15/09/2026
Nie żyje profesor Andrzej Elżanowski 😔
To naprawdę gigantyczna strata, zarówno dla środowiska naukowego, jak i aktywistycznego (a największa oczywiście dla rodziny i bliskich).
Miałam okazję poznać profesora w kilku okolicznościach - na studiach na UW i podczas Studium Psychologii Zwierząt. Był recenzentem mojej pracy magisterskiej. Widywaliśmy się na marszach praw zwierząt i otwartych wykładach. Nigdy nie mogłam wyjść z podziwu jak rozległą i szczegółową miał wiedzę podręczną - aż ciężko uwierzyć, że człowiek jest w stanie nosić przy sobie, dzień w dzień, tak ogromny zasób intelektualny.
Z swojej strony dziękuję - że mogłam się nadziwić, napodziwiać i zainspirować.
Pisząc te słowa, wciąż nie mogę w nie uwierzyć: nasz profesor Andrzej Elżanowski umarł. Wiedziałam o tym od wczoraj, ale to są zbyt ważne, graniczne sprawy, by pisać o nich natychmiast. Dlatego najpierw cisza, przestrzeń dla rodziny, a teraz z należytą powagą należy o tym wielkim i ważnym życiu oraz śmierci Profesora zacząć opowiadać w świecie, bo musimy mieć świadomość rozległości tej straty. Jest to strata wielopoziomowa, ogromna, nieodtwarzalna i niezasypywalna. Zostaje nam tylko opowieść i próba kontynuowania jakości, którą wniósł.
Oto i polski ruch praw zwierząt miał niebywałe wręcz szczęście posiadania w swoim gronie tak znakomicie wykształconej osoby, która jednocześnie wiedzę z zakresu zoologii i doznaniowości zwierząt łączyła wprost z etyką i potrafiła przenosić to na kwestie systemowe. Kto z Was tak umie?
Znałam się z Andrzejem Elżanowskim od kilkunastu lat i w zasadzie byliśmy w stałym kontakcie, ponieważ ciągle mieliśmy coś razem do załatwienia. Opisałabym go jako osobę bardzo mocno osadzoną a naukowym paradygmacie, raczej w amerykańskim niż polskim stylu, która po sokratejsku uprawiała naukę i pracę na akademii po to, by czynić świat lepszym. Andrzej był człowiekiem heroicznym – on nie odmawiał pomocy zwierzętom, nigdy. Jeśli trzeba było, stawał na ulicy, wychodził na Marsz Wyzwolenia Zwierząt, pisał apele potrafiące wstrząsać najwyższymi politycznymi stołkami, a w tym wszystkim pracował naukowo nad implikacjami etycznymi wynikającymi z doznaniowości zwierząt. Gdy udawało mu się wyjechać na krótkie wakacje, i tak ratował tam ze swoją żoną napotkane zwierzęta w potrzebie.
Bywało, że pracowaliśmy po 24 h na dobę, wymieniając się projektami pism i stanowisk po nocach, bo od szybkości reakcji zależało życie zwierząt. Człowiek o dorobku imponującym, profesor m.in. pracujący na PANie i UW, publikujący w Nature, a jednocześnie aktywista polskiego ruchu na rzecz praw zwierząt. Obeznany w teoriach praw zwierząt, opracowujący koncepcje, pozwalające włączać zwierzęcą podmiotowość na grunt prawa. Z jednej strony potwornie świadomy realiów, z drugiej – wizjoner. Profesor nigdy nie zaczął być zblazowany, nigdy się nie uodpornił na cierpienie zwierząt (uodpornienie to nie jest cechą siły, lecz abdykacji), nigdy nie postanowił, że teraz zajmie naukowo wygodną pozycję dystansu wobec tzw. bieżączki, co jest udziałem zdecydowanej większości osób, które zajmują się naukowo zwierzętami (robią hermetycznie swoje i nie wkładają wysiłku w poprawę sytuacji zwierząt, o co Andrzej miał duży żal do środowiska). Piętnował, odważnie i w punkt bierność i mierność wielu naukowców, których podejście legitymizowało krzywdzenie zwierząt. Za swoją uczciwość i nieustępliwość nie raz otrzymywał wezwania przedsądowe i zawsze liczyliśmy, że przeciwnik będzie miał na tyle odwagi, że nie poprzestanie na wezwaniu, pójdzie do sądu, a my wykażemy, że słowa Profesora o patologiach w traktowaniu zwierząt w celu robienia doraźnej kariery naukowej czy politycznej, były uzasadnione i prawdziwe. Odważny do stawienia czoła Andrzejowi się jednak nie znalazł, choć chętnie takimi ruchami mu grożono. Ostatnie wezwanie dostał w lipcu 2026 za dosadne wypowiedzi Profesora o myśliwych.
Swoją drogę naukową zaczynał od paleontologii. Badał ewolucję ptaków, ale już w latach 90-tych XX wieku zaczął interesować kwestiami wcześniej nieobecnymi w biologicznej perspektywie, mianowicie ewolucją moralności, czy inaczej ewolucyjnymi podstawami rozwoju zespołu określonych wartości. To pokierowało go w stronę zainteresowania tzw. subiektywną jakością życia zwierząt, tj. tego jak zwierzęta przeżywają swoje własne życie, co ono dla nich znaczy, jaką ma wartość. I tak zaczął być „naszym profesorem”, który wróciwszy do Polski ze Stanów rozpoczął pracę na rzecz praw zwierząt.
