego podejścia do przygotowań. W tym sezonie mocniej postawiłem na świeżość Wojtka. Uważnie obserwowałem parametry regeneracyjne i reagowałem na bieżąco, zamiast za wszelką cenę realizować każdą zaplanowaną godzinę treningu. Jeżeli widziałem, że potrzebujemy więcej regeneracji, to ją robiliśmy. Jeżeli można było wykonać mocniejszą jednostkę, robiliśmy mocniejszą jednostkę. Plan treningowy nie może być ważniejszy od odpowiedzi organizmu na ten plan.
Przy zawodniku 50+ ma to dla mnie jeszcze większe znaczenie. Wojtek od kilku lat utrzymuje bardzo dobry i przede wszystkim stabilny poziom sportowy. W takim przypadku progres nie musi już polegać na dokładaniu kolejnych godzin i kolejnych obciążeń. Czasami większy efekt daje lepsze zarządzanie tym, co już mamy. Odpowiednia regeneracja, świeżość przed kluczowym startem, dobrze dobrane bodźce i świadomość tego, kiedy odpuścić, są częścią treningu dokładnie tak samo jak interwały czy długie jazdy.
Podobnie było już podczas samego Bałtyk-Bieszczady. Byliśmy z Wojtkiem w kontakcie telefonicznym i dla mnie te rozmowy były bardzo ważnym elementem prowadzenia go podczas wyścigu. Nie dzwoniłem po to, żeby powiedzieć mu, że ma dołożyć 10 watów. Priorytetem było dla mnie to, że chciałem usłyszeć, jak mówi, jak odpowiada na pytania, jak ocenia nogi, jedzenie i swoje samopoczucie. Po kilkunastu czy kilkudziesięciu godzinach wysiłku taka rozmowa potrafi dać trenerowi informacje, których nie pokaże żaden wykres.
Był oczywiście moment kryzysowy. Przy takim dystansie trudno oczekiwać, że przez prawie 40 godzin wszystko będzie szło idealnie. W takim momencie nie zawsze trzeba jednak wymyślać nowy plan. Czasami trzeba zawodnikowi przypomnieć, jaki był plan od początku i dlaczego właśnie tak jedziemy. Wrócić do celu, uspokoić sytuację i nie pozwolić, żeby chwilowo gorsze samopoczucie spowodowało decyzję, za którą za dwie czy trzy godziny przyjdzie kolejny rachunek. W ultra głowa jest częścią fizjologii tego wysiłku i trzeba brać ją pod uwagę dokładnie tak samo jak moc czy tętno.
Finalnie Wojtek dojechał do mety w 39 godzin i 29 minut brutto, z czasem jazdy 34:58, zajmując 8. miejsce OPEN. Piąty start w Bałtyk–Bieszczady okazał się jego najlepszym. Natomiast dla mnie najważniejsze jest to, że ten wynik nie powstał dzięki temu, że pojechaliśmy mocniej pierwsze 200 kilometrów. Pojechaliśmy szybciej całość, bo potrafiliśmy lepiej zarządzić intensywnością przez cały dystans - to jest bardzo trudne do osiągnięcia, aby zachować "chłodną" głowę od startu.
I właśnie to jest chyba największa lekcja z porównania tych dwóch startów. Rok wcześniej chcieliśmy jak najdłużej zostać z pierwszą grupą. W tym roku chcieliśmy jak najlepiej przejechać całe Bałtyk–Bieszczady. Więcej czasu w tlenie, więcej Endurance i Tempo, mniej niepotrzebnego korzystania z wysokiej intensywności na początku, a kiedy przyszły góry - możliwość wykorzystania tego, co wcześniej udało się zachować.
Dla mnie na tym właśnie polega dobra taktyka w ultra. Nie na szukaniu odpowiedzi na pytanie, jak mocno zawodnik może pojechać teraz, tylko na zastanowieniu się, jak mocno może pojechać teraz, żeby za kilkaset kilometrów nadal był zawodnikiem, który może się ścigać, a nie tylko zawodnikiem, który próbuje dotrzeć do mety.
Po pięciu startach znamy Wojtka dużo lepiej niż przed pierwszym. Mamy jego historię, dane z treningów i zawodów, wiemy, gdzie wcześniej popełnialiśmy błędy i co działało dobrze. I właśnie po to zbieramy te wszystkie informacje. Nie po to, żeby po zawodach zrobić ładny wykres, tylko żeby przy kolejnym starcie podjąć lepsze decyzje.
W tym roku kilka takich decyzji podjęliśmy inaczej. 39:29 i 8. miejsce OPEN są ich konsekwencją. Natomiast jako trener widzę przestrzeń do tego, aby jeszcze lepiej zarządzić procesem Wojtka i za dwa lata... zmierzyć się z podobnym dystansem i pobić ten wynik?:) dlaczego nie :) .