Andrzej dla wielu osób był autorytetem z ogromną charyzmą. Swoich przeciwników zazwyczaj miażdżył wiedzą i precyzją wywodu. Jest absolutnie niezastępowalny. Poważny, z prezencją, wyrazistym tonem głosu. To jest strata historyczna, nieodwracalna nikim i niczym.
Profesor, jako człowiek mający bardzo trzeźwy i chłodny ogląd rzeczywistości (choć jednocześnie tak wspaniale pełen empatii i szacunku wobec zwierząt), przeżywał swoje dramaty z tym związane.
Największym z nich była jego dogłębna do bólu świadomość niekończącego się cierpienia zwierząt powodowanego przez człowieka (jego prawo, jego politykę, jego biznes, chciwość, wygodę przyzwyczajenia etc.). Andrzej nie empatyzował ze zwierzętami na zasadzie prostego przekładania tego, jak czuje człowiek na dane zwierzę – on miał dodatkowo ogromne zaplecze naukowej wiedzy na ten temat. I to było potwornie dojmujące. Pamiętam naszą rozmowę sprzed kilku lat, w której mówił, że jest zrozpaczony tą świadomością. Ile cierpienia zwierząt musiał w związku z tym przez siebie przepuścić.
A jednak, nigdy, nawet przez chwilę się nie poddał. Był drogowskazem niezachwianego stania po stronie zwierząt, niezależnie i na przekór układom. Nie nabierał się na półśrodki prezentowane jako „wielkie zwycięstwa” – żądał uczciwego stawiania spraw zwierząt, a nie pudrowania ich losu.
Odbiegał poziomem i jakością od większości szeroko pojętego ruchu na rzecz zwierząt (celowo nie piszę na rzecz „praw zwierząt”, bo ta część ruchu jest w Polsce wciąż w mniejszości, nad czym Andrzej także ubolewał). Raziła go nieuczciwość polityczna i jak to określał „klika legislacyjna”, trzymająca rękę na sprawach zwierząt w Sejmie i pod pozorem „praw zwierząt” pisząca bardzo kiepskie prawo. Raziło go pomijanie wiedzy eksperckiej. Bardzo chciał, by to się zmieniło. 2 lata temu powiedział mi, że ma tak dość tej bylejakości, że będzie odtąd po nazwiskach wskazywał, kto jest za nią odpowiedzialny. Tak też robił i ostatecznie został przez część środowiska politycznego skancelowany. Sądzę, że chciałby, abym to napisała.
Jeszcze tydzień temu byliśmy w kontakcie. Wiedziałam o jego nagłej chorobie, dlatego w sobotę na Marszu Wyzwolenia Zwierząt prosiłam, byśmy ciepło o nim myśleli, bo jest jednym z fundamentów tego ruchu. Wtedy pomyślałam, że to ostatni Marsz, gdy Profesor żyje, ale do głowy mi nie przyszło, że odejdzie 4 dni później, we środę, 9 września 2026 roku.
W zeszłą środę z kolei cieszył się z tego, że uzbieraliśmy niezbędne podpisy pod projektem ustawy zmieniającej Prawo Łowieckie. Powiedział, że to dobrze, to duża ulga dla niego. Niestety nie mógł być już z nami na składaniu podpisów. Bez wahania został w maju członkiem Komitetu tej Inicjatywy, uważał, że ma duży sens i jest dobrze merytorycznie przygotowana.
Jego śmierć i na indywidualnym, moim własnym poziomie jest czymś druzgocącym. Myślałam, że jeszcze będziemy mieć czas ustalić plan na przyszłość. Był moją opoką, zawsze mogłam na niego liczyć, ufać mu, bez zahawahania bronił mnie przed hejterkami. Jeszcze miesiąc temu napisał mi w mejlu " Czytałem Twój wzruszający poem inspirowany syrenami w rocznicę Powstania: niestety wojna przeciw zwierzętom jest światowa i odwieczna". I wysłał zdjęcie swojej ukochanej Kitty, kotki, która właśnie umarła. Zajmował się swoimi kotami z najwyższą czułością i zaangażowaniem. Zawsze pytał o Zi, cieszył z jej dobrych dni. Rozumiał w pełni powagę żaloby po zwierzęciu. Był ze mną na mojej obronie doktorskiej i tak bardzo się z niej cieszył. Wręczył mi potem mały bukiecik kwiatów i poszliśmy calą grupą do wegańskiej knajpki rozmawiać o tym, jak skutecznie włączać wiedzę o doznaniowości na poziom systemowy. I o tym, że etyka relacji musi być mocniej uwzględniana w dyskursie o etyce troski wobec zwierząt w ogóle.
Wczoraj napisałam do jednej z osób, które znały osobiście Profesora, że nienawidzę tego faktu, że umarł. Odpisała, że byłby dumny z mojego zdania, bo jest odpowiednio mocne.
Chciałabym, aby mógłby być dumny z nas – z tego, jak będziemy po jego śmierci stawać po stronie zwierząt. By to, czego nas uczył, nie zakończyło się razem z nim. By jego, ukochana żona Ewa, mogła patrzeć na to, że Jego praca wciąż niesie sens. Choć niczym nie zasypiemy jego braku, to próbujmy rozwijać jakość w ruchu na rzecz praw zwierząt, także dla Niego.
Pomyślcie ciepło na naszym Profesorze